W sobotnie przedpołudnie dzwonek telefonu przerwał moje leniwe myślenie nad niedopitą kawą.
— Andrzeju, pomożesz? — zabrzmiał entuzjazm w głosie siostry, Zofii, lat pięćdziesiąt dwa. — U Mariny nowy telewizor, a zawiesić go nie ma kto. Pół godziny roboty, max. Załatwisz?
Nie podejrzewałem wtedy, że ten drobny gest zamieni się w coś, co wytrzęsie moje zaufanie i spokój.
— No dobrze — odpowiedziałem, uśmiechając się pod nosem. — Pół godziny i wracam.
Miałem pięćdziesiąt cztery lata. Nie byłem bohaterem romansów, ani macho z telewizji. Zwyczajny facet z lekkim brzuszkiem, czasem bolącymi plecami i okularami, które często gubiłem w mieszkaniu. Moja żona, Lena, żartowała, że potrafię naprawić wszystko, oprócz własnych nerwów — i niestety, miała rację.
Od czasu kłótni Zofii z Leną przy urodzinach bratanka nasze relacje były napięte. Nie pamiętam nawet dokładnie przyczyny — pieniądze, stary uraz, drobiazgi, które rozciągnęły się przez lata. Kobiety czasami potrafią wywołać konflikty z niczego, a potem pół roku trzymać napięcie w powietrzu.
— A Marina nie może wezwać fachowca? — zapytałem, gdy próbowałem zrozumieć sytuację.
— Po co? — odparła Zofia. — Albo czekasz pół dnia, albo przychodzi chłopak, który pierwszy raz w życiu widzi wiertarkę. Ty masz ręce z głowy.
Powinienem się wtedy zaniepokoić. Ale postanowiłem po prostu pomóc.
Marina mieszkała w nowym domu na drugim końcu miasta. Drzwi zdobił wieniec z sztucznej lawendy, dziwny jak na listopad.
— Andrzej? — powitała mnie zaraz po otwarciu. — Wejdź.
Była zadbana, wciąż atrakcyjna, w miękkiej beżowej sukience, nie w domowym szlafroku. Zapach wanilii i pieprznej nuty wypełniał pokój.
— Rozbierz się, dam ci kapcie — zaoferowała.
— Nie trzeba, szybko — odpowiedziałem.
— Jak chcesz — uśmiechnęła się. — Zofia mówi, że jesteś solidnym facetem.
Już wtedy coś w tym „jesteś solidny” brzmiało fałszywie. W salonie stał nowy telewizor w pudełku, narzędzia, kieliszek wina.
— Gości nie masz? — spytałem.
— Nie, a co?
— Nic, tylko kieliszek…
— Ach, to dla odwagi — zaśmiała się. — Boję się facetów z narzędziami.
Rozpocząłem pracę, a Marina kręciła się obok. Najpierw pomagała przy śrubach, potem zbliżyła się za bardzo, jej perfumy były już intensywne. Położyła mi rękę na ramieniu.
— Andrzej, wcale się nie zmieniłeś — mruknęła.
— Co masz na myśli? — odwróciłem się.
— Nadal spokój, ale wygląda na to, że Zofia o tobie opowiadała…
Poczułem nagłe nieprzyjemne napięcie. To nie była pochwała. To był test.
— Skończę szybko i pójdę — powiedziałem.
— Dokąd się spieszysz? — usiadła, podkurczając nogi. — Herbata, coś mocniejszego?
— Nie, czekają na mnie w domu.
Marina milczała chwilę, potem cicho dodała:
— Zofia mówiła, że jesteś bardzo porządny.
— Porządny? — zapytałem.
— Tak, martwi się o ciebie. Mówi, że żyjesz jakbyś nie żył naprawdę.
Zrozumiałem. To była pułapka Zofii. Chciała sprawdzić, czy jestem podatny na podstęp i flirty jej przyjaciółki.
— Posłuchaj — powiedziałem spokojnie — to, co mam w domu z żoną, nie wasza sprawa.
Dokręciłem ostatnią śrubę, włączyłem telewizor. Na ekranie zaczęła grać piosenka o miłości.
— Gotowe — rzuciłem.
Marina stała przy oknie, obejmując się ramionami.
— Przepraszam — szepnęła.
— W porządku — odpowiedziałem, bez uniesień.
W drodze powrotnej, w samochodzie, ręce mi drżały. Nie od adrenaliny, a od poczucia zdrady. Od siostry, która zamiast brata wspierać, ustawiła mnie w roli narzędzia w swojej kobiecej wojnie.
Kiedy Zofia zadzwoniła, odpowiedziałem głośno:
— Nie dzwoń więcej.
Chwila ciszy, potem nerwowy śmiech:
— Co ci strzeliło do głowy?
— W końcu wróciłem do siebie — odparłem.
Od tamtego dnia minęły miesiące. Siostra nie pojawiła się. Przez wspólnych znajomych przesyłała wiadomości, że „złamali mnie pod jej piętą”. Niech mówi, co chce. W wieku pięćdziesięciu czterech lat człowiek uczy się, że nie każdy krewny jest bliski, a nie każda „troska” jest naprawdę o ciebie.
Tamta sobota zostanie w mojej pamięci na zawsze. I szczerze, wolałbym, żeby to był tylko źle powieszony telewizor.
