Weszliście do mojego domu, do mojego mieszkania. Przyjąłem was jak gości — z szacunkiem, życzliwością i otwartym sercem. A teraz oczekujecie ode mnie, że oddam wam jeszcze własną sypialnię. Czy naprawdę nie widzicie, że w tym momencie przekraczacie wszelkie granice i posuwacie się zdecydowanie za daleko?

Natasza wycierała kuchenny stół, kiedy do pomieszczenia wszedł Dmitrij z telefonem w dłoni i dziwnym półuśmiechem na twarzy.

— Nata, jest taka sprawa. Dzwoniła ciotka Galina. Chce przyjechać do nas na kilka dni. Mówi, że musi odwiedzić lekarzy w mieście.

— Ciotka Galina? — Natasza wyprostowała się. — Ta sama, która mieszka trzysta kilometrów stąd? Przecież ja jej nawet nigdy nie widziałam.

— Tak, właśnie ona. Przyjedzie z mężem i córką. Borys i Wiktoria. Pomyślałem: czemu nie? Mieszkanie mamy całkiem spore, miejsca wystarczy.

Natasza skinęła głową, przypominając sobie, jak rok wcześniej gościła u nich inna ciotka Dmitrija — Swietłana wraz z córką Krystyną. Spędziły u nich cztery dni tak delikatnie i dyskretnie, że po ich wyjeździe mieszkanie wydawało się jeszcze cieplejsze i bardziej przytulne.

— Pamiętasz, jak była u nas Swietłana? — powiedziała Natasza z uśmiechem. — Każdego ranka Krystyna ćwiczyła śpiew przed lustrem przed próbą chóru, a wieczorami Swietłana siedziała z haftem i opowiadała historie ze swojej młodości. Tacy serdeczni ludzie.

— Galina z rodziną też są w porządku. Myślę, że wszystko będzie dobrze.

— Dobrze, Dim. Cieszę się, że masz bliskich, którzy chcą nas odwiedzić. Przygotuję coś wyjątkowego na ich przyjazd.

Natasza uśmiechnęła się lekko. Przez dwa lata małżeństwa nauczyła się doceniać każdy przejaw rodzinnego ciepła, szczególnie dlatego, że z Ludmiłą Pietrowną, swoją teściową, nadal miała relacje chłodne jak studzienna woda późną jesienią.

— Kiedy przyjadą?

— Pojutrze wieczorem.

— Świetnie. To jutro pojadę po zakupy, a rano zacznę gotować.

Natasza z zapałem zabrała się za przygotowania. Ułożyła menu, objechała trzy sklepy, kupiła świeżą rybę, dobre mięso, warzywa i zioła. Przygotowała cztery dania, upiekła szarlotkę z cynamonem. Pościeliła świeżą pościel na rozkładanej sofie w salonie, rozłożyła ręczniki i ustawiła kwiaty na szafce nocnej.

— Dim, zobacz. I jak? — zapytała, pokazując mu nakryty stół.

— Pięknie. Ciotka na pewno będzie zachwycona.

— Mam nadzieję, że im się spodoba.

O wpół do ósmej wieczorem rozległ się dzwonek do drzwi. Natasza otworzyła z uprzejmym uśmiechem i odruchowo cofnęła się o krok: w progu stała potężna kobieta w jaskrawej kurtce, za nią masywny mężczyzna ze starym walizką, a obok młoda dziewczyna ze słuchawkami na szyi.

— No witajcie, gospodarze! — ciotka Galina weszła do mieszkania, szybko omiatając przedpokój czujnym spojrzeniem. — Hm, mieszkanko całkiem niezłe. Małe co prawda, ale da się żyć.

— Witajcie — powiedziała Natasza, wyciągając rękę. — Jestem Natasza. Bardzo mi miło.

— Mhm — rzuciła Galina, niedbale ściskając jej dłoń i już oglądając korytarz. — Borys, wnoś walizki. Wiktoria, przestań się gapić w telefon.

Z pokoju wyszedł Dmitrij i objął ciotkę.

