„Jak długo to znosić?” — głos Krzysztofa drżał od współczucia i gniewu.
„Dokąd mam iść?” — oczy Martyny wzniosły się ku niemu, pełne bezradności. „Nie mam nic, Michał. Mieszkanie jego. Samochód jego. Nawet ten głupi sweter to jego prezent. Jestem nauczycielką w podstawówce, pensja śmieszna. Wrócę do rodziców, zawstydzę mamę przed całą okolicą.”
„Wstyd tu nie ma nic do rzeczy! To nie twoja wina!”
„Dla nich tak!” — wyszeptała. „Byli dumni, że wyszłam za bogatego mieszczucha! A teraz co powiem? Że mój „złoty” mąż nazywa mnie krową przy wszystkich?”
„Zawsze taki był?” — zapytał Krzysztof.
Martyna gorzko pokręciła głową.
„Pierwszy rok jak bajka. Kwiaty, prezenty, komplementy. Nosił mnie na rękach. A potem przyszło załamanie. Najpierw „źle gotujesz barszcz”, potem „ubierasz się jak wieśniaczka”, potem „nic nie rozumiesz w biznesie”. Teraz wszystko jedno, przy kim upokarzać. A w domu…”
Zamilkła, zaciskając usta.
„W domu co?” — delikatnie zapytał Krzysztof.
„Nie bije. Gorzej. Po prostu mnie nie widzi. Tygodniami milczy, przechodzi obok, jakbym była cieniem. A potem wybucha o drobnostkę, filiżankę nie tam położyłam, ręcznik nie tak zawiesiłam. Mówi, że jestem niczym, trzyma mnie ze współczucia.”
„Martyna, to absurd! Jesteś mądra, piękna, dobra.”
„Już sama nie wiem, jaka jestem,” — przerwała. „Patrzę w lustro i widzę tylko to, co mówi: głupia, gruba, brzydka. Może ma rację?”
W tym momencie z salonu dobiegł wybuch śmiechu Bartosza:
„Wyobraźcie sobie, w łóżku leży jak kłoda, jakby czekała na ducha świętego!”
Martyna zbledła, jakby oblała ją lodowata woda. Krzysztof zaciśnął pięści.
„Dość. Pakuj się. Jedziemy stąd.”
„Dokąd?” — zagubiona.
„Gdziekolwiek. Do rodziców, do nas, do hotelu, nieważne.”
„Nie puści.”
„To już nie jego decyzja.”
Kiedy wrócili do salonu, Bartosz, podchmielony, opowiadał gościom nową „śmieszną” historię:
„Wczoraj godzinę szukałem okularów, a miała je na czole!”
„Odchodzimy,” — stanowczo powiedział Krzysztof.
„Dokąd to wy?” — zmarszczył brwi Bartosz.
„Odprowadzam Martynę.”
„Nie idzie nigdzie!” — wrzasnął. „Martyna, usiądź!”
Machinalnie zrobiła krok, lecz Krzysztof chwycił ją za łokieć.
„Idziemy.”
„To moja żona!” — wstał Bartosz, skrzywiony w gniewie.
„Żona, nie niewolnica,” — spokojnie odpowiedział Krzysztof.
„To sprawy rodzinne, nie twoje! Martyna, natychmiast usiądź!” — jego krzyk sprawił, że żyrandol zadrżał.
Martyna stała, sparaliżowana strachem, ale Joanna podeszła i objęła ją.
„Chodź, spędzisz noc u nas.”
„Nie idzie nigdzie!” — ryczał Bartosz.
„Idę,” — cicho, ale zdecydowanie odpowiedziała Martyna. W jej oczach już nie było strachu.
„Odchodzę od ciebie, Bartosz.”
„Ty? Dokąd? Przecież nic nie masz!”
„Mam siebie. I to wystarczy.”
„Komu jesteś potrzebna, grubaska, z wiejską mordką?! Znosiłem cię ze współczucia!”
„Dzięki, że powiedziałeś to na głos,” — głos jej pozostał spokojny.
Kierowała się ku wyjściu.
„Poczekaj! To przez żarty?!”
„To przez lata upokorzeń. I jestem zmęczona.”
„Ale ja cię kocham!”
„Nie. Kochasz poczucie władzy. To coś zupełnie innego.”
„I co, pójdziesz do krów na wieś?”
„Tak. Przynajmniej tam okażą mi więcej szacunku niż ty.”

Narzuciła płaszcz, zapinając każdy guzik, jakby odcinała przeszłość.
„Martyna, nie rób głupstw!” — złapał ją za rękaw.
„Puść. Nie zmienisz się. Żegnaj.”
Wyszła. Krzysztof i Joanna za nią. Bartosz został w pustym mieszkaniu. Próbował zachować twarz przed gośćmi:
„Wróci,” — ochryple mruknął. „Wszyscy tacy są.”
Ale Martyna nie wróciła. Ani następnego dnia, ani po miesiącu. Dzwonił, błagał, wysyłał kwiaty, czekał przy szkole. Ona mijała go jak przez cień. Po trzech miesiącach złożyła pozew o rozwód. Najpierw mieszkała u Krzysztofa i Joanny, potem wynajęła mały pokoik ze spękanym sufitem, ale swój. Miejsce, gdzie nikt nie nazywał jej krową.
„Jak się masz?” — zapytał Krzysztof po pół roku.
„Uczę się żyć na nowo,” — uśmiechnęła się. „Patrzeć w lustro i nie widzieć jego słów. To trudne, ale walczę. I wygrywam.”

„Bartosz pytał o ciebie.”
„Nie chcę wiedzieć.”
„Mówią, że się zmienił.”
„Może i tak. Ale ja też. I nie wrócę.”
Uśmiechnęła się prawdziwie, szczerze, spokojnie.
Bartosz został sam. Ze swoim „humorem”, który już nikogo nie rozśmieszał. Z przekonaniem, że upokorzenie to forma miłości. Dopiero teraz zrozumiał, że ta, którą nazywał głupią, miała siłę lwa. I żadna kobieta nie stanie się lustrem mężczyzny, który widzi w niej jedynie cień.
A Martyna mogła. Na czas. Nauczyła się żyć, oddychać, kochać siebie i życie. I udowodniła: nawet z odłamków pogardy można zbudować własne szczęście.