Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszło mu to krzywo i bardzo przepraszająco.
— Strasznie mi wstyd… Boję się nawet myśleć, co ty sobie teraz o mnie pomyślałaś. To jakiś koszmar.

— Pomyślałam, że w zeszłym tygodniu moja karta zrobiła mi dokładnie to samo przy kasie w supermarkecie — powiedziałam spokojnie, chowając paragon do torebki. — Za mną stała kolejka, wszyscy z pełnymi koszykami, a ja też miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Takie rzeczy się zdarzają. Nie nakręcaj się. Uznajmy, że dziś ja cię zaprosiłam. A następnym razem kawa i deser są po twojej stronie. Idziemy?
Wyszliśmy na zewnątrz, a on odprowadził mnie do taksówki. Przez całą drogę Marek był przygaszony, raz po raz przepraszał i nerwowo obracał guzik przy płaszczu.
W domu zmyłam makijaż i z lekkim westchnieniem podsumowałam wieczór. Najpewniej na tym wszystko się skończy. Męska duma bywa delikatna, zwłaszcza po takiej wpadce na pierwszym spotkaniu. Byłam niemal pewna, że zniknie: przestanie pisać, uda, że nic się nie wydarzyło, albo po prostu zablokuje mój numer. Było mi szkoda, bo naprawdę mi się spodobał.
Z tą myślą zasnęłam.
Następnego ranka w biurze wszystko toczyło się jak zwykle: raporty, tabele, telefony, rozmowy o niczym. O randce prawie nie myślałam — praca szybko wciągnęła mnie w swój codzienny rytm.
Tuż przed obiadem zadzwonił telefon wewnętrzny. Dziewczyna z recepcji powiedziała wesołym głosem:
— Pani Anno, proszę zejść na dół, przyszedł kurier. Mówi, że musi przekazać przesyłkę osobiście.
Zeszłam, spodziewając się kolejnej paczki dokumentów od kontrahentów. Ale w holu stał Marek — we własnej osobie. Jak się okazało, zapamiętał nazwę firmy, którą mimochodem wymieniłam przy kolacji.

Wyglądał bez zarzutu: staranny garnitur, świeżo ogolona twarz, spokojna postawa. Ale w jego spojrzeniu widać było jednocześnie skrępowanie i determinację — jakby przyszedł zarazem przeprosić i udowodnić, że wczorajsza katastrofa była tylko przypadkiem. W rękach trzymał ogromny bukiet i elegancką torbę prezentową.
— Bank zablokował mi konto, bo w ciągu dnia próbowałem zapłacić za coś w podejrzanym sklepie z gadżetami z Dalekiego Wschodu! — wypalił zamiast powitania, podając mi kwiaty.
Nie wytrzymałam i roześmiałam się na środku holu.
— Aniu, dziękuję ci za wczoraj — wreszcie uśmiechnął się normalnie, bez tego napięcia w twarzy. — Za to, że nie zrobiłaś przedstawienia i po prostu, po ludzku, mnie uratowałaś.
W torbie były eklerki z drogiej warszawskiej cukierni i voucher do salonu SPA. Wartość tego prezentu wyraźnie przewyższała tamten restauracyjny rachunek.
— To za nerwy, które wczoraj zafundowałem ci przy terminalu — powiedział i puścił do mnie oko.
Od tamtej pory już drugi miesiąc spotykamy się na kawę. I ani razu nie żałowałam, że wtedy nie zaczęłam odgrywać urażonej królowej, tylko spokojnie zapłaciłam za kolację. Czasem wystarczy nie dobijać człowieka w najbardziej niezręcznym i bezbronnym momencie, żeby w odpowiedzi dostać nie wymówki, lecz szczerą wdzięczność, szacunek i prawdziwą uwagę.