— Ciociu Galo, jak się cieszę, że cię widzę! Wujku Borysie, cześć! Wika, ale ty wyrosłaś!

— Dimka! — Galina poklepała go po policzku. — A teraz pokaż, gdzie będziemy spać. Po podróży ledwo żyjemy.

— Przygotowałam wam sofę w salonie — powiedziała Natasza. — Rozkłada się, jest bardzo wygodna. Pościel też świeża.

— W salonie? — Galina zmarszczyła brwi. — Nie, kochanieńka, tak być nie może. My z Borysem potrzebujemy normalnego łóżka. Mam chory kręgosłup. Pokaż sypialnię.

Natasza spojrzała zdezorientowana na Dmitrija.

— Ciociu Galo, to nasz pokój z Nataszą — powiedział.

— I co z tego? Jesteście młodzi, prześpicie się na sofie. A nam, starszym ludziom, potrzebne jest wygodne łóżko.

— Borysie Walentinowiczu, może jednak sofa wam wystarczy? — zaproponowała łagodnie Natasza. — Jest ortopedyczna. Specjalnie taką wybierałam.

— Mi wszystko jedno — mruknął Borys, rzucając walizkę na podłogę. — Żona decyduje.

— Galino, to nasza sypialnia — powiedziała spokojnie, ale stanowczo Natasza. — Proszę, rozgośćcie się w salonie.

Dmitrij jeszcze przez dobre dziesięć minut próbował przekonać ciotkę. Ta prychała, ciężko wzdychała i kręciła głową. W końcu się zgodziła, ale z miną, jakby ktoś śmiertelnie ją obraził. Tymczasem Wiktoria zdążyła już znaleźć pilot i włączyła telewizor na pełną głośność.

— Wika, możesz ściszyć? — poprosiła Natasza. — Pod nami mieszka starsze małżeństwo.

— A co mnie obchodzą twoi sąsiedzi? — Wiktoria nawet się nie odwróciła.

Natasza zaprosiła wszystkich do stołu. Rozłożyła potrawy i sztućce. Ciotka Galina usiadła pierwsza i od razu sięgnęła widelcem po rybę.

— Co to jest? — zapytał Borys, grzebiąc łyżką w sałatce.

— Sałatka z awokado i krewetkami.

— Jakaś papka — skrzywił się Borys. — Nie ma normalnego jedzenia? Smażonych ziemniaków, mięsa?

Natasza poczuła, jak coś ściska ją od środka, ale nadal się uśmiechała.

— Mięso jest tutaj. Piecze się od czterech godzin. Spróbujcie proszę.

— Trochę suche — oceniła Galina, przeżuwając z wyższością. — Swietka pewnie też ci gotowała, kiedy do was przyjeżdżała?

— Nie, gotowałyśmy razem. Było naprawdę cudownie.

— No tak, Swietka taka jest. Wścibska. Wiecznie się pcha z pomocą — prychnęła Galina.

Natasza milczała. Dmitrij tylko dolał sobie piwa.

Następnego ranka Natasza szykowała się do pracy. Na kuchennym stole leżała kartka zapisana dużym, okrągłym pismem.

— Co to jest? — Natasza podniosła kartkę.

— Napisałam, co trzeba kupić — oznajmiła Galina, wychodząc z łazienki w jedwabnym szlafroku Nataszy. — Wczoraj wszystko zjedliśmy. Weź porządny twaróg, nie taki wodnisty. I lepszą kiełbasę, nie ten serwolat.

— Galino, to mój szlafrok — powiedziała Natasza, patrząc na materiał na jej ramionach.

— No i co? Twój ręcznik był mokry, więc wzięłam pierwsze, co wpadło pod rękę.

— Nata, tylko nie zaczynaj rano awantury — odezwał się Dmitrij, stojąc w drzwiach kuchni z butelką piwa.

— Dim, jest ósma rano. Ty tak serio?

— Mam urlop.

Natasza wyszła. Cały dzień próbowała się skupić, ale myślami ciągle wracała do domu. Wieczorem otworzyła drzwi — i zamarła.

