Wydarzenia z ostatnich miesięcy II wojny światowej wciąż potrafią rozpalać spory, budzić emocje i prowokować pytania, na które nie zawsze da się znaleźć pewną odpowiedź. Nie wszystkie archiwa zostały dokładnie przebadane, a wokół niektórych epizodów narosły przez lata opowieści tak niezwykłe, że trudno oddzielić w nich chłodny fakt od późniejszych dopowiedzeń. Do takich historii zalicza się opowieść o radzieckim sierżancie Janie Borowieckim i grupie japońskich kobiet wziętych do niewoli, które według jednej z wersji miały przez wiele lat żyć w głębi dalekowschodniej tajgi.
W Rosji ta sprawa pozostaje niemal nieznana i nie ma potwierdzenia w oficjalnych dokumentach. Znacznie częściej powracała natomiast w chińskich publikacjach internetowych, które powoływały się na rzekome materiały archiwalne oraz relacje świadków, choć ich nazwisk zwykle nie podawano. Z każdym kolejnym powtórzeniem historia dostawała nowe szczegóły, przez co dziś jeszcze trudniej stwierdzić, gdzie kończy się możliwa prawda, a zaczyna literacka legenda.
Warto więc przyjrzeć się tej opowieści spokojniej: sprawdzić, o jakim zdarzeniu mówią jej autorzy, które elementy pasują do znanych realiów historycznych, a które od początku budzą poważne wątpliwości.
Sierpień 1945 roku był przełomowy nie tylko dla Europy, lecz także dla całej Azji Wschodniej. Po klęsce Niemiec Związek Radziecki wypełnił zobowiązania wobec aliantów i rozpoczął szeroko zakrojoną operację wojskową przeciwko japońskim siłom w Mandżurii.
Oddziały radzieckie w krótkim czasie rozbiły Armię Kwantuńską, największe zgrupowanie lądowe Japonii. Operacja ta uchodzi za jedną z najskuteczniejszych kampanii końcowego etapu wojny. Japońska obrona została przełamana jednocześnie na kilku kierunkach, a liczne garnizony utraciły kontakt między sobą.
Po zakończeniu walk do niewoli trafiły setki tysięcy ludzi. Byli wśród nich nie tylko żołnierze, lecz także lekarze, łącznościowcy, pracownicy sztabów, tłumacze oraz kobiety pełniące różne funkcje pomocnicze przy japońskiej armii.
Większość jeńców kierowano do specjalnych obozów na Syberii i na radzieckim Dalekim Wschodzie. Formowano w tym celu długie kolumny, które eskortowały jednostki Armii Czerwonej.
Właśnie wtedy, według chińskich opisów, młody sierżant Jan Borowiecki miał otrzymać rozkaz doprowadzenia grupy japońskich jeńców-kobiet do miejsca dalszego przetrzymywania.
Jak twierdzą autorzy tych publikacji, razem z nim znajdowało się jeszcze kilku radzieckich wojskowych. Kolumna poruszała się przez wyjątkowo trudne drogi w nadamurskich okolicach. Zimy w tym regionie bywają bezlitosne: mróz ścina oddech, śnieg potrafi zasypać wszystko dookoła, a przez wiele kilometrów nie widać żadnych zabudowań.
W takich warunkach nawet zwykła awaria ciężarówki albo pomyłka przy wyborze drogi mogła skończyć się tragedią. Dlatego podobne transporty uznawano za niebezpieczne i wymagające dużej ostrożności.
Według jednej wersji stara ciężarówka odmówiła posłuszeństwa. Według innej kierowca po prostu zgubił właściwy trakt. W niektórych przekazach pojawia się nawet sugestia, że pojazd mógł najechać na dawny niewybuch pozostały po walkach. Żadna z tych wersji nie została jednak potwierdzona oficjalnymi dowodami.
Legenda głosi, że dwóch starszych stopniem żołnierzy ruszyło szukać drogi albo najbliższej osady, zostawiając sierżanta przy jeńcach. Potem mieli zniknąć bez śladu.
