Przyjaciel w wieku 41 lat postanowił rozwiązać brak bliskości w małżeństwie w najbardziej radykalny sposób: znalazł sobie młodą kochankę. Rok później sam przyznał, dlaczego to wcale nie było wyjście
Kiedy w zeszły piątek zadzwonił do mnie Krzysiek i powiedział: „Marek, zejdź na dół, musimy pogadać, stoję pod twoją klatką”, od razu poczułem, że sprawa jest poważna. Nie wyglądał jak facet, który romansuje z dwudziestokilkuletnią trenerką fitness. Bardziej przypominał człowieka, który od dwóch tygodni haruje fizycznie bez chwili oddechu. Siedzieliśmy w jego toyocie zaparkowanej w ciemnym kącie podwórka.
Obaj mamy po 41 lat. Znamy się jeszcze ze studiów, mieszkamy w tej samej części Jekaterynburga i doskonale pamiętam, jak jeszcze rok temu opowiadał mi z błyskiem w oczach o swoim „genialnym planie” na uratowanie libido. Wtedy powtarzał, że rodzina jest święta, ale męski organizm potrzebuje czasem wstrząsu, a on wymyślił idealne rozwiązanie, żeby wszyscy byli zadowoleni i nikt niczego nie stracił.
Dlaczego tak często mylimy nudę z brakiem miłości
Jego sytuacja była aż zbyt typowa. Z żoną Magdą przeżyli prawie dwadzieścia lat, wychowali syna. Ona była dobrą, gospodarną kobietą, ale, jak sam mówił Krzysiek, „stała się jak wygodna kanapa”. Bliskość między nimi odbywała się według grafiku, raz na dwa tygodnie, i bardziej przypominała obowiązek przed snem niż prawdziwe pożądanie. Krzysiek coraz częściej narzekał, że przecież jest jeszcze w sile wieku, a czuje się jak emeryt. Chciał ognia. Chciał znów widzieć w czyichś oczach zachwyt na swój widok.
I wtedy pojawiła się Weronika. Miała 24 lata i pracowała jako recepcjonistka w tym samym biurowcu, gdzie mieściło się jego biuro. Żywa, roześmiana, pachnąca słodkimi perfumami, od których nawet teraz, w zamkniętym aucie, zdawało mi się, że wisi w powietrzu mdlący zapach, choć przecież jej tam nie było. Krzysiek przy niej odżył. Kupił sobie nowe jeansy, zaczął chodzić do barbera, nawet trochę wciągnął brzuch.
Mówił mi wtedy: „Rozumiesz, Marek, wracam teraz do domu zadowolony, spokojny. Nie czepiam się Magdy, nie wkurza mnie codzienna rutyna. Mam energii za trzech. To przecież wszystkim wychodzi na dobre!”.
Nic mu wtedy nie odpowiedziałem, chociaż coś mnie od środka uwierało. Krzyśkowi było zwyczajnie nudno z samym sobą. Przestał się rozwijać, ugrzązł w powtarzalności i zamiast szukać nowych sensów albo ratować małżeństwo od środka, wybrał zdradę. Pewnie wmówił sobie, że problem tkwi w Magdzie, że to ona przestała go pociągać. A prawda była prostsza: zapragnął łatwej dopaminowej nagrody, bez wysiłku i bez pracy nad sobą.
Podwójne życie to druga praca, tylko że nikt za nią nie płaci
Krzysiek upił łyk zimnej kawy z papierowego kubka kupionego na stacji i spojrzał na mnie wzrokiem zbitego psa.
– Wiesz, Marek, ja jestem potwornie zmęczony – oparł głowę o zagłówek. – Myślałem, że to będzie święto, a to jest jak druga zmiana w fabryce. Nie masz pojęcia, ile siły zabiera samo kłamanie. To nie jest jedno skasowane powiadomienie. To ciągłe napięcie. Muszę pamiętać, co rano powiedziałem Magdzie, co wieczorem naopowiadałem Weronice, dlaczego się spóźniłem i skąd się wziął paragon z restauracji w kieszeni.
Okazało się, że młoda kochanka to nie tylko jędrne ciało i zachwyt w oczach. To także zupełnie inny rytm życia, na który Krzysiek fizycznie nie był gotowy. Weronika potrzebowała ruchu. Chciała chodzić do klubów, siedzieć do trzeciej nad ranem w modnych lokalach. A on o dziewiątej wieczorem marzył już tylko o kanapie i serialu.
– W zeszłą sobotę powiedziałem żonie, że jadę z kolegami na nocne wędkowanie – opowiadał. – A tak naprawdę zabrałem Weronikę do jakiegoś ośrodka wypoczynkowego pod Sysert. Włączyła muzykę, tańczy, chce sauny, potem skoków w śnieg. A mnie ciśnienie skacze, ja bym się najchętniej położył. Ona się obraża, wydyma usta i mówi, że jestem nudny. Marek, ja tam prawie ducha nie wyzionąłem, udając samca alfa.
I właśnie tutaj wychodzi na jaw największa pułapka: nasz „wiek mentalny” i realne możliwości ciała to nie to samo. Weronika nie była zła. Ona po prostu była młoda. Potrzebowała partnera do szaleństw, a nie zmęczonego faceta po czterdziestce, którego trzeba potem składać do kupy. A Krzysiek musiał grać, wciągać brzuch, pić energetyki i udawać kogoś, kim już dawno nie był.
Najgorsze było to, że ten ersatz bliskości zaczął niszczyć wszystko, co jeszcze tliło się w domu. Krzysiek przyznał, że zrobił się nerwowy. Nie spokojniejszy i milszy, jak sobie wcześniej wyobrażał, tylko rozedrgany i ostry.
– Wracam do domu, Magda stawia kolację, pyta, jak minął dzień. A ja patrzę na nią i czuję taką winę, że mnie aż skręca. I żeby tę winę zagłuszyć, zaczynam się czepiać. Że zupa za mało słona, że koszula niewyprasowana. Zrobiłem się agresywny, Marek.
