Mama nie pozwoliła jej dokończyć. Złapała babcię za ramię, wyprowadziła ją na klatkę i zatrzasnęła drzwi. Zza nich natychmiast dobiegł krzyk, że wezwie policję, że dziecko trzeba jej oddać, że ona na to nie pozwoli.
Mama chwyciła Kubę za rękę i zaprowadziła do pokoju. Dopiero wtedy zobaczył siedzącego tam mężczyznę. Obcego. Sztywnego z napięcia, jakby bał się poruszyć.
— Kuba — powiedziała mama cicho. — Nie ma już sensu kłamać. To jest twój tata.
Za drzwiami babcia zawodziła coraz głośniej. Mama stała nieruchomo. Mężczyzna podniósł się z fotela. Był wysoki, szczupły, miał zmęczoną twarz i oczy tak podobne do oczu Kuby, że chłopakowi zrobiło się słabo. Wyciągnął do niego drżącą rękę.
— Cześć, synku.
Kuba cofnął się o krok.
— Ale… mówiłaś, że on nie żyje.
— Aniu… — mężczyzna, jego ojciec, wyglądał, jakby ktoś uderzył go prosto w pierś.
— To nie ja, Pawle — wyszeptała mama. — To ona. Powiedziała, że będzie mu łatwiej myśleć, że odszedłeś na zawsze, niż wiedzieć, że ty…
Głośne pukanie przerwało jej w pół zdania.
— Policja! Proszę otworzyć!
— Aniu, może ja powinienem wyjść — powiedział mężczyzna.
— Nie. Koniec ukrywania. Kuba, wszystko ci wyjaśnimy, tylko… nie bój się.
Mama otworzyła drzwi. Do mieszkania wpadła babcia, za nią policjant, a na końcu pani Wiśniewska z sąsiedztwa, ta sama, która zawsze niby podlewała kwiatki na korytarzu, kiedy u kogoś działo się coś ciekawego.
— Co się tu dzieje? — zapytał policjant. — Mamy zgłoszenie o awanturze.
— Nic złego się nie dzieje — odpowiedziała mama. — Mój mąż wrócił ze Śląska. To jest jego syn.
— On jest kryminalistą! Zbiegłym kryminalistą! Proszę go aresztować! Jakub, chodź do mnie!
— Mamo, wystarczy.
Policjant sprawdził dokumenty ojca.
— Nie ma żadnych wpisów?
— Żadnych — odpowiedział Paweł. — Pracowałem na Śląsku od czasu, kiedy wyjechałem po szkole.
— Przepraszam pana — powiedział policjant po chwili.
— Nie przepraszajcie go! — krzyknęła babcia. — On zniszczył życie mojej córce!
— Mamo, przestań.
Mama zamknęła drzwi.
Ojciec. Kuba miał ojca. Przez jedenaście lat żył bez niego, a teraz nagle ten człowiek stał w ich pokoju, jakby mógł wejść w jego życie tak po prostu. Babcia zawsze mówiła, że był pijakiem, złodziejem, że zginął w bójce i że lepiej nie rozdrapywać rodzinnego wstydu.
A wszystko okazało się kłamstwem.
Mama chyba zobaczyła, co za chwilę zrobi, ale nie zdążyła go zatrzymać. Kuba porwał kurtkę z wieszaka i wybiegł z mieszkania.
Biegł tak długo, aż zaczęły piec go płuca. Łzy rozmazywały światła latarni, chodnik uciekał spod nóg, a w głowie tłukło się tylko jedno pytanie: komu jeszcze mógł wierzyć?
— Ej, młody! — usłyszał znajomy głos Bartka Maja.
Kuba nie zwolnił.
— Zaczekaj! Kto cię goni?
Bartek dopadł go i złapał za rękaw.
— Nikt. Odczep się.
— Mróz jak diabli. Chcesz się rozchorować? W zeszłym roku leżałem w szpitalu, najlepsze jedzenie w życiu dawali, ale ty byś tam nie wytrzymał. Za delikatny jesteś. Chodź, mieszkam niedaleko.