Co wydarzyło się później, pozostaje niejasne. Jeśli wierzyć chińskim autorom, Jan Borowiecki miał przestraszyć się, że powrót bez towarzyszy broni, bez transportu i bez części konwoju zostanie potraktowany jako ciężkie zaniedbanie, a może nawet jako dezercja.
Obawiając się surowej kary, miał podjąć decyzję, której nikt się po nim nie spodziewał: odejść wraz z jeńczyniami głębiej w las i przeczekać kilka miesięcy, aż sytuacja stanie się bardziej zrozumiała.
Trudno dziś ocenić, na ile taki czyn był w ogóle realny. Historycy wojskowości przypominają, że samowolne opuszczenie służby było karane bardzo surowo. Jednocześnie istniały przepisy uwzględniające nadzwyczajne okoliczności wojenne, więc nie każdy podobny przypadek musiał oznaczać od razu najcięższy wyrok.
Dlaczego japońskie kobiety miały pójść za nim?
Jednym z najbardziej spornych elementów tej historii jest zachowanie samych jeńczyni. Chińskie publikacje utrzymują, że kobiety niemal od razu zgodziły się podążyć za radzieckim sierżantem.
Autorzy tłumaczą to surową dyscypliną japońskiego wojska oraz tradycją podporządkowania się osobie stojącej wyżej w hierarchii.
Rzeczywiście, dyscyplina w armii japońskiej była niezwykle twarda. Rozkaz dowódcy należało wykonywać bez dyskusji, a złamanie zasad podporządkowania traktowano jako poważne przewinienie.
Trzeba jednak pamiętać, że mowa była już o kobietach znajdujących się w niewoli, w obcym kraju, w skrajnie trudnych warunkach i po zakończeniu działań wojennych. Dlatego po tylu latach nie da się z całą pewnością powiedzieć, jak mogłyby zachować się naprawdę.
Jeżeli założyć, że podobny epizod rzeczywiście miał miejsce, najważniejsze pytanie dotyczy przetrwania.
Dalekowschodnia tajga należy do najtrudniejszych obszarów naturalnych w Rosji. Zimą temperatura potrafi spaść znacznie poniżej trzydziestu stopni mrozu, a śnieg leży nieraz aż do wiosny.
Nawet współcześni podróżnicy potrzebują tam przygotowania, dobrego sprzętu, łączności i zapasów jedzenia, jeśli chcą przebywać w takich warunkach dłużej niż kilka dni.
Chińskie teksty przekonują, że grupa zdołała zabrać z ciężarówki część prowiantu, urządzić prowizoryczne schronienie i stopniowo zorganizować sobie życie.
Teoretycznie taki scenariusz można sobie wyobrazić tylko wtedy, gdy ludzie mieli spory zapas żywności, ciepłe ubrania, narzędzia, broń, lekarstwa oraz stałe źródło ognia. Właśnie dlatego wielu badaczy patrzy na ten fragment opowieści z ogromną nieufnością.
Pojawia się też proste pytanie: jak niewielka grupa mogła przez lata pozostać niezauważona w miejscach, gdzie od czasu do czasu pojawiali się myśliwi, leśnicy, geolodzy albo oddziały wojskowe?
Legenda zaczyna nabierać kolejnych barw.
Od tego momentu opowieść coraz bardziej przypomina przygodową historię z pogranicza faktu i mitu. W chińskich źródłach można przeczytać, że z czasem między sierżantem a dawnymi jeńczyniami narodziło się zaufanie, a później powstała osobliwa wspólnota żyjąca z dala od świata.
Nie opublikowano jednak żadnych dokumentów archiwalnych, fotografii ani oficjalnych raportów, które potwierdzałyby taki rozwój wydarzeń. Dlatego większość specjalistów skłania się ku temu, by traktować tę historię raczej jako legendę historyczną, zbudowaną na pojedynczych realnych faktach z powojennego okresu.
