Telefon zawibrował. Dzwoniła jej najlepsza przyjaciółka, Agnieszka.
— Hej, jak tam? Świętowaliście awans?
— O tak, świętowaliśmy — odpowiedziała Katarzyna gorzko. — Marek właśnie oznajmił przy swoich rodzicach, że moje miejsce jest przy kuchence.
— Nie wierzę! — Agnieszka aż sapnęła. — Przecież on zawsze wydawał się taki…
— Postępowy? — Katarzyna westchnęła. — Też tak myślałam. Okazało się, że tylko czekał na odpowiedni moment, żeby ustawić mnie do pionu. I dobrał sobie idealną widownię: rodziców, żebym nie odważyła się sprzeciwić.
— I co zrobiłaś?
— Wyszłam. W połowie kolacji.
— Bardzo dobrze! A co teraz?
To samo pytanie Katarzyna zadawała sobie od chwili, gdy zamknęła za sobą drzwi. Wrócić i udawać, że nic się nie stało? Zmierzyć się z Markiem? A może w ogóle nie wracać i zapytać Agnieszkę, czy mogłaby przez kilka dni spać u niej na kanapie?
— Nie wiem — przyznała. — To nie chodzi tylko o te słowa. Mam wrażenie, jakby zdjął maskę. Zobaczyłam kogoś, kogo nie znam. I to mnie przeraża. A jeśli wyszłam za mężczyznę, który w ogóle mnie nie szanuje?
— Może chciał się tylko popisać przed rodzicami? — podsunęła Agnieszka. — Wiesz, niektórzy faceci przy ojcach nagle zmieniają się w jaskiniowców.
— Może — powiedziała Katarzyna bez przekonania. — Ale to go nie usprawiedliwia. Jeśli dla ich aprobaty jest gotów mnie upokorzyć, to jakim jest mężem?
Telefon znów zawibrował. Wiadomość od Marka: „Gdzie jesteś? Mama się martwi. Wracaj, porozmawiamy”.
Katarzyna parsknęła cicho. Nawet teraz chował się za matką, zamiast przyznać, że sam się martwi.
— Napisał — powiedziała Agnieszce. — Chce, żebym wróciła i porozmawiała.
— I co zrobisz?
Katarzyna milczała chwilę.
— Wrócę — powiedziała w końcu. — Ale nie po to, żeby przepraszać. Tylko żeby postawić sprawę jasno. Raz na zawsze.
Rozłączyła się i ruszyła w stronę mieszkania, zbierając w sobie odwagę. W środku panowała dziwna cisza. Z salonu nie dobiegały głosy, w kuchni nie brzęczały talerze.
— Wróciłam — powiedziała cicho, wchodząc do przedpokoju.
Marek siedział sam w półmroku i patrzył przez okno.
— Twoi rodzice poszli? — zapytała, odwieszając płaszcz.
— Tak. Odprowadziłem ich — odpowiedział, odwracając głowę. — Gdzie byłaś?
— Chodziłam. Myślałam. — Katarzyna usiadła naprzeciwko niego. — Marek, musimy porozmawiać.
— Przepraszam za tamto — wyrzucił z siebie. — Nie powinienem był mówić tego przy nich.
Przyjrzała mu się uważnie.
— Czyli problemem nie jest to, co myślisz, tylko to, że powiedziałeś to przy świadkach?
Poruszył się niespokojnie.
— Przekręcasz moje słowa. Chodziło mi tylko o to, że rodzina powinna być na pierwszym miejscu. Dla kobiety, znaczy.
— A dla mężczyzny już nie?
— Dlaczego ty ze wszystkiego robisz awanturę? — zmarszczył brwi. — Istnieje naturalny porządek. Mężczyzna zapewnia byt, kobieta troszczy się o dom. Tak było od zawsze.
— Naprawdę w to wierzysz? — Katarzyna pochyliła się ku niemu. — Bądź szczery, Marek. Kiedy się poznaliśmy, mówiłeś coś zupełnie innego. Kochałeś moje ambicje. Co się zmieniło?
Odwrócił wzrok.
— Nic się nie zmieniło. Tylko… mama ciągle mówi, że powinniśmy już założyć rodzinę. A ty jesteś wiecznie skupiona na pracy.
— Więc to chodzi o twoją matkę? — w Katarzynie znów zapłonął gniew. — Ona chce wnuków, więc ty próbujesz mnie przepchnąć kolanem tam, gdzie wam wygodnie?
— To nie jest sprawa mamy! — warknął Marek. — Ja też chcę dzieci. Mam trzydzieści dwa lata. Wszyscy moi koledzy mają rodziny, a my wciąż czekamy na jakiś idealny moment.
— Nigdy nie powiedziałam, że nie chcę dzieci — odparła cierpliwie. — Powiedziałam, że najpierw chcę wejść w nową rolę w pracy. Żebym, kiedy pójdę na urlop macierzyński, nie zaczynała wszystkiego od zera. To się nazywa planowanie, nie kaprys.
— A ile to potrwa? Rok? Dwa? Pięć? — Marek zerwał się z miejsca i zaczął chodzić po pokoju. — Potem będzie kolejny cel, kolejny awans. Gdzie to się skończy?
I wtedy Katarzyna zrozumiała. Nie chodziło wyłącznie o dzieci. Marek się bał. Bał się, że ona go prześcignie, że stanie się zbyt niezależna, zbyt pewna siebie, zbyt silna. Bał się, że sam okaże się niewystarczający.
— Przestań — rzucił ostro Marek. — Nikt tak nie myślał.
— Ty tak myślałeś — powiedziała stanowczo. — I przez to zaczęłam się zastanawiać, czy ja w ogóle znam człowieka, za którego wyszłam. Czy może przez cały czas grałeś przede mną kogoś innego?
Cisza rozciągnęła się między nimi jak napięta lina. Marek opadł z powrotem na kanapę i ukrył twarz w dłoniach.
— Nie chciałem cię zranić — powiedział wreszcie. — Ale ty zawsze jesteś taka pewna siebie. A ja… ja mam wrażenie, że tracę kontrolę.
— Kontrolę nade mną? — zapytała cicho.
— Nie! — Podniósł głowę. — Nad naszym życiem. Ty idziesz do przodu, a ja stoję w miejscu. Boję się, że któregoś dnia obejrzysz się za siebie, a mnie już przy tobie nie będzie.
Ta surowa szczerość w jego głosie zbiła ją z tropu. Spodziewała się wymówek, pretensji, obwiniania. Nie tego.
— Marek — powiedziała, przesuwając się bliżej i ujmując jego dłoń. — Wiesz przecież, że nie kocham cię za stanowisko ani pensję. Nigdzie nie uciekam. Ale nie mogę przestać być sobą.