Z pociągu do Gdańska ruszyła po tych, którzy zostawili ją w leśnym dole, pewni, że nigdy nie wróci po zapłatę

— Szukam ojca — skłamała równo.

Patrzył na nią długo. Potem bez słowa otworzył sejf. Zrozumiał wszystko, czego nie powiedziała. I nie próbował jej zatrzymać.

Hanna wróciła do swojego pokoju na Mokotowie. Stanęła przed lustrem i pomadką napisała na szkle: „Oparzenie”, „Tatuaż”, „Pierścień”, „Zegarek”, „Głos”.

Siedem celów.

Przypomniała sobie urwaną uwagę jednego z nich o Wybrzeżu. To była nić.

Starła napisy z lustra i kupiła bilet na pociąg do Gdańska.

Nie zamierzała oddawać ich pod sąd. Dla nich miał istnieć inny wyrok.

Będą znikać jeden po drugim — cicho, bez zamieszania, bez śladów.

Polowanie się zaczęło. A ofiary nie wiedziały jeszcze, że drapieżnik jest już na ich tropie.

Pociąg na północ ciągnął się przez białe równiny tak długo, jakby sama ziemia chciała rozciągnąć odległość między tym, co się wydarzyło, a tym, co Hanna zamierzała zrobić. Wagony huczały rozmowami, śmiechem, cudzymi wspomnieniami i krótkimi kłótniami o miejsce, ale ona nie słyszała niczego. Siedziała przy oknie, patrzyła, jak śnieżne pola ustępują ciemnym zagajnikom, i wciąż odtwarzała w pamięci każdy szczegół tamtej nocy.

Nie uczucia. Nie ból. Tylko fakty.

Oparzenie.

Tatuaż.

Pierścień.

Zegarek.

Głos.

Wiedziała, że emocje przeszkadzają. Skoro tak, trzeba je wypalić do końca, tak jak wojna wypaliła w niej wszystko inne.

Gdańsk przywitał ją ostrym wiatrem od portu i wilgotnym chłodem, który wchodził pod ubranie szybciej niż mróz. Miasto żyło surowo: hałaśliwe, twarde, pełne ludzi nauczonych przetrwania i tego, by nie zadawać pytań, jeśli odpowiedź może być zbyt kosztowna. Tu, na końcu kraju, łatwo było zniknąć. I równie łatwo można było odnaleźć tych, którzy uwierzyli, że zniknęli na zawsze.

Hanna wynajęła pokój u starszej wdowy, przedstawiając się jako nauczycielka skierowana do pracy po wojnie. Kobieta nie wypytywała. Pokazała tylko wąskie łóżko, stary stół i piec w kącie.

W nocy Hanna nie zmrużyła oka.

Układała plan.

Najpierw informacje. Potem obserwacja. Dopiero potem działanie.

Na pomyłkę nie było miejsca.

Pierwszy ślad znalazła wśród portowych tragarzy. Przez kilka wieczorów siadała w taniej jadłodajni przy nabrzeżu, słuchała rozmów, zapamiętywała twarze, głosy, przyzwyczajenia. Umiała rozpływać się w tłumie. Stawać się nikim.

I pewnego wieczoru usłyszała.

— Słyszałaś o Rudym? — powiedział jeden, pochylając się nad blaszanym talerzem. — Pół gęby ma jak po ogniu. Kręci się przy bursztynie, z wykopów wynosi, z kim trzeba handluje.

Serce Hanny nawet nie przyspieszyło. Po prostu odłożyła łyżkę.

Oparzenie.

— Gdzie można go znaleźć?

— Jak będzie chciał, sam cię znajdzie. Ale często siedzi w „Północnej”.

Hanna skinęła głową tak, jakby ta rozmowa wcale jej nie dotyczyła.

Jeszcze tego samego wieczoru poszła do wskazanej gospody.

Lokal był głośny, zadymiony, pełen ludzi o ciężkich spojrzeniach i rękach przyzwyczajonych do przemocy. Tu nikt nie pytał o nazwisko. Tu patrzono na plecy, na dłonie i na to, czy człowiek umie milczeć.

Weszła spokojnie, usiadła w najdalszym kącie i zamówiła herbatę.

Potem czekała.

Pojawił się mniej więcej po godzinie.

Twarz miał zniekształconą, skórę ściągniętą tak, jakby płomień kiedyś przeszedł po niej i zostawił swój podpis. Śmiech — ochrypły, lepki, nieprzyjemny. Poruszał się pewnie, jak człowiek, który uważał to miejsce za własne.

Hanna nie podniosła głowy.

A jednak zobaczyła wszystko.

Chód. Dłonie. Gesty.

To był on.

Pierwszy.

Nie podeszła. Nie spojrzała mu w twarz.

Wyszła wcześniej, niż mógł ją zauważyć.

Przez następne trzy dni chodziła za nim jak cień. Dowiedziała się, gdzie mieszka, z kim się spotyka, gdzie bywa i którą drogą wraca po zmroku. Nie spieszyła się.

Cierpliwość była jej bronią.

Wynajmował izbę na obrzeżach miasta. Często wracał późno i pijany. Nie trzymał przy sobie ochrony, bo zbyt mocno wierzył we własną nietykalność.

Czwartej nocy Hanna przyszła pod jego dom.

Ciemność była gęsta, prawie taka sama jak wtedy w lesie.

Stała nieruchomo i słuchała.

Kroki. Skrzypnięcie drzwi. Jego głos.

Wrócił.

Po kilku minutach światło w oknie zgasło.

Hanna podeszła bliżej.

Cicho.

Bez najmniejszego szmeru.

Weszła do środka tak, jak kiedyś wchodziła do wrogich kwater.

Nie zdążył nic zrozumieć.

Otworzył oczy dopiero wtedy, gdy stała już obok.

— Ty… — wychrypiał, próbując się podnieść.

Nie pozwoliła mu.

Jej dłoń opadła na jego pierś i przycisnęła go do posłania.

— Przypomnij sobie — powiedziała cicho.

Patrzył na nią pustym wzrokiem, jeszcze nie rozumiejąc.

A potem zrozumiał.

Strach zapłonął w nim natychmiast.

— Nie… poczekaj…

Ale Hanna już odwróciła twarz.

Nie słuchała.

Dla niej nie był już człowiekiem.

Był tylko punktem na liście.

Kiedy było po wszystkim, wyszła tak samo bezszelestnie, jak weszła.

Rano w mieście mówiono o nieszczęśliwym wypadku.

Nikt niczego nie podejrzewał.

Jeden.

Zostało sześciu.

Hanna nie poczuła ulgi.

Pustka w środku ani drgnęła.

Ale teraz miała cel, który można było odhaczyć.

Kolejny ślad odnalazł się szybciej.

Tatuaż.