— Lekarze to moi dobrzy znajomi od lat. Dokumenty są już przygotowane, jako ojciec widnieje Andrzej. Wszystko zostało załatwione. Zostało tylko jedno zagrożenie — ty. Twoje sumienie. Ale jesteś mężczyzną, Piotrze. Wytrzymasz. Poradzisz sobie.
Piotr powoli osunął się po ścianie i przykucnął, zasłaniając twarz dłońmi. Przypomniał sobie poranek po tamtej nocy: jak Marta, wróciwszy z seminarium, pocałowała go w policzek i powiedziała: „Jak dobrze, że wreszcie normalnie porozmawiałeś z mamą. Tak serdecznie siedzieliście na werandzie”. Przypomniał sobie Halinę nalewającą mu kawę z twarzą zupełnie nieprzeniknioną. I to, jak dwa miesiące później ogłosiła ciążę, tłumacząc wszystko cudem, terapią hormonalną i lekarzami.
— A jeśli odejdę od Marty? — spytał ledwie słyszalnie.
— Wtedy powiem jej, że zdradziłeś ją z jej matką. I w jej oczach na zawsze zostaniesz nie tylko zdrajcą, ale podłym człowiekiem, który wykorzystał starszą kobietę. Nikt nie uwierzy, że stało się to za obopólną zgodą. Rozumiesz? Nikt.
Piotr podniósł głowę. W oczach miał wściekłe, bezradne łzy.
— Zniszczyła pani moje życie.
— Nie, Piotrek. Dałam ci dzieci. Tylko nigdy nie będziesz mógł nazwać ich swoimi. A teraz wstań i się uśmiechnij. Marta już jedzie, za dziesięć minut będzie tutaj. Wyjdziesz po nią na dół. Z kwiatami. I na litość boską, uśmiechaj się.
Wyszedł z pokoju dla odwiedzających, prawie nie czując nóg. Pusty korytarz pachniał chlorem i beznadzieją. Przy drzwiach sali zatrzymał się i zajrzał do środka. Pielęgniarka poprawiała dzieci w kołyskach — także chłopca ze znamieniem pod lewym uchem. Jego syna. Jego krew. Piotr dotknął szyby opuszkami palców.
— Wybacz mi — wyszeptał tak cicho, że nikt go nie usłyszał.
Na dole, przed wejściem do szpitala położniczego, krótko zatrąbił samochód. Piotr otarł oczy, poprawił kołnierzyk koszuli, wziął drugi bukiet — czerwone róże dla Marty — i ruszył na spotkanie żony, która nigdy nie miała się dowiedzieć, że jej mąż właśnie został ojcem jej brata i siostry.
Życie toczyło się dalej. Straszne, niedorzeczne, wykrzywione, a jednak życie. Teraz musiał nauczyć się jakoś istnieć z tą tajemnicą, z tym kłamstwem, z tym znamieniem, które od tej chwili miało wracać do niego w snach każdej nocy.
