Wróciła do punktu wyjścia jak do pękniętego koryta, choć całe życie wierzyła, że uroda i duma zawsze wyniosą ją ponad innych

Wpis z dziennika, 12 marca 1985 roku

Od najmłodszych lat Marta wiedziała, że jest piękna, bo powtarzano jej to niemal na każdym kroku.

— Nasza córka to prawdziwa ślicznotka, taka perełka, od razu widać, że inna niż reszta — zachwycała się jej matka przed znajomymi i kobietami z pracy. I rzeczywiście, trudno było temu zaprzeczyć. Tylko stara pani Wróblewska z mieszkania obok czasem burczała pod nosem: — Dzieci zawsze są ładne. Dopiero dorastanie pokazuje, co z tego zostanie. Nie zawsze odbiera urodę, ale często wystarczy czasu, żeby człowiek się zmienił.

W liceum Marta wyrosła na wysoką, efektowną dziewczynę, pewną siebie aż do przesady, rozpieszczoną spojrzeniami i chłopcami, którzy gotowi byli potykać się o własne nogi, byle tylko zwróciła na nich uwagę. Po maturze nie dostała się na studia, więc skończyła policealną szkołę handlową, wybierając kierunek związany z zarządzaniem sprzedażą.

— Córeczko, po co masz się męczyć w sklepie? Przyjdź do mnie do laboratorium w zakładach. Praca lekka, bez dźwigania, nie to co stanie cały dzień za ladą — przekonywała ją matka. Tak Marta została pomocą laboratoryjną.

W tamtym czasie była jeszcze piękniejsza i jeszcze bardziej świadoma własnej wartości. Zakochał się w niej Piotr, inżynier z sąsiedniego działu. Wszystko potoczyło się gwałtownie: kilka spotkań, uniesienie, szybkie oświadczyny. — Wyjdź za mnie, zanim ktoś mi cię sprzątnie sprzed nosa — żartował. Marta zgodziła się niemal bez wahania.

Ślub mieli skromny, jak większość ludzi w tamtych latach, w zakładowej stołówce, przy stołach zastawionych tym, co udało się zdobyć i przygotować, wśród rodziny, koleżanek z pracy i znajomych, którzy ściskali ich z życzliwym wzruszeniem. Niedługo potem Marta zorientowała się, że jest w ciąży. Piotr chodził jak zaczarowany. Kiedy urodziła się ich córka, Zosia, wszyscy zgodnie powtarzali, że jest cała po matce, i rozpływali się nad nią od pierwszych dni.

Macierzyństwo zmieniło Martę, lecz nie odebrało jej urody. Zmieniło raczej coś w jej sercu. Zrobiła się chłodna, ostra, jakby życie rodzinne było dla niej obowiązkiem poniżej godności. Piotra zaczęła traktować niemal jak domowego służącego. To on odprowadzał Zosię, odbierał ją, czytał jej wieczorem bajki, szykował jedzenie, sprzątał, pilnował wszystkiego, co zwykle spaja dom. Marta coraz częściej zostawała po godzinach, choć Piotr doskonale wiedział, że w ich laboratorium nikt nie pracował po nocach. Znosił jej kąśliwe słowa i zaciskał zęby, przede wszystkim po to, żeby Zosia nie słyszała kłótni.

— Piotrek, widzieliśmy twoją żonę w restauracji z dyrektorem — szeptali czasem koledzy w pracy. On tylko odwracał wzrok i udawał, że nie rozumie.

Marta związała się z Antonim Wysockim, wysoko postawionym urzędnikiem, który obsypywał ją biżuterią, eleganckimi sukienkami i prezentami, jakich wcześniej nawet nie dotykała. Piotr we własnym mieszkaniu stał się cieniem. Gotował, prał, milczał. Nie chciał rozwodu, nie dla siebie, tylko dla Zosi.

Potem przyszło załamanie. Pozycja Antoniego runęła z hukiem: kontrole, śledztwa, zatrzymania. Martę też wezwano na przesłuchania. Wypuszczono ją, bo nie znaleziono dowodów, ale jej dobre imię przestało istnieć. Wróciła do domu z zapadniętymi oczami, jakby przepłynęła przez ścieki i nie mogła zmyć z siebie ich zapachu. Oszczędności zniknęły. Piotr sprzedał połowę rzeczy z mieszkania, żeby opłacić jej adwokata. Z zakładów ją zwolniono. On został, znów ze względu na Zosię, choć od tego czasu żyli obok siebie jak obcy lokatorzy.

