„Nie zaszkodziłoby ci zrzucić kilka kilogramów – podobają mi się tylko wysportowane kobiety” – powiedział z powagą 55-letni adorator, który sam miał dość widoczny brzuch. Jednak po mojej odpowiedzi jego twarz natychmiast pokryła się rumieńcem ze wstydu

Z wiekiem człowiek zaczyna patrzeć na randki nie jak na szansę spotkania bajkowego księcia, lecz raczej jak na interesujący eksperyment społeczny. Dawne złudzenia dawno już wyparowały — doświadczenie nauczyło mnie, że idealni mężczyźni nie istnieją, a ci, którzy sami określają się mianem „książąt”, zwykle przychodzą w pakiecie z kryzysem wieku średniego, przesadnie wysoką samooceną i zestawem dolegliwości, o których chętnie opowiadają przy każdej okazji.

Szczerze mówiąc, moje oczekiwania wobec internetowych znajomości od dawna są niezwykle skromne. Nie marzę już o wielkiej, romantycznej miłości rodem z filmu. Wystarczy, żeby człowiek okazał się normalny. Problem w tym, że właśnie ten pozornie najprostszy warunek najczęściej okazuje się najtrudniejszy do spełnienia.

Miał na imię Waleriusz. Jego profil wyglądał całkiem imponująco: „55 lat, przedsiębiorca odnoszący sukcesy, pasjonat wędkarstwa i domowego spokoju”. Na zdjęciach prezentował się jak stateczny, godny zaufania mężczyzna. Co prawda niemal na każdej fotografii twarz skrywały ciemne okulary albo zdjęcie wykonano z tak dużej odległości, jakby fotograf celowo unikał bliższego kontaktu z obiektywem.

Podczas rozmów online Waleriusz sprawiał bardzo dobre wrażenie. Nie szczędził komplementów, dopytywał o moje zainteresowania, pisał poprawnie i z pewnością siebie. Co więcej, wyjątkowo nalegał na spotkanie przy kawie. W końcu pomyślałam: dlaczego nie? Przecież zwykła kawa w kawiarni do niczego nie zobowiązuje.

Umówiliśmy się w przytulnym lokalu w centrum miasta. Przybyłam punktualnie, ubrana w elegancką, stonowaną sukienkę — kobiecą, ale pozbawioną przesady czy ostentacji.

Od razu wyjaśnię: mam zupełnie normalną sylwetkę zdrowej, dorosłej kobiety. Noszę rozmiar 46, kilka razy w tygodniu ćwiczę pilates, dużo spaceruję, staram się rozsądnie odżywiać i nie odmawiam sobie deserów w weekendy. Nigdy nie próbowałam wyglądać jak modelka z okładki magazynu i dobrze czuję się we własnym ciele.

Waleriusz siedział już przy stoliku. I już w pierwszej chwili stało się jasne, że zdjęcia w jego profilu powstały wiele lat temu, prawdopodobnie jeszcze zanim filtry i aplikacje do upiększania stały się codziennością.

Przede mną siedział potężnie zbudowany mężczyzna z wyraźnie przerzedzonymi włosami, starannie zaczesanymi na bok. Jednak najbardziej rzucającym się w oczy elementem jego wyglądu był brzuch. Duży, ciężki i dumnie oparty o krawędź stołu, sprawiał wrażenie tak samodzielnego bohatera całej sceny, że niemal zasługiwał na własną pozycję w karcie dań.

W duchu westchnęłam, ale nie dałam nic po sobie poznać. W końcu wygląd to nie wszystko — od dziecka słyszymy właśnie takie słowa. Postanowiłam dać mu szansę. Może pod niezbyt atrakcyjną powierzchownością kryje się charyzma, inteligencja albo przynajmniej poczucie humoru.

Niestety, już po kilkunastu minutach stało się jasne, że moje nadzieje były płonne. Waleriusz mówił wyłącznie o sobie. W ciągu pierwszych dwudziestu minut dowiedziałam się wszystkiego o jego firmie, która — sądząc po licznych aluzjach — przeżywała obecnie trudny okres, o byłej żonie, która rzekomo „niczego nie rozumiała”, oraz o niezwykle wysokich wymaganiach, jakie stawia zarówno życiu, jak i ludziom.

Rozsiadł się wygodnie na krześle niczym człowiek przekonany o własnej wyjątkowości i z wielkim zaangażowaniem wygłaszał swoje poglądy na temat relacji damsko-męskich. Krzesło pod nim niepokojąco skrzypiało, a on od czasu do czasu z czułością poklepywał swój pokaźny brzuch, jakby był ukochanym zwierzątkiem domowym. Ja natomiast grzecznie przytakiwałam, popijając coraz chłodniejszą kawę i zastanawiając się, jak zakończyć ten osobliwy wieczór.

