W tej samej chwili z łazienki znów odezwał się Paweł — teraz w jego głosie było już znacznie więcej lęku:
— Kasia, przestań! To głupota!
Tomasz zrozumiał wszystko bez dodatkowych wyjaśnień. Jego twarz zmieniła się w jednej sekundzie — najpierw pojawiło się niedowierzanie, potem krzywy, gorzki uśmiech.
Podeszłam do drzwi i powoli przekręciłam klucz z powrotem.
Klamka szarpnęła się niemal natychmiast. Drzwi otworzyły się gwałtownie. W progu stanął Paweł, owinięty ręcznikiem, z mokrymi włosami i twarzą człowieka, któremu nagle zabrakło gruntu pod nogami. Za nim stała Magda — blada, z rozpuszczonymi włosami, zagubiona i przestraszona.
Przez kilka sekund panowała cisza.
Tomasz patrzył na nich tak, jakby próbował wmówić sobie, że to nie dzieje się naprawdę.
— To… — zaczął Paweł, ale słowa ugrzęzły mu w gardle.
Magda zrobiła krok do przodu:
— Tomek, ja ci wszystko wyjaśnię…
Roześmiał się krótko. Bez cienia radości, sucho i głucho.
— Wyjaśnisz? — powtórzył. — Naprawdę jestem ciekaw, jak.
Patrzyłam na to wszystko, jakbym stała poza własnym ciałem. Jakbym nie była żoną, tylko przypadkową osobą, która znalazła się w samym środku cudzego nieszczęścia.
Paweł odwrócił się do mnie:
— Kasia, porozmawiajmy. To nie jest tak, jak myślisz.
Po raz pierwszy od tamtej chwili spojrzałam mu prosto w oczy.
— Naprawdę? — zapytałam spokojnie. — To powiedz mi, jak mam to rozumieć.
Zamilkł.
Magda znów próbowała coś powiedzieć, ale Tomasz uniósł rękę, zatrzymując ją w pół słowa.
— Wystarczy — powiedział cicho. — Ani słowa więcej.
W pokoju zrobiło się tak duszno, jakby napięcie zgęstniało w powietrzu i stało się ciężkie, lepkie, niemal namacalne, jak tuż przed burzą.
Minęłam ich i weszłam do salonu. Usiadłam w fotelu, splatając dłonie na kolanach. Nagle zrozumiałam z absolutną pewnością: nie ma już drogi powrotnej. Nie da się odzyskać zaufania, codzienności, małych radości, które jeszcze rano wydawały mi się tak oczywiste.
Z korytarza dochodziły strzępy zdań, urwane usprawiedliwienia, podniesione głosy i krótkie, twarde odpowiedzi. Nie próbowałam się wsłuchiwać.
Po pewnym czasie Paweł wszedł do salonu. Był już ubrany, ale wyglądał tak, jakby cały jego świat osunął mu się spod stóp.
— Kasia… — zaczął.
Podniosłam rękę, nie pozwalając mu mówić dalej.
— Nie teraz — powiedziałam cicho. — Teraz nie.
Zastygł.
— Wszystko ci wytłumaczę — dodał niemal szeptem.
Pokręciłam głową.
— Później. Może. Ale nie teraz.
Stał przede mną i nie wiedział, co zrobić. I pierwszy raz od lat zobaczyłam w nim nie pewnego siebie człowieka, nie mojego spokojnego, opanowanego męża, ale kogoś zagubionego i wystraszonego.
Za ścianą trzasnęły drzwi wejściowe. Potem usłyszałam kroki. Tomasz wyszedł bez pożegnania. Magda, sądząc po odgłosach, pospieszyła za nim.
Dom znów zanurzył się w ciszy.
Zamknęłam oczy i powoli nabrałam powietrza.
Wszystko się zmieniło. Nie stopniowo, nie po cichu, nie niezauważalnie. Nagle — w jednej sekundzie, w jednym punkcie, w jednym momencie, którego nie da się już wymazać z pamięci.
Najdziwniejsze było jednak to, że obok bólu pojawiło się jeszcze jedno uczucie. Chłodne, przejrzyste, niemal spokojne przekonanie: skończyło się życie, które uważałam za swoje.
Nie otwierałam oczu jeszcze przez kilka chwil, pozwalając ciszy całkowicie wypełnić dom. Teraz już mnie nie przerażała. Przeciwnie — było w niej coś uczciwego, wolnego od udawania. Po raz pierwszy od dawna nie słyszałam wokół fałszywych słów ani znajomych tonów, za którymi kryło się kłamstwo.
Paweł stał blisko, ale nie podchodził. Czułam jego obecność niemal całym ciałem — napiętą, ostrożną, niepewną. Dawniej zawsze znajdował właściwe słowa, umiał wygładzić konflikt, obrócić rozmowę tak, by wszystko wydawało się mniej straszne. Teraz milczał.
Powoli podniosłam się z fotela i podeszłam do okna. Za szybą był ten sam podjazd, te same równe chodniki, ten sam płot, za którym jeszcze wczoraj życie wydawało się proste i zrozumiałe. Wszystko wokół pozostało takie samo — zmieniłam się tylko ja.
— Od kiedy to trwa? — zapytałam, nie odwracając się.
Nie odpowiedział od razu.
— Kasia…
— Zadałam konkretne pytanie.
Pauza przeciągnęła się zbyt długo.
— Kilka miesięcy — powiedział w końcu.
Te słowa już mnie nie uderzyły. Po prostu położyły się na gruzach jak ostatni dowód, potwierdzający coś, co i tak było jasne.
Skinęłam głową, choć nie mógł tego zobaczyć.
— Rozumiem.
— To wszystko było… skomplikowane — zaczął, jakby rozpaczliwie szukał choćby kawałka usprawiedliwienia. — Nie chciałem, żeby zaszło tak daleko.
Odwróciłam się do niego.
— Ale zaszło — powiedziałam równo. — I nie zrobiłeś nic, żeby to zatrzymać.
Spuścił wzrok.
Minęłam go i weszłam do sypialni. Otworzyłam szafę, wyciągnęłam torbę podróżną i zaczęłam pakować rzeczy. Moje ruchy były dokładne, prawie mechaniczne. Koszulki, dokumenty, ładowarka, kosmetyczka — tylko to, co najpotrzebniejsze.
— Co ty robisz? — zapytał, idąc za mną.
— Odchodzę.
Wypuścił powietrze gwałtownie.
— Poczekaj. Nie podejmuj decyzji pod wpływem emocji.
Zatrzymałam się i spojrzałam na niego.
