Przez pięć niekończących się dni Piotr był duchem we własnym mieszkaniu. Wstawał o piątej rano i wychodził do pracy, a wracał po dziesiątej wieczorem, chwytając się każdego służbowego pretekstu, byle tylko nie musieć spojrzeć jej w oczy.
Magdalena czuła tę odległość. Pytała, czy jest przemęczony, a on odpowiadał pojedynczymi słowami, przełykając własną truciznę.
Niedziela przyniosła kolejną próbę: rodzinnego grilla u jego teściowej, pani Krystyny, na Ursynowie. Cała duża rodzina zebrała się wokół rusztu, ciesząc się narodzinami dziecka przy piwie, kiełbaskach i muzyce. Wszyscy byli roześmiani, ale Piotr czuł się tak, jakby prowadzono go na egzekucję.
Pani Krystyna, dumna i wzruszona, trzymała niemowlę na rękach, po czym powiedziała coś, od czego Piotr skamieniał:
— Ach, mój śliczny chłopczyk. Jaki on jasny, prawda? I te blond włoski… Po kim on to ma, Magdo? Przecież ty i Piotr jesteście raczej ciemni. Ale nic, oczywiście, nic złego.
Cisza przy stole na tarasie trwała najwyżej dwie sekundy, zanim wujkowie zaczęli żartować o listonoszu. Dla Piotra te dwie sekundy rozciągnęły się jednak w wieczność publicznego upokorzenia.
Magdalena uśmiechnęła się lekko nerwowo i odpowiedziała:
— Mamo, pewnie po moich dziadkach ze strony taty. Przecież wiesz, że genetyka bywa nieprzewidywalna.
Ta odpowiedź, która w uszach Piotra zabrzmiała jak cynicznie przygotowana wymówka, stała się iskrą rzuconą na proch.
Poczuł, jak gniew wypala go od środka. Chciał przewrócić grill, rozbić butelki i wykrzyczeć wszystkim uśmiechniętym krewnym, że w tym dziecku nie płynie ani kropla jego krwi. Zacisnął jednak zęby i przełknął ból jednym, gorzkim haustem.
Udawanie ślepca stawało się nie do zniesienia.
Bomba musiała wybuchnąć.
We wtorkowy wieczór mieszkanie spowiła martwa cisza. Magdalena siedziała na kanapie i składała czyste ubranka dziecka z tak spokojną troską, że Piotrowi ścisnął się żołądek. Wyglądała jak oddana, ciepła, domowa kobieta — w jego oczach było to doskonałe wcielenie obłudy.
— Magdaleno — odezwał się Piotr z korytarza.
Jego głos zabrzmiał tak ostro i głucho, że aż drgnęła.
— Musimy porozmawiać. Nie wytrzymam ani minuty dłużej tego przedstawienia.
Ręce Magdaleny zamarły. Odłożyła śpioszki na stolik i spojrzała mu prosto w twarz, natychmiast dostrzegając furię płonącą w jego oczach.
— Co się stało, kochanie? Przerażasz mnie. Jesteś blady jak ściana.
Piotr zrobił dwa kroki w jej stronę, zaciskając pięści tak mocno, że pobielały mu kostki.
— Trzy lata temu zrobiłem wazektomię.
Maleńka sukienka, którą Magdalena trzymała w dłoniach, powoli osunęła się na podłogę. Kolor odpłynął z jej twarzy w jednej chwili. Oczy rozszerzyły się w absolutnym szoku.
— Co… co ty właśnie powiedziałeś? — szepnęła, jakby słowa Piotra padły w obcym języku.
— Słyszałaś! — krzyknął Piotr, czując wreszcie, jak pęka tama wszystkich duszonych emocji. — Nie mogłem już patrzeć, jak toniesz we łzach po trzech poronieniach. Poszedłem do kliniki, zapłaciłem gotówką i zrobiłem zabieg. Nigdy ci o tym nie powiedziałem, bo nie chciałem zabić tej resztki nadziei, którą jeszcze miałaś. Ale to znaczy, Magdaleno, że to przeklęte dziecko… nie może być moje.
Magdalena zerwała się na równe nogi. Drżała tak mocno, że ledwie utrzymywała równowagę.
— Piotrze… to niemożliwe… nie, to jakiś koszmar, to nie może być prawda…
— Zrobiłem dziecku test DNA — przerwał jej brutalnie, wyciągając telefon z kieszeni i rzucając go na kanapę. — Kilka tygodni temu zabrałem jego smoczek i wysłałem go do prywatnego laboratorium. 0,00%, Magdaleno. Zero procent prawdopodobieństwa! Spójrz mi w oczy i powiedz, co ty mi, do diabła, zrobiłaś. Powiedz, z kim spałaś!
Wyglądało, jakby ktoś uderzył Magdalenę w pierś i wytrącił z niej całe powietrze. Z jej gardła wyrwał się rozdzierający krzyk, a łzy popłynęły po policzkach tak gwałtownie, jakby nagle pękła w niej tama.
Ale to nie była reakcja kobiety przyłapanej na romansie.
To był ból człowieka, któremu serce przed chwilą przebiła osoba kochana najbardziej na świecie.
— Nigdy cię nie zdradziłam, ty draniu! — krzyknęła z całych sił, uderzając się dłonią w pierś. — Przysięgam na życie mojego syna i na pamięć mojego ojca! Musiałeś oszaleć, jeśli naprawdę uwierzyłeś, że mogłabym zrobić ci coś takiego!
— To wyjaśnij mi, jakim cudem fizycznie możliwe jest, że urodziłaś dziecko, skoro od trzech cholernych lat nie mam plemników! — wrzasnął Piotr i osunął się na kolana, kompletnie zdruzgotany własnym cierpieniem.
Magdalena zasłoniła twarz dłońmi i rozpłakała się tak mocno, że ledwie stała. Po chwili nabrała jednak głęboko powietrza, uklękła przed nim i zmusiła go, by na nią spojrzał.
— Pamiętasz klinikę leczenia niepłodności w Wilanowie? — zapytała przez szloch. — Nasz ostatni cykl in vitro, ten, który zabrał wszystkie nasze oszczędności cztery lata temu?
Oczywiście, że pamiętał. To był najciemniejszy i najcięższy okres ich wspólnego życia.