Mój autorytet i całe męskie doświadczenie zostały rozdeptane przy obcych ludziach przez kawałek metalu.
Bez słowa odstawiłem baterię na półkę, odwróciłem się i poszedłem na parking do samochodu. Marzena sama kupiła ten kran. Przez całą drogę do domu suszyła mi głowę, że robię dramat z niczego i nie umiem docenić jej rad.
Po tamtym upokorzeniu w sklepie złapałem się na absurdalnej myśli. W środę po pracy wstąpiłem do spożywczaka po chleb i mleko. Stałem przed lodówką z nabiałem dobre dziesięć minut. I bałem się wziąć karton do ręki.
W głowie kołatała mi durna myśl: „A jeśli Marzena powie, że to złe mleko? A jeśli znowu wybiorę złą zawartość tłuszczu albo nie spojrzę na termin? Może lepiej zadzwonić do niej i zapytać, które wolno kupić”.
Wyciągnąłem telefon z kieszeni, spojrzałem na ciemny ekran i nagle jakby mnie otrzeźwiło.
Co się ze mną dzieje? Sam, w zimnym garażu, rozbierałem zawieszenie w swoim aucie. Na działce brata postawiłem łaźnię od fundamentu aż po dach. A teraz stoję w sklepie i boję się kupić karton mleka, bo jakaś kobieta wmówiła mi, że jestem upośledzonym domowym nieudacznikiem.
Zrozumiałem, że nie chcę wracać do własnego mieszkania. I nie chcę słuchać kolejnego długiego wykładu o tym, że źle oddycham i źle stawiam kroki po podłodze.
Miałem dzień wolny. Marzena była akurat w pracy. Postanowiłem ugotować porządną kolację, żeby rozładować ciężką atmosferę w domu. Kupiłem kawałek karkówki, ziemniaki, świeże pieczarki. Obrałem wszystko, pokroiłem na grubo i usmażyłem porządne pieczone mięso z warzywami.
Zapach rozchodził się po całej klatce. Pozmywałem górę naczyń, wytarłem zlew do sucha, nakryłem do stołu.
Wieczorem wróciła Marzena. Zdejmuje płaszcz, wchodzi do kuchni. Nawet nie spojrzała na nakryty stół ani na gorące jedzenie. Jej wzrok działał jak radar, przeczesywał pomieszczenie w poszukiwaniu mojego kolejnego błędu.
Podeszła do kuchenki, przejechała palcem po kafelku przy dalszym palniku i z obrzydzeniem się skrzywiła. Została tam jedna maleńka, zastygła kropelka tłuszczu po smażeniu mięsa.
– Sławek, co to ma być? – pokazała mi brudny palec. – Kto tak gotuje? Tłuszcz pryskał ci chyba aż pod sam sufit. Wczoraj wszystko tu domyłam. Jesteś jak mały flejtuch, po tobie pół dnia trzeba szorować kuchnię chlorem. I co ty byś beze mnie zrobił? Mieszkałbyś w chlewie i żywił się surowymi parówkami. Ty niczego nie potrafisz zrobić porządnie!
Spojrzałem na nią i poczułem już tylko potężne zmęczenie.
– Wiesz co, Marzena, masz rację. Przed tobą żyłem w kompletnym piekle.

– No właśnie! – uniosła brodę z triumfem.
– Tak – kiwnąłem powoli głową. – Spałem na brudnym materacu bez pościeli. Gryzłem suche skórki chleba. Do pracy chodziłem w porwanych workach po cukrze. A wodę piłem z kałuży pod blokiem. I wtedy zjawiłaś się ty, cała świetlista, i mnie ocaliłaś.
Zacięła się. Dotarło do niej, że bezczelnie z niej drwię.
– Co ty za bzdury opowiadasz? – zmarszczyła brwi.
– To ty opowiadasz bzdury. Przez dziesięć lat mieszkałem w tym mieszkaniu sam. I zawsze było tu czysto, spokojnie i normalnie. Nie potrzebuję niani na pełen etat. A ty próbujesz zrobić ze mnie bezradnego głupka!

– Ja się o ciebie troszczę! – jej głos przeszedł w pisk. – Wkładam duszę w ten dom, a ty jesteś niewdzięcznym chamem! Beze mnie rozsypiesz się następnego dnia!
– Ja bez ciebie wreszcie odetchnę! Pakuj swoje rzeczy, Marzena. Mojego domowego kretynizmu najwyraźniej nie da się wyleczyć. Idź ratować kogoś innego.
Krzyczała, płakała, zarzucała mi oschłość. Mówiła, że nigdy nie znajdę tak dobrej i gospodarniej kobiety jak ona. Po godzinie podjechała po nią taksówka i odjechała.
Nałożyłem sobie pieczeń do głębokiego talerza i zacząłem jeść w ciszy. Nikt nie stał nade mną i nie tłumaczył mi, jak prawidłowo trzyma się widelec.
