– Starszy ma trzynaście lat! Powinien wiedzieć, że nie wolno brać cudzych rzeczy!
Mąż westchnął. Nie chciał kłótni z sąsiadami przez owoce.
Po kilku dniach zniknęła też porzeczka.
– Już dłużej nie wytrzymam! – stanowczo oznajmiła Tonka.
Znów poszła do Zuzanny. Sąsiadka podlewała kwiaty z konewki.
– Teraz zjedli też porzeczki!
– Jakie porzeczki?
– Moje! Twoi wnukowie znów wchodziły przez płot!
– Tonka, uspokój się. Dzieci tylko trochę pochrupały, nie tragedia.
– Nie pochrupały, zniszczyły całkowicie! Cały mój plon przepadł!
– Dlaczego obwiniasz dzieci? Sama jesteś winna.
Tonka nie mogła uwierzyć własnym uszom.
– Jak to „winna”?
– Kto im pozwalał biegać po twojej działce? Przyzwyczaili się, że wszystko wolno.
– Myślałam, że dobrze robię, pozwalając dzieciom się zaprzyjaźnić!
– No i masz efekt swoich dobrych intencji.
Zuzanna odłożyła konewkę i weszła do domu:
– A jeśli nie chcesz, żeby brały, postaw wyższy płot. Dziury wszędzie, każdy może przejść.
– Zuzanno, trzeba wytłumaczyć dzieciom, że nie wolno brać cudzych rzeczy!
– Trzeba. Ale po co? I tak nie zrozumieją.
Tonka wróciła do domu w rozgoryczeniu. Usiadła na ławce i rozpłakała się. Przez tyle lat pielęgnowała ogród, czekała na plon, a teraz wszystko przepadło.
– Tonka, po co te łzy? – pocieszał mąż. – W przyszłym roku będą nowe jagody.
– Nie chodzi o owoce! Chodzi o to, że sąsiadka nawet nie chce przeprosić! Stała się bezczelna!
– Cóż z tego? Wiesz, jaka ona jest.
Zuzanna rzeczywiście miała opinię osoby niełatwej w kontaktach w osiedlu. Do tej pory Tonka i ona dogadywały się całkiem dobrze.
– Piotrze, może podwyższymy płot?
– Możemy, ale drogo wyjdzie.
– A co robić? W przeciwnym razie zniszczą cały ogród.
Nazajutrz rozpoczęło się budowanie nowego płotu. Piotr Nikiforowicz przywiózł deski, siatkę i słupki. Pracował od rana do wieczora.
Zuzanna obserwowała budowę ze swojego ogrodu, złośliwie komentując:
– Ależ skąpi! Od dzieci się odgrodzili!
Tonka milczała, tylko mocniej zaciskała wargi.
Wnuki sąsiadki również krążyły przy płocie, szukając nowych dziur. Piotr wszystkie załatał, szczeliny zasypał.
– Ciociu Tonko, dlaczego zbudowaliście płot? – zapytała mała Kaja.
– Żeby chronić owoce.
– Możemy u was nadal przychodzić się bawić?
– Nie, już nie.
Płot pomógł, ale relacje z sąsiadami były już całkowicie zepsute. Zuzanna odwracała się przy spotkaniach, dzieci przestały przychodzić.
– Sknera! – krzyczeli przez płot. – Baba-szkodniczka!
Tonka starała się nie zwracać uwagi, ale serce bolało. Dawniej ogród wypełniał dziecięcy śmiech, teraz zapadła cisza.
Tymczasem Zuzanna opowiadała innym działkowiczom swoją wersję:
– Wyobraźcie sobie, jakie są chciwe! Nie pozwalają dzieciom zjeść jagody! Płot wysoki postawili!
– A ile zjedli? – dopytywali sąsiedzi.
– No garstkę… a ona opowiada, jakby ukradli miliony!
Jej wersja wydawała się korzystniejsza. Kto uwierzy, że dzieci mogły zjeść cały plon?
Stopniowo w osiedlu utrwaliła się opinia, że Tonka jest skąpa i złośliwa, a Zuzanna – dobra babcia samotnie wychowująca pięcioro wnuków.
Pod koniec lata sytuacja jeszcze się pogorszyła. Dzieci sąsiadki, nie mogąc wejść do sadu, zaczęły mścić się inaczej.

Czasem piłka przeleci przez płot, czasem śmieci. Pewnego ranka Tonka odkryła, że ktoś rozsypał w warzywniku niedopałki i papierki.
– Zuzanno, opamiętaj swoje wnuki!
– Co zrobiły?
– Śmieci porozrzucały po ogrodzie!
– Skąd wiesz, że to moje? Może wiatr przyniósł.
Dzieci nadal psociły. Polewały wodą przez płot, rzucały kamieniami w okna.
Tonka zrozumiała, że babcia ich nie tylko nie powstrzymuje, ale wręcz zachęca.
– Piotrze, może zgłosić to na policję?

– Tonka, co ty! Przez psoty dzieci ludziom głowę zawracać?
– Ale oni niszczą!
– Poczekamy. Lato wkrótce się skończy, wyjadą.
I rzeczywiście, pod koniec sierpnia hałaśliwa ferajna zebrała się do miasta.
Tonka wieczorem siedziała na ławce w ciszy, myśląc o przyszłym lecie. Pewnie Zuzanna znów przywiezie pięcioro wnuków. A co wtedy?
Znów napięte stosunki przez płot, znów kamienie w ogród i wyzwiska? Dzieci teraz uważają ją za złą, skąpą babcię, a ich babcia nie zamierza ich przekonywać inaczej.
Ogród już nie był miejscem radości i odpoczynku – stał się twierdzą, w której trzeba było chronić nie tylko owoce, lecz także własny spokój.