W tej samej chwili między nami stanął pewnym krokiem mężczyzna w szarym garniturze, jakby cały cmentarz należał do niego.
Mógł mieć około pięćdziesięciu lat. Włosy zaczynały mu się przerzedzać, a szczękę miał mocno zaciśniętą. Nigdy wcześniej go nie widziałem, ale już po pierwszych słowach wiedziałem, kto przede mną stoi.
— To pan jest Michałem — powiedział chłodno. — Nazywam się Paweł. Jestem siostrzeńcem Heleny.
Powoli skinąłem głową.
— Wspominała o panu.
— Nietrudno się domyślić, co mówiła — odparł i zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. — Młody opiekun poślubia moją osiemdziesięciodwuletnią ciotkę trzy dni przed jej śmiercią. Chyba rozumie pan, jak to wygląda.
— W rzeczywistości wszystko było zupełnie inne.
— Tak twierdzi każdy.
Mecenas Zieliński znacząco odchrząknął, ale Paweł najwyraźniej nie zamierzał kończyć.
— Podważę wszystko — oświadczył. — Małżeństwo, testament, każdą decyzję. Mój prawnik już przygotowuje dokumenty. Wykorzystał pan bezbronną starszą kobietę, a ja nie pozwolę, żeby uszło to panu na sucho.
Nieświadomie mocniej objąłem torbę.
— Nigdy niczego jej nie zabrałem.
— W takim razie nie będzie panu przeszkadzało, jeśli natychmiast odda mi pan tę torbę.
Spojrzałem na mecenasa Zielińskiego. Ledwie zauważalnie pokręcił głową, jakby próbował mnie ostrzec.
— Muszę wszystko przemyśleć — powiedziałem w końcu i odszedłem.
— Panie Michale, proszę zaczekać! Niech mi pan pozwoli dokończyć! — zawołał za mną mecenas.
Ja jednak szedłem już ulicą, zbyt wstrząśnięty, by się obejrzeć.
W poniedziałek po domu opieki zaczęły krążyć pierwsze plotki.
Najpierw wyczuwałem je w zachowaniu ludzi, dopiero później usłyszałem szepty.
Za każdym razem, gdy wchodziłem do pokoju socjalnego, rozmowy nagle milkły.
Dwie pielęgniarki urwały zdanie w połowie, kiedy mijałem je na korytarzu.
Nawet mieszkańcy, których znałem od ponad roku, zaczęli patrzeć na mnie inaczej.
Anna znalazła mnie w magazynie, gdy układałem czyste ręczniki na półkach.
Cicho zamknęła za sobą drzwi.
— W środę chce cię wezwać dyrekcja. Wszczynają oficjalne postępowanie wyjaśniające.
— Spodziewałem się tego.
— Musisz zdecydować, co zrobisz — powiedziała poważnie.
— Oddam wszystko — odpowiedziałem bez chwili wahania. — Cokolwiek znajduje się w tej torbie. Cokolwiek Helena mogła mi zapisać. Paweł może to zabrać. Nie chcę, żeby ktokolwiek pomyślał, że ożeniłem się z nią dla pieniędzy.
Anna długo mi się przyglądała.
— Michale… przecież właśnie o to chodzi Pawłowi.
— Może ma do tego prawo. Jest jej krewnym. Łączą ich więzy krwi.
— I co z tego? — sprzeciwiła się. — To ty byłeś jej prawdziwą rodziną. Widziałam każdego dnia, ile dla siebie znaczyliście.
Nie odpowiedziałem.
W milczeniu układałem kolejne ręczniki, jeden na drugim.
— Potrzebujesz jakiegoś planu — dodała.
Tego wieczoru siedziałem na łóżku, a przede mną leżała stara płócienna torba Heleny.
Wciąż jej nie otworzyłem.
Miałem wrażenie, że naruszyłbym coś świętego. Jakby rozpięcie zamka oznaczało, że pośrednio przyznaję Pawłowi rację choćby w jednej sprawie.
Nagle zawibrował telefon.
Dzwonił mecenas Zieliński.
— Panie Michale, tamtego dnia nie zdążyłem powiedzieć wszystkiego. Zanim podejmie pan jakąkolwiek decyzję, proszę otworzyć torbę i przeczytać list. Helena dokładnie wiedziała, że do tego dojdzie.
— Do czego? — zapytałem.
— Wiedziała, że Paweł pojawi się natychmiast, gdy tylko usłyszy o jej śmierci. Była na to przygotowana. Właśnie to próbowałem panu wyjaśnić, zanim nam przerwał. Proszę… niech pan otworzy tę torbę.
Połączenie się zakończyło.
Jeszcze przez długie minuty siedziałem bez ruchu, wpatrując się w metalowy suwak.
W końcu nabrałem głęboko powietrza i powoli rozsunąłem zamek.
W środku nie było pieniędzy.
Nie znalazłem żadnej biżuterii.
Nie było aktu własności mieszkania.
Nie było klucza do sejfu.
Nie było niczego, czego spodziewałem się przez cały ten czas.
— Przygotowana na co? — wyszeptałem.
