Wychodząc na ulicę, Zlata głęboko wdychała mroźne powietrze. Nowosybirsk przywitał ją śniegiem i orzeźwiającym chłodem. Po błotnistym listopadzie w rodzinnym mieście taka pogoda wydawała się darem. Na sercu zrobiło się lżej, choć rozstanie z rodziną było trudne.
Kostantyn, dowiedziawszy się o jej wyjeździe, wpadł w histerię.
Nie możesz tak z nami postępować! – krzyczał, chodząc po kuchni. Jesteśmy przecież rodziną! Mama nie jest już młoda, dzieci przyzwyczaiły się do ciebie! Jesteś egoistką!
Zlata słuchała w milczeniu, wspominając, jak kiedyś podziwiała swojego brata-obrońcę. On zawsze był dumą mamy, a ona pozostawała w cieniu. I nagle zdała sobie sprawę, że przez trzydzieści siedem lat ani razu nie słyszała, żeby brat zapytał, czego ona sama pragnie.

– Konstantynowie – powiedziała cicho – czy choć raz zastanawiałeś się, czego ja chcę?
Zamarł, nie rozumiejąc. – Wyjeżdżam nie dlatego, że przestałam was kochać – kontynuowała, patrząc w jego zdezorientowane oczy. – Wyjeżdżam, żeby w końcu zacząć żyć. A wy sobie poradzicie. Wszyscy jesteście silni. Po prostu nie mogę już dłużej być tą, na której wszystko się opiera.
Spuścił wzrok, zacisnął pięści, ale nic nie odpowiedział.
Tydzień później stała na peronie, trzymając w dłoni bilet do miejsca, gdzie nikt nie znał jej jako „cioci Złaty”, „córki Anny Pietrownej” ani „siostry Konstantyna”. Tam była po prostu Zlatą. Swojego życia. Swojego wyboru.
Mróz muskał jej policzki, wiatr rozwiewał włosy, a ona po raz pierwszy od dawna poczuła, że oddycha swobodnie.
