Taką zasadę stosowałam bez wyjątku aż do zeszłego piątku wieczorem.
Mam czterdzieści sześć lat, od dawna jestem po rozwodzie i pracuję jako główna księgowa w małej firmie transportowo-logistycznej. Moje życie jest uporządkowane, dzieci dorosłe, a ja pomyślałam sobie: czemu nie spróbować nowych relacji? I tak trafiłam na portal randkowy. Wśród mnóstwa podobnych profili od razu zwrócił moją uwagę Mariusz.
Miał pięćdziesiąt osiem lat. Na zdjęciach wyglądał dostojnie: srebrne włosy, drogi garnitur, pewny wzrok, w tle elegancki samochód. W jego opisie czytałam:
„Jestem dojrzałym mężczyzną, cenię komfort, jakość życia i szukam kobiety do poważnego związku — tej, która zmęczona jest chłopcami i darmozjadami”.
Brzmiało to, przyznam, bardzo kusząco. Piszemy ze sobą od tygodnia. Mariusz pisał starannie, cytował literaturę, rozważał zasady i sprawiał wrażenie człowieka starej szkoły, dla którego honor, słowo i godność wciąż mają znaczenie.
Kiedy zaproponował spotkanie, sam wybrał znaną restaurację mięsną w centrum miasta. Lokal był wyraźnie drogi: przytłumione światło, masywne skórzane kanapy, szklane witryny z dojrzewającym mięsem. Już wtedy pomyślałam, że chyba chce zrobić wrażenie.
Przyszłam punktualnie, uczesałam się delikatnie i włożyłam moją ulubioną szmaragdową suknię. Mariusz już siedział przy stoliku. W rzeczywistości był nieco niższy i bardziej krępy niż na zdjęciach, ale trzymał się pewnie — nawet lekko protekcjonalnie, jak ktoś, kto „wszystko widział i rozumie”.
„Wiecie, tydzień był piekielny. Negocjacje, partnerzy, ciągłe napięcie… organizm potrzebuje białka” — powiedział głośno do kelnera, tak, aby wszyscy wokół słyszeli. „Proszę przynieść mi ribeye, medium. A tak przy okazji — podwójnie. Dziś jestem głodny jak lew. I butelkę najlepszego shiraza”.
Kelner uprzejmie kiwnął głową i odszedł. Byłam zdziwiona takim apetytem, ale nic nie powiedziałam. W końcu dorosły, zamożny mężczyzna ma prawo zjeść kolację, jak chce, szczególnie w piątkowy wieczór.
Czekając na zamówienie, Mariusz wygłosił monolog. Opowiadał o swoich rzekomych sukcesach w biznesie, o tym, jak go szanują pracownicy i słuchają partnerzy, po czym przeszedł płynnie do tematu, który wielu panów z portali randkowych uwielbia — „materializmu współczesnych kobiet”.
„Wiesz, Anno — powiedział pouczająco, gdy kelner otwierał drogą butelkę wina i nalewał do kieliszka. Nie zaoferował mi nawet wina, pamiętając, że zamówiłam herbatę. — Dzisiejszym kobietom potrzebne są tylko pieniądze. Nikt nie patrzy na mężczyznę jak na osobę. Wszyscy szukają portfela. A ja nie jestem bankomatem. Szukam partnerstwa, równych zasad. Jak w Europie”.
Skinęłam uprzejmie głową, delikatnie podgryzając krewetki z sałatki. W tym czasie podano Mariuszowi mięso. Dwa ogromne kawałki marmurkowej wołowiny leżały na drewnianej desce, pachniały przyprawami i smażonym aromatem. W powietrzu mieszały się zapachy rozmarynu, masła i chrupiącej skórki.
Mój towarzysz rzucił się na steki z taką żarłocznością, że mimowolnie odwróciłam wzrok. Kroił duże kawałki, wrzucał je do ust, popijając winem, a przy tym dalej mówił o godności, zasadach i „właściwych kobietach”. Mięsny sok lśnił na jego brodzie. Scena była, delikatnie mówiąc, mało romantyczna.
Do końca kolacji z dwóch steków nic nie zostało, oprócz pustej deski i tłustych śladów, a butelka shiraza została opróżniona do ostatniej kropli. Ja wypiłam herbatę i tylko czekałam, aż to przedstawienie się skończy.
Mariusz głośno odburknął w serwetkę, rozsiadł się na kanapie i kliknął palcami, przywołując kelnera.
„Rachunek, proszę!”.
Postawiono na stoliku czarną skórzaną teczkę. Mariusz leniwie ją otworzył, przebiegł wzrokiem sumę i jego zadowolona mina natychmiast zmieniła się w surową powagę. Następnie spokojnie przesunął teczkę w moją stronę.
