Przez pięć kolejnych dni Adam był cieniem we własnym mieszkaniu. Wstawał przed piątą rano i wychodził do pracy, zanim Katarzyna zdążyła się obudzić. Wracał po dwudziestej drugiej, zasłaniając się dodatkowymi obowiązkami, telefonami, spotkaniami, czymkolwiek, byle nie spojrzeć jej prosto w oczy.
Katarzyna czuła, że coś jest nie tak. Pytała, czy jest przemęczony, czy coś wydarzyło się w firmie, czy potrzebuje rozmowy. On odpowiadał krótko, niemal obco, połykając własną truciznę razem z każdym słowem.
W niedzielę przyszło kolejne cierpienie: rodzinny grill u jego teściowej, pani Haliny, na Ursynowie. Cała duża rodzina zebrała się w ogrodzie przy rozpalonym ruszcie. Były kiełbaski, śmiech, piwo, muzyka z małego głośnika i zachwyty nad nowym członkiem rodziny. Dla wszystkich był to dzień radości. Dla Adama — marsz na egzekucję.
Pani Halina, trzymając wnuka z dumą na rękach, powiedziała nagle zdanie, po którym Adam skamieniał.
— Oj, mój śliczny chłopczyk. Jaki on jasny, prawda? I te blond włoski… Po kim ty taki jesteś, maleńki? Kasia, przecież ty i Adam jesteście raczej ciemni. No ale nic, dzieci potrafią zaskoczyć.
Przy stole zapadła cisza. Trwała może dwie sekundy, zanim wujkowie zaczęli żartować o mleczarzu i listonoszu. Dla Adama te dwie sekundy rozciągnęły się w wieczność publicznego upokorzenia.
Katarzyna uśmiechnęła się lekko, odrobinę nerwowo, i odpowiedziała:
— Mamo, pewnie po dziadkach ze strony taty. Sama wiesz, genetyka lubi płatać figle.
W uszach Adama zabrzmiało to jak bezczelność. Jak cyniczne kłamstwo wypowiedziane z twarzą niewinnej matki. Ta jedna odpowiedź wystarczyła, żeby iskra dotknęła lontu.
Poczuł, jak gniew pali go od środka. Miał ochotę przewrócić stół, rozbić butelki i wykrzyczeć wszystkim tym uśmiechniętym ludziom, że w żyłach dziecka nie ma ani kropli jego krwi. Ale zacisnął zęby tak mocno, aż zabolała go szczęka, i przełknął ból razem z resztką dumy.
Nie mógł już dłużej udawać, że niczego nie widzi.
Ta bomba musiała w końcu wybuchnąć.
We wtorek wieczorem w mieszkaniu panowała martwa cisza. Katarzyna siedziała na kanapie i składała świeżo wyprane dziecięce ubranka z tak spokojną troską, że Adamowi ścisnęło żołądek. Wyglądała jak idealna żona i matka. Jak kobieta całkowicie oddana domowi. W jego oczach stała się wtedy niemal uosobieniem obłudy.
— Katarzyna — odezwał się z korytarza.
Jego głos był tak niski i ostry, że drgnęła.
— Musimy porozmawiać. Nie wytrzymam już ani jednej minuty tej farsy.
Jej dłonie znieruchomiały nad małym pajacykiem. Położyła ubranko na stoliku i spojrzała na niego uważnie. Od razu zobaczyła w jego oczach gniew, którego nigdy wcześniej u niego nie widziało.
— Co się stało, kochanie? — zapytała cicho. — Przerażasz mnie. Jesteś blady jak ściana.
Adam zrobił dwa kroki w jej stronę. Pięści miał zaciśnięte tak mocno, że pobielały mu kostki.
— Trzy lata temu zrobiłem wazektomię.
Sukieneczka, którą Katarzyna trzymała w dłoni, powoli osunęła się na podłogę. Kolor zniknął z jej twarzy w jednej sekundzie. Oczy rozszerzyły się z absolutnego niedowierzania.
— Co… co ty powiedziałeś? — wyszeptała, jakby usłyszała zdanie w obcym języku.
— Dobrze słyszałaś! — krzyknął Adam, czując, że tama w nim właśnie pęka. — Nie mogłem już patrzeć, jak rozpadasz się po trzecim poronieniu. Poszedłem do kliniki, zapłaciłem gotówką i zrobiłem zabieg. Nigdy ci nie powiedziałem, bo nie chciałem zabić w tobie tej resztki nadziei, która jeszcze została. Ale to znaczy jedno, Katarzyna. To przeklęte dziecko… nie może być moje.
Katarzyna zerwała się z kanapy. Całe jej ciało drżało tak mocno, że musiała oprzeć się o stolik.
— Adam… to niemożliwe… Nie, to jakiś koszmar, ty chyba nie mówisz poważnie…
— Zrobiłem dziecku test DNA — przerwał jej brutalnie, wyciągając telefon z kieszeni i rzucając go na kanapę. — Kilka tygodni temu zabrałem jego smoczek i wysłałem do prywatnego laboratorium. Zero procent, Katarzyna. Zero! Popatrz mi w oczy i powiedz, co ty mi zrobiłaś. Powiedz, z kim spałaś!
Wyglądała tak, jakby ktoś uderzył ją prosto w pierś i odebrał jej całe powietrze. Z jej gardła wyrwał się rozdzierający krzyk. Łzy natychmiast spłynęły po policzkach, gwałtowne i niepowstrzymane.
Ale to nie była reakcja kobiety przyłapanej na romansie.
To był ból człowieka, któremu właśnie wbiła nóż osoba najbliższa na świecie.
— Nigdy cię nie zdradziłam, ty podły człowieku! — krzyknęła, uderzając dłonią we własną pierś. — Przysięgam na życie mojego syna i na pamięć mojego ojca! Musiałeś oszaleć, jeśli naprawdę myślisz, że mogłabym zrobić ci coś takiego!
— To wytłumacz mi, jakim cudem urodziłaś dziecko, skoro od trzech cholernych lat nie mam plemników! — wrzasnął Adam i osunął się na kolana, jakby własny ciężar nagle go zmiażdżył.
Katarzyna zasłoniła twarz rękami i płakała tak rozpaczliwie, że ledwie mogła ustać. Po chwili wzięła głęboki, urywany oddech, uklękła przed nim i zmusiła go, żeby na nią spojrzał.
— Pamiętasz klinikę leczenia niepłodności w Wilanowie? — zapytała przez łzy. — Nasz ostatni cykl in vitro. Ten, na który wydaliśmy prawie wszystkie oszczędności cztery lata temu?