Wstałam i podeszłam do regału z książkami. Stało tam nasze zdjęcie ślubne w srebrnej ramce. Uśmiechaliśmy się. Dwoje szczęśliwych, niczego niepodejrzewających idiotów.
Pokaż mi jego zdjęcie. Syna.
Pavel zamarł na sekundę. Potem wyjął telefon, nacisnął coś i podał mi go.
Na ekranie patrzył jasnowłosy chłopiec na rowerze. Bardzo podobny do Pawła w dzieciństwie. Ten sam uśmiech, to samo spojrzenie.

Patrzyłam na zdjęcie, a świat wokół mnie skurczył się do rozmiarów tego małego ekranu. Oto on. Prawdziwy, żywy chłopiec. Któremu mój mąż kupuje mus jabłkowy. I grzechotki.
Nazywa się Artem, powiedział cicho Paweł.
Oddałam telefon. W środku nie było burzy. Była dziwna, zamarznięta próżnia.
Chcę, żebyś do rana stąd wyszedł, powiedziałam, odwracając się do niego. Spakuj się i jedź do nich.
Wstał. W jego oczach nie było skruchy, tylko irytacja.
Katia, nie działaj pochopnie. Porozmawiajmy spokojnie.
Wszystko już omówiliśmy – odpowiedziałam. Cztery lata temu podjąłeś swoją decyzję. Podeszłam do okna i patrzyłam, jak ładuje walizki do samochodu. Wyjeżdżał nie z rodziny, wracał do domu. Tam, gdzie na niego czekali. Gdzie uważano go za ojca. Gdzie nie był mężem z rozsądku, ale po prostu tatą.
Na kuchennym stole pozostała grzechotka. Wzięłam ją i położyłam w szufladzie z naczyniami, niech tam leży. Jako przypomnienie.

Rano skasowałam jego numer. Zablokowałam go w mediach społecznościowych. Wyrzuciłam marynarkę, pachnącą cudzym życiem.
A potem zrobiłam coś, czego nie robiłam od czterech lat. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam:
Mamo, chcę mieć dziecko. Tak po prostu. Bez kalkulacji. Bez terminu ważności.
Ona się rozpłakała. A ja nie.
Na razie nie.