W przedpokoju walały się torby i buty. Zlew w kuchni był zapchany brudnymi naczyniami. W lodówce prawie nic nie zostało — zniknęły nawet produkty kupione na cały tydzień. W łazience na podłodze leżały mokre ręczniki, lustro było całe zachlapane, a kran niedokręcony.

— Dim! — Natasza weszła do salonu. Dmitrij leżał na kanapie przed telewizorem. Obok stały trzy puste butelki. — Co tu się wydarzyło?

— Nic takiego. Po prostu normalnie zjedliśmy obiad.

Natasza zajrzała do sypialni — i znieruchomiała. Łóżko było rozwalone, poduszki poprzesuwane, kołdra zmięta i zrzucona na podłogę.

— Dima — wróciła do salonu, a jej głos stał się cichy i lodowaty — ktoś był w naszej sypialni.

— A, no… Borys z ciotką położyli się tam po południu. Mówili, że sofa jest za twarda.

— Leżeli w naszym łóżku? — wymówiła powoli, niemal sylabami.

— No i co z tego? Zachowujesz się jak dziecko.

W tym momencie z łazienki wyszedł Borys, ubrany jedynie w bokserki i podkoszulek.

— O, gospodyni wróciła. Słuchaj, może mogłabyś rzadziej się kąpać? Raz w tygodniu wystarczy. Jeszcze wam ciepłej wody zabraknie.

Natasza długo patrzyła na niego bez słowa.

— Borysie Walentinowiczu, to moje mieszkanie. Będę się myć tyle razy, ile zechcę.

— Oho, „moje mieszkanie” — zaśmiał się Borys. — Słyszałeś, Dimka? Twoja żona ma charakterek!

— Nata, przestań — mruknął Dmitrij, nie podnosząc głowy z poduszki.

Natasza w milczeniu poszła do kuchni, pozmywała naczynia i wytarła blaty. Potem zadzwoniła do Swietłany — jej numer został jeszcze z poprzedniej wizyty.

— Ciociu Swieto, dobry wieczór. Tu Natasza, żona Dimy.

— Nataszeńko! Jak miło cię słyszeć! Co u ciebie?

— Powiedz mi… Galina zawsze tak zachowuje się u ludzi?

Zapadła cisza.

— Natasza, kochanie… — głos Swietłany od razu stał się ostrożny. — Ile już u was siedzi?

— Drugi dzień.

— Posłuchaj mnie uważnie. Kiedyś Galina mieszkała u nas tydzień. Potem musiałam wymienić zamki i oddać wszystkie meble tapicerowane do pralni chemicznej. Chciałam ostrzec Dimę, ale Ludmiła powiedziała, że przesadzam.

— Ludmiła Pietrowna wiedziała, że Galina jedzie do nas?

— Oczywiście. To ona dała jej wasz adres.

Natasza powoli opuściła telefon.

Trzeciego dnia ciotka Galina nadal nie zapisała się do żadnego lekarza, do którego rzekomo przyjechała. Rano Natasza zapytała wprost:

— Galino, kiedy zamierzasz iść do kliniki? Mogę pomóc ci się zapisać.

— Nie panikuj tak. Muszę jeszcze odebrać wyniki badań. Zapiszę się później. Może w przyszłym tygodniu.

— W przyszłym tygodniu? Mówiłaś, że przyjeżdżacie na kilka dni.

— No i co z tego? Dobrze nam tutaj. Prawda, Boria?

— Mhm — odparł Borys, smarując grubą warstwą masła kromkę chleba. — Tylko chleb czerstwy. Kup świeży.

Natasza odwróciła się do męża.

— Dima, muszę z tobą porozmawiać.

— No to mów.

— Na osobności.

Wyszli na korytarz.

— Dim, tak dalej być nie może. Oni nawet nie planują wyjeżdżać. Galina nie ma zamiaru chodzić do żadnych lekarzy. Mieszkają tutaj jak w hotelu. Tylko że w hotelu się płaci.

— Nata, to moja rodzina. Nie mogę ich po prostu wyrzucić.