Kuba zawahał się.
— Mama jest w trasie. Jest konduktorką. W domu tylko ja.
Mieszkanie Bartka było skromne, miejscami obdrapane, ale czyste. W jego pokoju wisiały plakaty Maanamu, Lady Pank i Republiki. Gitara stała oparta o łóżko, jakby czekała, aż ktoś po nią sięgnie.
— Herbaty? — spytał Bartek.
Kuba skinął głową. Wtedy jego brzuch zaburczał tak głośno, że obaj to usłyszeli.
— Głodny? Może fasolka po bretońsku z chlebem?
Bartek krzątał się w kuchni, nucąc pod nosem. Kuba siedział przy stole i patrzył, jak para unosi się nad talerzem. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek jadł coś lepszego.
Później, nad kubkami herbaty, Bartek wziął gitarę i zaczął grać.
— Naprawdę dobrze grasz — przyznał Kuba.
— Dzięki. To Republika. A to Lady Pank. Klasyka.
Kuba znał tylko Maanam, więc Bartek zagrał mu melodię, a on spróbował śpiewać. Pomylił słowa po trzecim wersie, ale Bartek tylko parsknął śmiechem i grał dalej, aż Kuba też zaczął się śmiać.
— Powinieneś wracać — powiedział w końcu Bartek. — Jeszcze policję postawią na nogi.
Uśmiech Kuby zgasł.
Bartek odłożył gitarę i słuchał, kiedy Kuba wyrzucał z siebie wszystko: papierosa, babcię, matkę w szpilkach, obcego mężczyznę w pokoju, policję pod drzwiami i słowo „tata”, które nagle zaczęło znaczyć coś zupełnie innego.
— Nie bądź głupi — powiedział Bartek po chwili. — Ojciec to może być świetna sprawa. Mój zniknął. Mama mówi, że pewnie poleciał w kosmos.
— Naprawdę?
— Nie. Ona tak żartuje. Sama mnie wychowała. Bez rodziny, bez pomocy. Ale jest najlepsza. Pogadaj z nimi, dobra? Dorośli też czasem robią straszny bałagan.
Kuba objął go nagle, zanim zdążył się zawstydzić.
Bartek miał rację.
Znaleźli go niedługo później. Mama, babcia i Paweł przyszli razem, choć babcia wyglądała, jakby każdy krok kosztował ją dumę. Wtedy opowiedzieli wszystko. Że babcia nigdy nie zaakceptowała Pawła. Że uważała go za kogoś nieodpowiedniego dla córki. Że kiedy wyjechał do pracy, napisała do niego list, podszywając się pod Annę, i wmówiła mu, że Anna ułożyła sobie życie z kimś innym. A on uwierzył.
— Dlaczego? — zapytał Kuba babcię.
Jej twarz, zwykle taka twarda, nagle się załamała.
— Chciałam szczęścia dla was obojga.
— A dla niego?
Babcia zaczęła płakać.
— Wybacz mi.
Na urodziny Kuby Bartek przyszedł z plakatem Maanamu. Mama pozwoliła powiesić go nad biurkiem.
Kuba przebaczył im wszystkim.
„Dorosłe głupoty”, powiedział wtedy Bartek. I chyba nic nie pasowało lepiej do tego, co się wydarzyło.
Babcia wzięła Bartka pod swoje skrzydła. Dokarmiała go, pilnowała, żeby odrabiał matematykę, i udawała, że wcale nie martwi się o niego tak samo jak o Kubę.
Minęły lata, a oni wciąż spotykają się nad morzem. Siadają z gitarami, śmieją się z dawnych pomyłek i jedzą fasolkę po bretońsku z pajdą chleba, jakby to była uczta dla królów.
A Paweł? Kuba pokochał go naprawdę. Ma teraz przyrodnie rodzeństwo i wszyscy potrafią się dogadać. Ale między nim a ojcem zostało coś osobnego, mocnego i nie do zerwania. Więź, której nie zdołało zniszczyć żadne kłamstwo.