Siedmiu zwyrodnialców zniszczyło jej ciało, próbowało zgasić w niej resztkę życia, a potem zepchnęło ją do zamarzniętego jaru w lesie, przekonanych, że śnieg i ziemia przykryją wszystko na zawsze. Myśleli, że właśnie tam kończy się ta historia. Nie wiedzieli tylko jednego: kiedy ślad podejmuje kobieta z wojskowego kontrwywiadu, znika on wyłącznie dla tych, którzy nigdy nie umieli patrzeć.
Grudzień tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku. Pociąg „Wiedeń — Warszawa” przeciął mroźną noc długim, ciężkim gwizdem, jakby rozdzierał białą ciszę podlaskich lasów. W wagonach nie było triumfu ludzi wracających z wojny. Było tylko zmęczenie, gęste i lepkie, takie, które wsiąka w twarze, w mundury, w milczenie. Major Hanna Wysocka, w oddziale znana jako „Zamieć”, siedziała przy zlodowaciałej szybie i policzkiem dotykała szkła pokrytego szronem. Miała dwadzieścia siedem lat.
Za nią zostały lata służby w rozpoznaniu specjalnym, dziesiątki akcji za linią wroga, nocne wejścia na teren przeciwnika, likwidacje niemieckich oficerów i dusza wypalona wojną niemal do samego dna. W brezentowym worku niosła zdobyczny mały akordeon — prezent dla młodszego brata, którego nie widziała od pierwszych dni okupacji. Wracała do domu i wierzyła, że zostawi za sobą swąd spalenizny, krwi i śmierci. Nie wiedziała jeszcze, że przed nią czeka próba gorsza niż front: bez rozkazu, bez prawa i bez nikogo, kto przyszedłby z pomocą.
Pociąg nagle szarpnął i zatrzymał się. Bezimienny przystanek, czarna ściana lasu, krótki techniczny postój pośrodku nocy.
— Duszno… — wyszeptała prawie bez głosu.
Narzuconą na ramiona, przepaloną w kilku miejscach szynelę przycisnęła mocniej i wyszła do przedsionka wagonu. Zeskoczyła na zaśnieżony nasyp. Chciała zaczerpnąć ostrego powietrza, choć przez chwilę pobyć z dala od chrapania wyczerpanych żołnierzy i od zapachu mokrego sukna.
Odeszła od torów zaledwie kilkadziesiąt kroków. Ciemność zamknęła się wokół niej niemal natychmiast. Za plecami chrupnął śnieg. Reakcja była szybsza niż myśl — obrót, cios, napięte ciało gotowe do walki. Tylko że napastnik nie był sam. Było ich siedmiu. Uderzenie w tył głowy wyrwało ją z mrozu i wepchnęło w czarną pustkę.
Ocknęła się w lodowatym koszmarze. Leśna polana zalana bladym światłem księżyca. Zardzewiała beczka, w której dogasały węgle. Wokół niej ciemne sylwetki.
To nie byli żołnierze. To były bestie, które narzuciły na siebie ludzkie twarze: dezerterzy, szabrownicy, uciekinierzy z karnych kompanii. Hanna szarpnęła się, ale ręce miała ściągnięte drutem i uniesione nad głowę. Knebel rozcinał jej wargi. Ona, oficerka przyzwyczajona obezwładniać ludzi w sekundę, po raz pierwszy była całkowicie bezsilna.
Siedmiu.
Liczyła ich, trzymając się resztek świadomości jak cienkiej nici. W drżącym świetle żaru zapamiętywała wszystko: tatuaż na przedramieniu, szeroką bliznę po oparzeniu na twarzy jednego, pierścień na brudnym palcu drugiego, pęknięte niemieckie szkiełko zegarka. I głos — chrapliwy, spokojny, pewny siebie. Należał do tego, który nie brał udziału. Stał tylko z boku i patrzył.
Kiedy skończyli, zawlekli ją ku jarowi.
— Dobić? — spytał ktoś krótko.
— Po co robić hałas? Do świtu sama nie dociągnie — odpowiedział ten sam głos. — Zasypcie ją i znikamy.
Zrzucili ją w dół, przykryli gałęziami, śniegiem i twardymi grudami zamarzniętej ziemi. Odeszli bez pośpiechu, pewni, że zostawili za sobą martwe ciało.
Ale serce wciąż biło.
Słabo, nierówno — lecz biło. Pod warstwą śniegu i ziemi, w ciele porozbijanym i zdrętwiałym, Hanna znów otworzyła oczy. Powietrza było tak mało, że panika przyszła natychmiast.
Zaczęła rozgarniać ziemię dłońmi, zdzierając paznokcie, dławiąc się, kaszląc i łapiąc każdy skrawek oddechu. Pełzła ku górze, nie siłą, bo siły już prawie nie miała, lecz wściekłością i upartym pragnieniem przeżycia.
Po kilku godzinach wydostała się na powierzchnię. Pociąg dawno odjechał.
Tej nocy dawna Hanna Wysocka została w tamtym dole. Na zewnątrz wyczołgało się stworzenie, któremu pozostał tylko jeden cel — zapłata.
Białystok. Szpital. Stary chirurg mówił sucho i ostrożnie, nie mając odwagi spojrzeć jej prosto w oczy:
— Złamania, wstrząśnienie… stan ciężki. Muszę zawiadomić prokuraturę.
— Nie — powiedziała cicho.
— To jest przestępstwo.
— Powiedziałam: nie.
Doskonale wiedziała, co przyszłoby później. Przesłuchania, upokorzenie, pytania powtarzane bez końca, cudze spojrzenia i papier, który miałby udawać sprawiedliwość. A ci, którzy byli winni, zdążyli już rozpłynąć się w wojennym chaosie.
— Proszę wpisać, że spadłam z pociągu.
Po dwóch miesiącach wyszła ze szpitala. Szła ciężko, jedna ręka nie słuchała jej tak jak dawniej, a w ciemnych włosach pojawiło się srebrne pasmo. Do rodzinnego domu jednak nie pojechała. Jej droga prowadziła do Warszawy.
Pułkownik kontrwywiadu Stanisław Kaczmarek, dawny przełożony Hanny, zamarł, gdy zobaczył ją w drzwiach.
— Co ci się stało?
— Potrzebuję dokumentów. Innego nazwiska. Dostępu do archiwów.
— Wiesz, czym to może się skończyć?