— A mnie możesz? Bo jeśli nie zauważyłeś, dla mnie w tym mieszkaniu nie ma już miejsca. Twoja ciotka chodzi w moim szlafroku. Twój wujek leży w moim łóżku. Twoja kuzynka zjada moje jedzenie. A mój mąż pije piwo i udaje, że wszystko jest normalne.

— Przesadzasz.

— Dmitrij. Spójrz mi w oczy. Proszę cię tylko raz — porozmawiaj z nimi. Wyznacz termin wyjazdu. Albo zrobię to sama, i gwarantuję ci, że nie spodoba ci się sposób, w jaki to zrobię.

— Dobra, dobra. Pogadam z nimi.

Natasza poszła do pracy. Wróciła o szóstej wieczorem. Otworzyła drzwi — i zobaczyła w kuchni dwie obce kobiety. Jedna, około pięćdziesiątki, siedziała na stołku i jadła winogrona rękami. Druga stała przy oknie, trzymając kubek Nataszy z kawą.

— Dobry wieczór — powiedziała spokojnie Natasza. — A panie to kto?

— Och, to moje koleżanki! — Galina wypadła z salonu. — Zinaida i Tamara. Zaprosiłam je.

— Do mojego mieszkania? Bez mojego pozwolenia?

— Oj, daj spokój. Ludzi tu i tak pełno, a ty ciągle próbujesz wszystkim rządzić.

— Nataszeńko, nie bądź skąpa — uśmiechnęła się jedna z kobiet. — Gala tyle nam o tobie opowiadała.

— Doprawdy? I co dokładnie?

— No, że niby jesteś nawet niezłą dziewczyną, tylko trochę głupiutką — powiedziała Galina zwyczajnym tonem, jakby nie było w tym nic niestosownego. — I skąpą. W domu nie ma porządnego jedzenia, telewizor mały, ręczniki cienkie.

Natasza stała nieruchomo. Potem powoli odwróciła się do Dmitrija, który właśnie wyszedł z łazienki.

— Rozmawiałeś z nimi?

— Nata, no…

— Rozumiem — skinęła głową. — Dziękuję, Dmitrij. Wszystko jasne.

— Oj, nie obrażaj się — махнула рукой Galina. — Lepiej nastaw herbatę dla gości.

Natasza nic nie odpowiedziała. Poszła do przedpokoju, otworzyła górną szafkę i wyjęła niewielką torbę, którą kupiła poprzedniego wieczoru po rozmowie ze Swietłaną. Wiedziała, że ten moment nadejdzie. I była na niego gotowa.

Weszła do łazienki i zamknęła drzwi. Z torby wyjęła szczelne okulary do pływania. Potem budowlany respirator kupiony w sklepie technicznym. A na końcu — silny spray odstraszający dzikie zwierzęta. Na etykiecie widniał napis: „Zasięg do czterech metrów. Powoduje silne łzawienie, kaszel i chwilową dezorientację. Przy krótkotrwałym kontakcie bezpieczny dla zdrowia”.

Założyła okulary. Naciągnęła respirator. Spojrzała w lustro. Jej oczy za szkłami były zupełnie spokojne.

Natasza otworzyła drzwi i wyszła do salonu.

Pierwsza zauważyła ją Wiktoria.

— Mamo, patrz na tego klauna! Natasza, po co ty się tak ubrałaś?

Galina odwróciła się i wybuchnęła śmiechem.

— Borys, zobacz! Synowa kompletnie zwariowała!

— Co ona ma na sobie? — Borys podniósł się z kanapy.

Dmitrij stał przy ścianie z butelką piwa w ręce.

— Nata, co ty robisz?

— Zaraz wyjaśnię — powiedziała stłumionym głosem przez respirator. — Macie trzydzieści sekund, żeby opuścić moje mieszkanie. Wszyscy. Łącznie z tobą, Dmitrij.

— Ona jest nienormalna! — Galina klepnęła się po kolanach. — Dimka, aleś sobie żonę znalazł!

— Dwadzieścia sekund.