„No dobrze, Anno. Razem to szesnaście tysięcy osiemset złotych. Twoja połowa — osiem tysięcy czterysta”.
Na chwilę zaniemówiłam. Jakby ktoś wcisnął we mnie pauzę. Spojrzałam na rachunek, potem na Mariusza, a potem znów na rachunek.
„Przepraszam, Mariusz, dobrze słyszałam? Proponujesz mi zapłacić połowę tego wszystkiego?”
Spojrzał na mnie wyraźnie zirytowany, jakbym zadała niewiarygodnie głupie pytanie.
„A co cię dziwi? W restauracji rachunek dzielimy po połowie. Nie jestem sponsorem, żeby karmić obce kobiety. Jesteśmy nowocześni. Od razu mówiłem, że chcę równych zasad. Albo jesteś jedną z tych, które sprzedadzą się za kawałek mięsa?”.
Takiej bezczelności dawno nie spotkałam. Mój sałatka i herbata kosztowały dokładnie tysiąc dwieście złotych. Reszta — ponad piętnaście tysięcy — przypadała na jego dwa ogromne steki i butelkę drogiego wina, których nawet nie tknęłam. W praktyce postanowił luksusowo zjeść na moją połowę, podpierając zwykłą chciwość pięknymi słowami o europejskim równouprawnieniu.

Przez pierwsze sekundy miałam ochotę zrobić scenę. Chciałam powiedzieć temu zadufanemu manipulatorowi w eleganckim garniturze wszystko, co myślę o jego „zasadach” i męskiej szlachetności. Ale jestem księgową. Przywykłam do cyfr i wiem: tam, gdzie można zrobić dokładny rachunek, emocje są zbędne.
Uśmiechnęłam się najsłodszym uśmiechem.
„Wiesz, Mariusz, masz całkowitą rację. Ja też jestem za europejskim podejściem, samodzielnością i finansową uczciwością. Przepraszam, na chwilę odejdę odświeżyć nosik, a potem wszystko rozwiążemy”.
On zadowolony uśmiechnął się, pewnie myśląc, że jego prosty trik się udał. Oparł się wygodnie na oparciu i zabrał się do czyszczenia zębów wykałaczką.
Podniosłam się, wzięłam torebkę i ruszyłam w stronę toalety. Po drodze skręciłam do recepcji, gdzie stał nasz kelner.
„Młody człowieku — powiedziałam cicho, ale stanowczo — proszę, wystaw mi osobny rachunek. Przy stoliku czwartym zamawiałam tylko zielony sałatkę z krewetkami i herbatę”.
Kelner, najwyraźniej rozumiejąc sytuację, kiwnął bez słowa. Szybko wybrał kilka opcji na terminalu.
„Tysiąc dwieście złotych” — powiedział.

Przykładając kartę, zapłaciłam swój rachunek i dorzuciłam trzysta złotych napiwku.
„A wszystko inne — zrobiłam krótką pauzę — włącznie z dwoma ribeye i butelką wina, proszę przekazać mojemu towarzyszowi. On nalegał na osobną płatność, jak prawdziwy Europejczyk”.
Do stolika już nie wróciłam. Przeszłam spokojnie przez salę tak, aby Mariusz mnie zauważył. Przy wyjściu złapałam jego wzrok. Nadal siedział, przekonany, że wrócę i grzecznie sięgnę po portfel. Posłałam mu powietrzny pocałunek, przyjaźnie pomachałam ręką i wyszłam w chłodną warszawską noc.
W drodze taksówką do domu telefon dzwonił bez przerwy. Mariusz próbował się dodzwonić pięć razy z rzędu. Potem przyszły wiadomości. Najpierw zagubione: „Anno, gdzie jesteś? Kelner wymaga zapłaty”. Potem oburzone: „Co sobie pozwalasz?” A później już wprost wściekłe: „Jesteś drobną, chciwą oszustką! Normalni ludzie tak nie postępują!”
Później okazało się, że „udany biznesmen” nawet nie miał wystarczającej sumy na karcie, by zapłacić za kolację, którą sam sobie zamówił. Musiał dzwonić do znajomych i prosić o pożyczkę, by zamknąć rachunek za własną chciwość.
Z ogromną satysfakcją zablokowałam jego numer i usunęłam korespondencję. Tak poznałam prawdziwego współczesnego „dzielnika rachunków” — mężczyznę, który tak boi się wykorzystania, że sam z przyjemnością siada na kobiecie, nazywając własną skąpstwo pięknymi słowami o równouprawnieniu.
A wam zdarzyło się spotkać takich ludzi — próbujących rozwiązać swoje finansowe sprawy pod pretekstem uczciwego partnerstwa i nowoczesnego równouprawnienia? Jak wychodziliście z podobnych sytuacji?