W dalszej części chińskich publikacji fabuła staje się jeszcze bardziej niezwykła. Według tej wersji mała grupa ludzi stopniowo zamieniła się w pełnoprawną osadę, która rzekomo istniała poza cywilizacją prawie dwadzieścia lat. Autorzy piszą, że byłe jeńczynie nauczyły się prowadzić gospodarstwo, uprawiać warzywa, zbierać rośliny leśne, łowić ryby, polować i własnymi rękami budować schronienia.
Podobne przypadki rzeczywiście zdarzały się w dziejach świata. Ludzie z różnych powodów potrafili żyć latami w odosobnieniu. Prawie zawsze jednak takie wspólnoty znajdowały się w pobliżu rzek, terenów łowieckich albo opuszczonych osad, co znacząco zwiększało szanse przeżycia. Tutaj natomiast mowa o głuchej dalekowschodniej tajdze, w której klimat bywa wyjątkowo bezwzględny.
Z tego powodu wielu badaczy uznaje taki scenariusz za mało prawdopodobny bez regularnego dostępu do zapasów, narzędzi, odzieży i leków.
Czy dało się przeżyć tak długo z dala od cywilizacji?
To pytanie pozostaje jednym z najważniejszych. Nawet dziś samodzielne życie w tajdze wymaga ogromnych umiejętności. Trzeba nieustannie zdobywać pożywienie, znajdować czystą wodę, przygotowywać wielkie ilości opału, utrzymywać schronienie w dobrym stanie i chronić się przed dzikimi zwierzętami.
Szczególnie trudnym problemem byłaby medycyna. Każdy poważniejszy uraz, zakażenie czy stan zapalny bez lekarstw mógł zakończyć się śmiercią. Dlatego specjaliści powątpiewają, by dość liczna grupa ludzi mogła przez dziesięciolecia żyć całkowicie samodzielnie i jednocześnie zachować większość uczestników przy życiu.
Nie mniej pytań budzi kwestia ubrań. Nawet najmocniejsze rzeczy z czasem się niszczą. Aby je zastąpić, potrzebne są tkaniny, skóry, nici, narzędzia oraz umiejętność szycia. W chińskich tekstach prawie nie wyjaśnia się, w jaki sposób wspólnota miałaby rozwiązywać ten problem.
Największe zainteresowanie czytelników zwykle wywołuje twierdzenie, że przez lata życia w tajdze w tej osadzie urodziło się wiele dzieci. To właśnie ten szczegół sprawił, że historia zaczęła szeroko krążyć w internecie.
Nie przedstawiono jednak żadnych sprawdzonych dokumentów, zapisów medycznych, zdjęć ani materiałów archiwalnych, które mogłyby potwierdzić takie informacje. Dlatego podobne twierdzenia należy traktować jako część legendy rozpowszechnionej przez chińskie media.
Historycy zauważają, że przy większej liczbie ludzi osada musiałaby pozostawić widoczne ślady: uprawioną ziemię, zabudowania, miejsca gospodarcze, dym z palenisk i oznaki stałej aktywności. Odnalezienie takiego obozu po latach powinno być znacznie łatwiejsze, niż sugerują autorzy publikacji.
Zwolennicy legendy przypominają jednak, że dalekowschodnia tajga zajmuje olbrzymie przestrzenie. Istnieją tam rejony trudno dostępne nawet współcześnie. Po wojnie państwo zajmowało się odbudową, wznoszeniem zakładów i powrotem milionów ludzi do normalnego życia. Pojedyncze zdarzenia mogły więc z czasem zejść na dalszy plan.
Właśnie ten punkt uchodzi za jedno z najsłabszych miejsc całej wersji.
Według chińskich autorów po niemal dwóch dekadach Jan Borowiecki miał sam opuścić leśną osadę i dotrzeć do najbliższej miejscowości, gdzie opowiedział przedstawicielom władzy o tym, co się wydarzyło.
Dalszy ciąg różne publikacje przedstawiają odmiennie. Jedne twierdzą, że sierżanta od razu zatrzymano. Inne piszą, że funkcjonariusze najpierw zwyczajnie nie uwierzyli w tak nieprawdopodobną opowieść.
