— Mama się do mnie nie odzywa. Powiedziała, że nie potrafiłem urządzić jej godnego święta. Skompromitowałem ją przed rodziną.
Nalałam sobie wody.
— Zaskakujące. Przecież wszystko uzgodniliście.
— Marta, to było okrutne. Wystawiłaś nas.
— Nie, kochanie. Ja tylko przekazałam kompetencje. Lubisz przecież biznesowe sformułowania, prawda? Dałam wam pełną swobodę działania. Chcieliście przyjęcia według waszych zasad — dostaliście je. A to, że wasze zasady nie działają bez moich zasobów, to już niestety twarda ekonomia.
Paweł spróbował przybrać dumną pozę.
— Ja tak nie mogę! Jestem mężczyzną! Żądam szacunku!
— Szacunek, Pawle — usiadłam naprzeciwko i spojrzałam mu prosto w oczy — nie polega na tym, że wszyscy milcząco kiwają głowami, kiedy wygłaszasz uroczyste bzdury. Szacunek jest wtedy, kiedy twoje deklaracje pokrywają się z czynami. A na razie… swojej walizki jeszcze nie rozpakowałam. Mogę za to pomóc spakować twoją. Mama pewnie tęskni. Ma remont, świeżą aurę. Idealne warunki dla tak rzadkiego okazu.
Wyszedł po godzinie. Próbował trzasnąć drzwiami, ale samozamykacz zadziałał miękko i odebrał mu ostatnią teatralną kropkę.
Zostałam sama. W ciszy. Zdjęłam folię z lustra. W odbiciu patrzyła na mnie kobieta, która może i nie potrafi przygotować perfekcyjnej galarety dla czterdziestu osób, ale za to doskonale potrafi przygotować własne życie.
I wiecie, co wam powiem?
Nigdy nie bójcie się stać „tą złą” dla ludzi, którzy przyzwyczaili się traktować waszą dobroć jak paliwo dla własnej pychy.
Od tamtej pory Paweł mieszka u mamy. Podobno do dziś ustalają, kto odpowiada za „katastrofę stulecia”. A ja… Kupiłam nowe zasłony. Nie beżowe. Intensywnie turkusowe. Bo to kolor morza, wolności i całkowitego braku krewnych z Radomia w moim salonie.