Jednak najciekawsza część spotkania miała dopiero nadejść.

Rozmowa niespodziewanie zeszła na temat współczesnych kobiet. Waleriusz uważnie zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, zatrzymał spojrzenie na mojej talii i z wyraźną wyższością w głosie oznajmił:

— Ogólnie jesteś całkiem atrakcyjna. Masz sympatyczną twarz. Ale kilka kilogramów mogłabyś zrzucić. Ja preferuję szczupłe kobiety, rozumiesz? Takie zadbane, wysportowane. Kobieta powinna być ozdobą mężczyzny i cieszyć oko.

Przez moment byłam przekonana, że źle usłyszałam. Naprzeciwko mnie siedział człowiek, którego własny brzuch praktycznie spoczywał na stole. Mężczyzna, który prawdopodobnie łapał zadyszkę po wejściu na drugie piętro. I właśnie on postanowił oceniać moją figurę.

Psychologowie zapewne nazwaliby takie zachowanie brakiem autorefleksji albo klasycznym mechanizmem projekcji. Ja określiłabym to znacznie prościej — bezczelną arogancją połączoną z przekonaniem, że mężczyźnie wolno więcej tylko dlatego, że jest mężczyzną.

Mogłam po prostu wyjść. Mogłam rozpocząć kłótnię albo zacząć się tłumaczyć. Zamiast tego spokojnie odstawiłam filiżankę na spodek, spojrzałam mu prosto w oczy i odpowiedziałam łagodnym tonem:

— Wiesz, Waleriuszu, doskonale rozumiem, że masz swoje preferencje. Co więcej, ja również je posiadam. Osobiście lubię mężczyzn wysportowanych, energicznych, z płaskim brzuchem i szerokimi ramionami. Takich, którzy dbają o zdrowie i bez większego wysiłku potrafią zawiązać własne sznurówki. Obawiam się więc, że nasze gusta zwyczajnie się nie pokrywają. Ale nie martw się — jestem pewna, że gdzieś istnieje piękna modelka, która marzy o tym, by poświęcić życie kontrolowaniu twojego poziomu cholesterolu.

Efekt był natychmiastowy.

Jego pewny siebie uśmiech zniknął z twarzy szybciej, niż się pojawił. Policzki momentalnie przybrały intensywnie czerwony kolor, podobnie jak łysiejący czubek głowy. Kilka razy otworzył usta, próbując coś odpowiedzieć, lecz wydobył z siebie jedynie niezrozumiałe mamrotanie. Z człowieka, który jeszcze chwilę wcześniej emanował samozadowoleniem, nie zostało praktycznie nic.

Nie zamierzałam czekać na dalszy ciąg. Wyjęłam pieniądze za kawę, położyłam je na stole, wstałam i z lekkim uśmiechem powiedziałam:

— Dziękuję za wyjątkowo pouczający wieczór. Szczerze życzę powodzenia w poszukiwaniach idealnej kobiety.

Kiedy wyszłam na zewnątrz i zaczerpnęłam chłodnego, wiosennego powietrza, nie mogłam powstrzymać śmiechu. Cała sytuacja była tak absurdalna, że trudno było potraktować ją poważnie. Zadziwia mnie, jak wielu ludzi kompletnie nie dostrzega własnych wad, a jednocześnie stawia innym wymagania godne konkursu piękności.

Najsmutniejsze jest jednak to, że wiele kobiet po podobnych komentarzach zaczyna doszukiwać się problemów w sobie. Męczą się restrykcyjnymi dietami, wyczerpującymi treningami i nieustannymi kompleksami, próbując sprostać oczekiwaniom osób, które same od dawna przestały troszczyć się o własne zdrowie i wygląd.

Dlatego chciałabym powiedzieć jedno: nigdy nie pozwalajcie nikomu budować poczucia własnej wartości kosztem waszego. Cudze standardy nie definiują waszej wartości. Ani liczba na wadze, ani rozmiar ubrań, ani czyjaś toksyczna opinia nie czynią was gorszymi ludźmi. Szanujcie siebie, dbajcie o siebie i nie marnujcie czasu na tych, którzy nie potrafią tego docenić.

A wy jak zachowalibyście się na miejscu bohaterki tej historii? Czy zdarzyło wam się spotkać z podobnym brakiem taktu lub podwójnymi standardami podczas randek?