— Natasza, odłóż to — powiedział Dmitrij, stawiając butelkę na stole. — Przestań robić teatr.

— Dziesięć sekund.

— I co nam zrobisz?.. — zaczęła Galina.

Natasza nacisnęła zawór. Z pojemnika wystrzelił mocny strumień, a gryząca chmura błyskawicznie rozeszła się po pokoju. Pierwsza wrzasnęła Wiktoria — ostro, przeraźliwie. Borys zerwał się, chwytając za oczy. Galina zaczęła łapać powietrze, odpychając koleżanki, które piszczały i przepychały się do wyjścia. Dmitrij wypuścił butelkę z ręki i potykając się, rzucił się ku drzwiom.

Natasza metodycznie rozpylała środek po kątach. Chmura szybko rozeszła się po całym mieszkaniu. Goście, krzycząc i wpadając na siebie, wybiegli na klatkę schodową. Borys przeklinał tak głośno, że słyszał go cały blok. Wiktoria ryczała. Dwie nieznajome już pędziły po schodach w dół, проклиная dzień знакомства z Galiną.

Natasza zamknęła drzwi wejściowe. Przekręciła oba zamki. Wyjęła telefon i zadzwoniła do ślusarza z sąsiedniego budynku.

— Panie Andrzeju Mikołajewiczu, dobry wieczór. Pamięta pan, dzwoniłam wczoraj? Tak, chodzi o zamki. Da radę pan przyjechać teraz? Za dwadzieścia minut? Świetnie.

Otworzyła wszystkie okna i włączyła wentylator. Gdy mieszkanie się wietrzyło, spakowała rzeczy gości — szybko, garściami wrzucając je do walizek. Rzeczy męża zapakowała osobno do sportowej torby. Potem wyszła na balkon i spuściła wszystko na dół na linie — mieszkanie było tylko na trzecim piętrze.

— Natasza! — Dmitrij walił w drzwi. — Otwórz! To też mój dom!

— Mieszkanie jest zapisane na mnie, Dmitrij. Dokumenty są w teczce na półce — możesz sprawdzić. Twoje rzeczy stoją na dole przy wejściu. Nie przychodź tu przez tydzień.

— Nie masz prawa!

— Mam prawo nie mieszkać z ludźmi, którzy mnie poniżają. I z mężczyzną, który im na to pozwala.

— Dim, zobacz jaka ona jest! — szlochała Galina na klatce schodowej. — Mówiłam ci, że ona do ciebie nie pasuje!

— Zamknij się, ciociu! — nagle ryknął Borys.

Na klatce momentalnie zrobiło się cicho.

— Co powiedziałeś? — zapytała drżącym głosem Galina.

— Powiedziałem: zamknij się! Dwadzieścia dwa lata milczałem! Dwadzieścia dwa lata robisz dokładnie to samo! Poszłaś do Swietłany — upokorzyłaś nas. Poszłaś do Ludmiły — upokorzyłaś ją. Teraz tutaj. Dziewczyna przygotowała nam stół, pościeliła łóżka — a ty dałaś jej listę zakupów? Jeszcze jakieś koleżanki przywlokłaś? Właziłaś do чужej sypialni?

— Boria, co ty…

— Wystarczy, Galina. Mam dość. Wiktoria, bierz walizkę. Wracamy do domu. Bez twojej matki.

— Tato, jadę z tobą — powiedziała cicho, ale stanowczo Wiktoria.

— Czy wy wszyscy oszaleliście?! — Galina rzucała spojrzeniem od męża do córki. — Boria! Wika! Zostawiacie mnie?!

— Sama siebie zostawiłaś w chwili, kiedy uznałaś, że wszyscy są ci coś winni — odpowiedział Borys, podnosząc walizkę.

Na schodach rozległy się kroki. Przyszedł ślusarz. Natasza wpuściła go przez drzwi, których goście już nie mogli otworzyć. Piętnaście minut później zamki były wymienione.

