Po kolacji kobieta nagle poczuła się bardzo źle, jakby siły momentalnie ją opuściły.— Wytrzymaj jeszcze chwilę, kochanie, zaraz zawiozę cię do szpitala — mówił zdenerwowany mąż, starając się ukryć narastający niepokój.

Po kolacji Annie nagle zrobiło się bardzo źle.
— Wytrzymaj, kochanie, zaraz zawiozę cię do szpitala — mówił zdenerwowany mąż.

Jednak gdy tylko samochód zjechał z głównej trasy na opuszczoną, polną drogę, gwałtownie zahamował, odwrócił się do niej i z krzywym uśmiechem powiedział:

— To ja cię otrułem. Zostało ci jakieś trzydzieści minut. Wysiadaj.

Zostawiona sama pośród ciemności, Anna niemal pogodziła się z myślą, że to koniec…
I właśnie wtedy obok zatrzymał się czarny SUV.

Anna zawsze uważała się za osobę rozsądną i ostrożną. Nie szukała ryzyka, nie wdawała się w cudze konflikty, nie kłóciła się do upadłego i nie potrzebowała adrenaliny. Odpowiadało jej spokojne, przewidywalne życie: dom, praca, sporadyczne spotkania z przyjaciółkami, wieczorne rozmowy z matką.

Z Igorem była dwanaście lat. Ich małżeństwo nie było szczęśliwe, ale było wygodne, stabilne, znajome. Bez dramatów, bez zdrad na pokaz, bez rozbijania talerzy. Wszystko było równe, spokojne — niemal bezbarwne. I właśnie ta monotonia przez długi czas wydawała się jej bezpieczeństwem.

Ale w ostatnich miesiącach coś zaczęło się zmieniać.

Igor stał się przesadnie troskliwy. Wręcz nienaturalnie.

Zaczął przynosić kwiaty bez okazji. Kupił nowe ręczniki, twierdząc, że stare są do wyrzucenia. Zapraszał ją do restauracji, choć wcześniej uważał to za stratę pieniędzy. Mówił łagodniej, niemal czule — ale w jego głosie pojawiło się napięcie, jakby cały czas pilnował się, by nie stracić kontroli.

Anna to widziała, ale nie rozumiała dlaczego. Najpierw pomyślała, że to problemy w pracy. Potem, że chodzi o pieniądze. Może długi. Może kłopoty z przełożonymi. Ale Igor nie lubił pytań — a ona nie naciskała.

Mimo to niepokój nie znikał. Miała wrażenie, że mieszka z kimś, kto coś ukrywa i waży każde słowo.

Tamtego dnia wszystko zaczęło się zwyczajnie.

Anna została dłużej w pracy — raporty, chaos w księgowości, telefony bez przerwy. Gdy w końcu wyszła, było już ciemno. Mróz uderzył ją w twarz, a ona poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Nie fizycznie — tylko psychicznie. Marzyła o ciszy i herbacie.

W domu przywitał ją Igor. Nie jak zwykle z kanapy, lecz już w przedpokoju — jakby czekał.

— Zmęczona? — zapytał, biorąc jej torebkę.

— Bardzo.

— Zrobiłem kolację.

Powiedział to lekko, ale od razu odwrócił wzrok.

Anna udawała, że tego nie zauważyła.

W kuchni pachniało mięsem, przyprawami i świeżymi ziołami. Stół był nakryty. Jak na niego — to było coś niezwykłego.

Usiadła i poczuła nawet wdzięczność. Może rzeczywiście przesadzała.

Jedli w ciszy. Ona była głodna, on prawie nie jadł.

— Ostatnio jesteś aż za bardzo troskliwy — zauważyła półżartem.

— A wcześniej byłem złym mężem? — uśmiechnął się.

— Nie. Po prostu innym.

— I to cię niepokoi?

— Raczej dziwi.

— Czasem trzeba docenić to, co się ma — odpowiedział spokojnie.

Zdanie było poprawne. Ale brzmiało jak wyuczone.

Anna skończyła jeść i nagle poczuła ciężar w żołądku. Narastający. Nieprzyjemny. W głowie zaczęło wirować.

— Chyba coś jest nie tak…

Igor natychmiast się nachylił.

— Co się dzieje?

— Nie wiem… słabo mi…

Próbowała wstać — bez skutku.

— Jedziemy do szpitala — powiedział szybko. — Wytrzymaj chwilę.

Był zbyt opanowany.

I to ją przeraziło.

W samochodzie obraz zaczął się rozmywać. Światła zamieniały się w smugi. Serce biło coraz szybciej.

Najpierw jechali znajomą trasą.

Potem nagle skręcił.

— Dokąd jedziemy?.. — wyszeptała.

— Skrót.

Ale wokół była tylko ciemność.

I wtedy zatrzymał samochód.

Odwrócił się do niej.

Jego twarz była spokojna.

— To ja cię otrułem — powiedział. — Zostało ci pół godziny.

Świat się zatrzymał.

— Co?..

— W jedzeniu był preparat. Już działa.

Czuła to.

Strach. Zimno. Panikę.

— Dlaczego?..

— Bo musiałem. Bo mi przeszkadzasz.

Nie poznawała go.

— Zwariowałeś…

— Nikt cię tu nie usłyszy — odpowiedział obojętnie. — Wysiądź.

Z trudem odpięła pas.

Wyszła.

A on odjechał.

Została sama.

Cisza była przytłaczająca.

Telefon prawie nie łapał zasięgu. Ręce jej drżały. Usiadła na ziemi.

W oddali migotały światła miasta.

Zbyt daleko.

Łzy płynęły same.

I wtedy usłyszała silnik.

Czarny SUV zatrzymał się obok.

Wysiadł mężczyzna. Spokojny. Opanowany.

— Jest pani sama? — zapytał.

Skinęła głową.

— Co się stało?

— Mąż… otruł…

Nie zdziwił się.

— Jak ma pani na imię?

— Anna…

— Maksym.

Wyciągnął niewielkie urządzenie i sprawdził jej puls.

— Toksyna silna, ale mamy szansę.

Pomógł jej wstać, zaprowadził do auta.

Zrobił zastrzyk.

Po chwili zrobiło się lżej.

— Kim pan jest?.. — zapytała.

— Nie jestem przypadkowy. Obserwowałem pani męża.

Zamarła.

Pokazał jej zdjęcia innych kobiet.

— Robił to wcześniej. Nie jest pani pierwsza.

Wszystko nagle nabrało sensu.

— Dlaczego mi pan pomaga?..

— Bo ktoś musi go zatrzymać.

Uruchomił silnik.

— Musimy jechać. Jeśli zrozumie, że pani żyje — wróci.

— Dokąd?..

— Tam, gdzie pani nie znajdzie.

Zadzwonił gdzieś.

— Cel zabezpieczony. Kobieta żyje.

Anna patrzyła na niego, nie wiedząc, kim jest.

Ale to nie było już ważne.

Najważniejsze było jedno.

Ona wciąż żyła.

I po raz pierwszy tej nocy miała realną szansę przetrwać.