
Ale czas mijał. Zimno coraz mocniej przenikało ich małe ciałka. Palce siniały.
— Mamo! — krzyczał Wania, waląc pięściami w drzwi. — Mamo, marzniemy!
— Mamo! — powtarzały za nim dziecięce głosy.
Ale w domu było ciepło.
W kuchni Lesia i Igor siedzieli już przy stole. Przed nimi stała butelka, talerz z kiełbasą, mandarynki. Śmiali się, pili, rozmawiali i zupełnie zapomnieli o dzieciach. Dla nich dzieci stały się jedynie irytującym hałasem, który w końcu udało się wyeliminować.
— Już prawie dwunasta! — wykrzyknął radośnie Igor, podnosząc kieliszek. — Za nas! Za wolność!
I właśnie w tym momencie ktoś zapukał do drzwi.
— Kto tam jeszcze? — zmarszczył brwi Igor.
— Nie wiem… — szepnęła Lesia, pośpiesznie zapinając szlafrok.
Otworzyli drzwi — i zamarli.
Na progu stał Dziadek Mroź.
Prawdziwy, jak z obrazka: w czerwonym futrze, z brodą, z workiem przewieszonym przez ramię.
— Nie wzywaliśmy cię! — wykrzyknęła przerażona Lesia.
— I nie mamy czym zapłacić — dodał szybko Igor.
— Za wszystko już zapłacono — spokojnie odpowiedział gość. — Przyszedłem do dzieci. Gdzie one są?
Twarz Lesii natychmiast ożywiła się.
— Ach, prezenty? Mamy trójkę dzieci! Zaraz je przyprowadzimy!
— Nie — rzekł stanowczo Dziadek Mróz. — Prezenty wręczam tylko dzieciom. Osobiście.
Lesia zaczęła się denerwować.
— One… są teraz… w pokoju…
Wbiegła do pokoju dziecięcego i zamarła. Było tam pusto.
Jakby poraził ją prąd.
— Igor! — wyszeptała. — Gdzie je podziałeś?
I w tej samej chwili wszystko sobie przypomniała.
— Boże… Ja… zapomniałam…

Wybiegła na podwórze, rzuciła się w stronę szopy, otworzyła drzwi – w środku nikogo nie było. Tylko wilgotne ciastka na podłodze i ślady dziecięcych łez.
– Nie ma ich… – wyszeptała ledwo słyszalnym głosem.
Lesia zaczęła gorączkowo rozglądać się za szopą, pod daszkiem, w zaspach.
— Gdzie oni są?! — krzyknęła.
Igor też wybiegł, już naprawdę przerażony.
— Sam ich tu zamknąłem… Gdzie mogli się podziać?!
I nagle drzwi szopy zatrzasnęły się. Zatrzasnęła się zasuwa.
— Hej! Co to za żarty?! — wrzasnęła Lesia, waląc w drzwi.
— Posiedźcie tu — rozległ się znajomy głos. — A ja pójdę powitać Nowy Rok.
— Oszalałeś?! Przecież zamarzniemy!
— A czy było wam żal własnych dzieci, kiedy zostawiliście je tutaj, by umarły z zimna? — zapytał spokojnie Dziadek Mróz.
I w tej samej chwili zdjął brodę.
Przed nimi stał Stas — były mąż Lesi i ojciec dzieci.

— Ty?.. — wykrztusiła.
— Przyjechałem złożyć dzieciom życzenia noworoczne — powiedział cicho, a w jego głosie brzmiała lodowata wściekłość. — Ale zamiast świąt usłyszałem ich krzyki o pomoc. Otworzyłem szopę. Zabrałem je. Zawiozłem do szpitala. Mają odmrożenia. Na szczęście zdążyłem na czas.
Odwrócił się i odszedł, nawet się nie oglądając.
Kilka godzin później przechodzący obok młodzi ludzie usłyszeli stukanie dochodzące z szopy. Otworzyli drzwi i zobaczyli w środku drżących z zimna Lesię i Igora — w szlafrokach, z twarzami wykrzywionymi z przerażenia.
A rano na Lesię czekał kolejny cios.
Pobiegła na policję, zamierzając zgłosić zaginięcie dzieci.
Ale tam już wszystko wiedzieli.
Zgłoszenie zostało złożone wcześniej – i to przeciwko niej.
Złożył je Stas.
Za pośrednictwem służb socjalnych doprowadził do pozbawienia Lesi praw rodzicielskich.
— Jak długo to jeszcze ma trwać? — powiedział. — Głód, zimno, obojętność… Dzieci nie będą już musiały przez to przechodzić.
Zabrał je do siebie, do domu swojej matki — dobrej kobiety o ciepłych dłoniach, gdzie zawsze pachniało wypiekami i słychać było śmiech.

Później Stas poznał inną kobietę — silną, troskliwą, prawdziwą. Pokochala dzieci jak własne. A po pewnym czasie urodziły się u nich jeszcze dwie dziewczynki — upragnione, szczęśliwe, otoczone miłością.
A Lesia…
Musiała nauczyć się żyć inaczej. Pracować. Sama kupować jedzenie. Mniej pić. Bo nie dostawała już pieniędzy na dzieci.
I każdej nocy w Nowy Rok wspomina ten mroźny wieczór.
Szopa. Zimno. Krzyki dzieci.
I twarz Świętego Mikołaja, za którą kryła się jej przeszłość.
I zemsta, która jednak nadeszła.