Natasza sprzątała mieszkanie przez dwie godziny. Trzy wielkie worki śmieci. Tłuste plamy na blatach. Okruchy w szczelinach kanapy. Czyjeś włosy na poduszkach. Zdjęła pościel, wrzuciła ją do pralki i ustawiła najgorętszy program.

Około jedenastej wieczorem zadzwonił telefon. Na ekranie pojawił się numer Ludmiły Pietrowny.

— Natasza — głos teściowej był niezwykle cichy. — Dima do mnie dzwonił. Wszystko opowiedział.

— I co chce mi pani powiedzieć, Ludmiło Pietrowno?

Cisza.

— Chcę powiedzieć… że postąpiłaś słusznie. — Kolejna pauza. — Powinnam była zrobić to samo piętnaście lat temu, kiedy Galina mieszkała u nas dwa miesiące. Ale nie potrafiłam. Bałam się. A potem przez rok doprowadzałam mieszkanie do porządku.

— Wiedziała pani, jaka ona jest. Dlaczego dała jej pani nasz adres?

— Bo jestem głupia, Nataszo. Stara, tchórzliwa głupia kobieta, która do dziś boi się odmówić własnej siostrze. Wybacz mi.

— Ludmiło Pietrowno… — Natasza usiadła na stołku. — Dziękuję. To pierwsze szczere słowa, jakie od pani słyszę od dwóch lat.

— Wiem. I jest mi wstyd.

— Dmitrij może wrócić za tydzień. Jeśli będzie chciał. Ale jeśli znowu wybierze piwo i milczenie zamiast mnie, niech już nie wraca wcale.

— Przekażę mu. I, Nataszo… Przyjdę do ciebie w przyszłym tygodniu. Sama. Bez Galiny. Jeśli nie masz nic przeciwko.

— Proszę przyjść.

Natasza odłożyła telefon. Spojrzała na czyste, wysprzątane, puste mieszkanie. Po raz pierwszy od pięciu dni poczuła, że znów może swobodnie oddychać.

Następnego ranka zadzwonił Dmitrij.

— Natasza, wybacz mi. Zrozumiałem, że się myliłem. Proszę…

— Tydzień, Dmitrij. Ani dnia wcześniej. Wykorzystaj ten czas, żeby zdecydować, jakim jesteś mężem — takim, który chowa się za butelką, czy takim, który stoi przy swojej żonie.

Rozłączyła się. A pół godziny później przyszła wiadomość od Swietłany: „Krystyna napisała dla ciebie piosenkę. Nosi tytuł «Ta, która się nie przestraszyła». Chcesz, żebyśmy przyszły w weekend i żeby ci ją zaśpiewała?”

Natasza uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od wielu dni — naprawdę szczerze.

A na dworcu, w poczekalni, Galina siedziała sama, z plastikową torbą zamiast walizki, bo obie walizki zabrał Borys. Telefon milczał. Żaden ze znajomych nie odbierał. Dwie „koleżanki” wysłały jej wspólną wiadomość: „Galina, jesteś nam winna pieniądze za czyszczenie dwóch płaszczy. Cztery tysiące siedemset rubli. Numer konta w załączniku”. Następny pociąg miał odjechać dopiero za siedem godzin, a ona nie miała pieniędzy na bilet — portfel został w walizce zabranej przez Borysa.

Galina wybrała numer siostry. Jeden sygnał, drugi, trzeci.

— Ludmiła, to ja…

— Galina, jestem zajęta.

— Ludmiła, poczekaj! Potrzebuję pomocy! Boria mnie zostawił, siedzę sama na dworcu, nie mam pieniędzy, nie mam…

— Przez dwadzieścia lat nikomu nie pomogłaś. Ani jednej osobie. Tylko brałaś. Posiedź teraz sama i zastanów się, jak to jest, kiedy obok nie ma nikogo. Żegnaj, Galino.

W słuchawce rozległ się przerywany sygnał.

Galina powoli opuściła telefon. Na tablicy informacyjnej migał napis: „Opóźnienie. Przybliżony czas odjazdu — w trakcie ustalania”.

Nikt po nią nie przyszedł. Ani po godzinie. Ani po trzech. Ani po siedmiu.