Po sprawdzeniu jego słów, jeśli trzymać się tej wersji, wysłano ekspedycję, która miała odnaleźć osadę ukrytą w tajdze.
Trzeba jednak podkreślić, że do dziś nie opublikowano żadnych oficjalnych dokumentów potwierdzających przeprowadzenie takiej operacji.
Co stało się z dawnymi jeńczyniami?
W materiałach chińskich mediów pojawia się informacja, że po odnalezieniu osady japońskie kobiety wraz z dziećmi miały zostać odesłane do ojczyzny. Ten epizod także rodzi wiele wątpliwości.
Nie znaleziono jednak potwierdzeń właśnie tak niezwykłej repatriacji.
Osobne pytania dotyczą obywatelstwa dzieci. Według ówczesnych radzieckich przepisów podobne przypadki musiałyby przechodzić przez liczne procedury urzędowe. Dlatego wielu specjalistów uważa tę część opowieści za szczególnie problematyczną.
Czy coś takiego mogło wydarzyć się naprawdę?
Jednoznacznej odpowiedzi dziś nie ma. Niektóre elementy tej historii rzeczywiście łączą się z potwierdzonymi wydarzeniami. Armia Kwantuńska istniała, setki tysięcy japońskich wojskowych naprawdę trafiły do radzieckiej niewoli, a wielu z nich przetrzymywano w obozach na Syberii i na Dalekim Wschodzie.
Dalsza część opowieści stopniowo przechodzi jednak w obszar niepotwierdzonych przypuszczeń. Brak dokumentów archiwalnych, świadectw możliwych do sprawdzenia, oficjalnych raportów i niezależnych źródeł każe traktować tę historię bardzo ostrożnie.
Być może u podstaw legendy znajdował się jakiś rzeczywisty epizod, który z biegiem czasu wielokrotnie opowiadano na nowo, zmieniano i uzupełniano coraz bardziej dramatycznymi szczegółami. Tak często dzieje się z ludowymi przekazami oraz niezwykłymi opowieściami z przeszłości.
Dlaczego ta historia wciąż przyciąga uwagę?
Takie opowieści działają na wyobraźnię, bo łączą prawdziwe wydarzenia historyczne z tajemnicą, lękiem i dramatem. Czytelnik chce wiedzieć, w którym miejscu kończy się fakt, a zaczyna wymysł.
Poza tym historia ta przypomina, jak wiele mało znanych epizodów wiąże się z ostatnimi miesiącami II wojny światowej. Badacze nadal pracują w archiwach różnych krajów i odnajdują dokumenty, które mogą rzucić światło na zapomniane wydarzenia tamtych lat.
Możliwe, że kiedyś pojawią się materiały, które potwierdzą albo ostatecznie obalą opowieść o Janie Borowieckim. Na razie pozostaje ona jedną z najbardziej niezwykłych legend związanych z powojennym Dalekim Wschodem.
Historia Jana Borowieckiego pokazuje, jak realne wydarzenia mogą z czasem zmienić się w legendę. Oparta głównie na publikacjach chińskich mediów, zawiera wiele mocnych, zapadających w pamięć szczegółów, ale jednocześnie pozostawia zbyt dużo pytań bez odpowiedzi. To właśnie brak wiarygodnych dokumentów sprawia, że opowieść ta jest raczej tematem dyskusji miłośników historii niż uznanym faktem historycznym.
Czytając podobne materiały, warto oddzielać informacje potwierdzone od wersji, których nie da się sprawdzić, i pamiętać, że nie każda popularna historia ma solidną podstawę dokumentalną. Mimo to takie opowieści na nowo zwracają uwagę na mniej znane karty II wojny światowej i budzą zainteresowanie badaniami archiwalnymi.
A co wy o tym sądzicie?
Jeśli ten materiał wydał wam się interesujący, podzielcie się nim ze znajomymi w mediach społecznościowych i obserwujcie naszą stronę, aby nie przegapić kolejnych publikacji o zapomnianych rozdziałach historii świata, archiwalnych odkryciach i zagadkowych wydarzeniach z przeszłości.