Raz był o krok od odejścia. Marta, z roztrzaskaną dumą i twarzą bez dawnej pewności, błagała go: — Nie odchodź. Zmienię się, zobaczysz. Naprawdę się zmienię.

Został, ale nie potrafił już jej dotykać. — Spałaś z nimi — mówił zimno, kiedy próbowała się zbliżyć.

— Dla tej rodziny — warczała w odpowiedzi, jakby to mogło wszystko usprawiedliwić.

A potem znów zeszła z tej samej drogi. Tym razem z młodym pomocnikiem, Kamilem. Z pożyczek, uporu i zaciskania zębów odbudowała swoje życie po swojemu: najpierw małe stoisko z pamiątkami przy miejscach, gdzie kręcili się turyści, potem porządny sklep, a później drugi.

— Piotr, odbierzesz mnie z Okęcia, lecę do Turcji po towar — rzucała tonem rozkazu. — Albo wreszcie rzuć tę swoją martwą robotę i pomóż mi w interesie.

— Ja się do handlu nie nadaję — odpowiadał cicho.

— Potrzebuję męskiej siły.

— Jest wielu facetów bez pracy — mruczał obojętnie.

Kamil przestał być tylko pomocnikiem. Piotr wiedział, ale mówił niewiele. Gdy kiedyś Marta próbowała odwrócić winę, syknęła: — Gdybyś poświęcał mi uwagę, nie musiałabym szukać jej gdzie indziej.

— Na twój widok mam dreszcze obrzydzenia — odparł wtedy.

Mijały lata. Zosia wyszła za mąż i przeprowadziła się na Mazury. Przyszedł sylwester: Marta poleciała do Chin, Piotr pojechał z kolegami do Finlandii. Kiedy wrócili, spojrzał na nią i przez chwilę nie umiał znaleźć słów.

— Boże, Marta… co ty ze sobą zrobiłaś? Wyglądasz, jakbyś miała znowu dwadzieścia lat. Ani zmarszczek, ani tej dojrzałej ciężkości. Szczupła, promienna…

— Kosztowało mnie to wszystko, co miałam — roześmiała się, pokazując pusty portfel. — Chińskie zabiegi, akupunktura, masaże. Ale było warto, co do grosza.

Nie umiała już przestać. Tylko że zyski malały, pieniądze przeciekały przez palce, a wtedy Piotr dostał zawału. Wrócił ze szpitala kruchy, przygaszony, jakby postarzał się w jedną noc.

— Chryste, tak właśnie miałabym wyglądać? — mruknęła Marta, zerkając na niego, a potem w lustro.

— Posiedź trochę przy mnie — prosił.

— Nie mam czasu. Pieniądze same się nie zarobią.

Wtedy uderzył Kamil. — Podpisz tutaj — powiedział jej pewnego dnia, podsuwając dokumenty dotyczące firmy. Marta złożyła podpisy bez czytania, pewna, że wszystko ma pod kontrolą.

Notariusz tylko westchnął, kiedy później szukała ratunku. — Pani Nowak, dokumenty są nie do podważenia. Pani podpis znajduje się na każdej stronie.

Pokonana wróciła do domu. Piotr siedział blady, z rękami opartymi na kolanach. — Nic nam nie zostało — wyszeptał.

— Zostaje mieszkanie — odpowiedziała po chwili. — Sprzedamy je. Kupimy coś tańszego.

— I co dalej?

— Dostaniesz komputer. Będziesz sobie żył wirtualnie — zaśmiała się ostro, choć w tym śmiechu nie było już dawnej pewności, tylko rozpacz przykryta drwiną.

Marta była przekonana, że jeszcze się podniesie. Jak feniks. Jak zawsze. Nie umiała tylko zrozumieć, że czasem człowiek wraca nie po nowe życie, lecz dokładnie tam, skąd próbował uciec.

Przestroga: uroda przemija, a pycha potrafi oślepić bardziej niż największa miłość. Najstraszniejsze bankructwo nie dotyczy pieniędzy, lecz duszy.