– Nie jesteś naszą rodziną – rzuciła teściowa, przerzucając kawałki mięsa z talerza synowej z powrotem do garnka.
Anna stanęła przy kuchence, trzymając w rękach talerz, na którym wciąż pozostał sos od właśnie przygotowanego gulaszu przez Krystynę Nowak. Kawałki mięsa znikały jeden po drugim w garnku, jakby teściowa dokładnie je liczyła.
– Przepraszam? – powtórzyła Anna, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
– Co tu jest niejasne? – Krystyna otrzepała dłonie o fartuch i spojrzała na synową. – Nie przyjęliśmy cię do rodziny. To ty się wpakowałaś.
Na kuchni zapadła cisza tak głęboka, że słychać było bulgotanie zupy na palniku. Anna położyła talerz na stole i odgarnęła kosmyk włosów z czoła. Ręce drżały.
– Krystyno, nie rozumiem. Przecież z Witkiem jesteśmy małżeństwem od pięciu lat! Mamy córkę…
– I co z tego? – przerwała teściowa. – Liza to nasza kruszynka, ale ty pozostaniesz obca.
Drzwi do kuchni uchyliły się i wszedł Witek. Włosy miał potargane, koszulę rozpiętą, wyglądał jakby drzemał na kanapie po pracy.
– Co tu się dzieje? – zapytał, rozglądając się po żonie i matce. – Dlaczego krzyczycie?
– Nie krzyczymy – odpowiedziała spokojnie Krystyna. – Po prostu rozmawiamy. Tłumaczę twojej żonie, jak zachowywać się w naszym domu.
Witek zmarszczył brwi i spojrzał na Annę. Ta stała blada, zaciśniętymi wargami.
– Mamo, co powiedziałaś?
– Prawdę. Mięso nie dla wszystkich. Rodzina duża, a kawałków mało.
Anna poczuła, jak w gardle zbiera jej się gul. To wszystko. Pięć lat uważała się za część rodziny. Pięć lat starała się przypodobać teściowej, znosiła jej kąśliwe uwagi, miała nadzieję, że z czasem relacje się poprawią.
– Witek, pojadę do domu – powiedziała cicho do męża. – Do mamy.
– Jaki jeszcze dom? – oburzyła się Krystyna. – Twój dom jest teraz tutaj. Albo myślisz, że możesz przychodzić i odchodzić, kiedy chcesz?
– Mamo, przestań – Witek podszedł do Anny. – Co się stało?
Anna milczała. Jak wyjaśnić mężowi, że jego matka właśnie dała jej do zrozumienia, że tu nic nie znaczy? Że nawet talerz gulaszu dla niej jest za dużo?
– Zbieram Lizę – powiedziała zamiast odpowiedzi. – I zawiozę ją na weekend do mamy.
– Po co? – ożywiła się Krystyna. – Babcia blisko, po co dziecko zabierać?
– Babcia uważa, że jej matka nie jest rodziną – odpowiedziała Anna cicho. – Może i dla wnuczki znajdzie się lepsze miejsce.
Odwróciła się i wyszła z kuchni. Witek chwycił ją za rękę.
– Aniu, poczekaj! Wyjaśnij, co się stało.
Anna odwróciła się. Mąż patrzył na nią z niedowierzaniem, a teściowa stała przy kuchence, udając, że miesza zupę.
– Zapytaj mamę – powiedziała Anna. – Ona ci lepiej wytłumaczy.
W pokoju dziecięcym trzyletnia Liza bawiła się lalkami. Gdy zobaczyła mamę, radośnie podbiegła.
– Mamusiu! Patrz, karmię Kasię!
– Dobra robota, córeczko – Anna kucnęła i objęła dziecko. – Chcesz jeść?
– Chcę! Babcia powiedziała, że dziś będzie gulasz.
– Będzie, skarbie. Tylko pojedziemy najpierw do babci Gali.
– Do twojej mamy? – ucieszyła się Liza. – Hurra! A tata pojedzie?
– Nie, tata zostaje w domu.
Anna zaczęła pakować rzeczy dziecka do torby. Sukienki, rajstopy, zabawki – wszystko, co potrzebne na kilka dni. Gdy pakowała ubrania, do pokoju zajrzał Witek.
– Aniu, co to za przedszkole? Z powodu jakiejś głupoty wyjeżdżać?
– Przedszkole? – Anna wyprostowała się i spojrzała na męża. – Twoja matka powiedziała mi, że nie jestem rodzina! Odebrała mi jedzenie! To dla ciebie drobnostka?
– No, różnie ludzie mówią. Wiesz, mama jest wybuchowa. Jutro zapomni.
– Ja nie zapomnę, Witek! Nie po raz pierwszy.
– Daj spokój! – wzruszył ramionami. – Mama po prostu zmęczona. Problemy w pracy, dlatego się wyżyła.
Anna uśmiechnęła się, ale śmiech był gorzki.
– Zmęczona? Pięć lat zmęczona?! I wszystko na mnie zrzuca.
– No to nie zwracaj uwagi.
– Nie zwracać uwagi, że w moim własnym domu nazywają mnie obcą? Witek, ty sam słyszysz, co mówisz?
Witek przeszedł po pokoju, pocierając kark. Znak rozpoznawczy – zawsze tak robił, gdy nie wiedział, co powiedzieć.
– Aniu, dokąd pójdziesz? Przecież jesteśmy rodziną. Mamy dziecko.
– Właśnie dlatego wyjeżdżam. Nie chcę, aby Liza słyszała, jak poniżają jej matkę!
– Kto cię poniża? – Matka wyraziła swoje zdanie.
– Swoje zdanie? – Anna przestała pakować rzeczy i spojrzała na męża. – Witek, zabrała mi jedzenie! Powiedziała, że jestem obca! To twoje zdanie?
– Może, że zabrzmiało ostro. Ale wiesz, mama sama całe życie wychowywała naszą rodzinę. Ojciec odszedł wcześnie, a ona nas z bratem podniosła. Przyzwyczaiła się kontrolować wszystko.
– I co, mam teraz do końca życia znosić jej kontrolę?
Witek usiadł na brzegu łóżka i chwycił żonę za ręce.
– Aniu, nie kłóćmy się. Porozmawiam z mamą, wyjaśnię.
– Co wyjaśnisz? Że też jestem człowiekiem? Że mam uczucia?
– Tak. Powiem, żeby nie była niemiła.
Anna pokręciła głową.
– Witek, nie chodzi o nieuprzejmość. Chodzi o to, że twoja matka mnie nie akceptuje! I ty o tym wiesz.
– Pięć lat mało?! Ile jeszcze czekać?
Z kuchni dobiegł głos Krystyny:
– Witek! Chodź do stołu! Wszystko ostygnie!
Witek wstał.
– Chodźmy, zjemy normalnie. Potem porozmawiamy.
– Nie, dziękuję. Nie mam apetytu.
Mąż postał chwilę, potem wyszedł. Anna słyszała rozmowy z matką w kuchni, ale nie mogła rozpoznać słów. Głosy raz podnosiły się, raz cichły.
Wyjęła telefon i wybrała numer matki.
– Mamo? To ja. Możemy przyjechać na kilka dni?
– Oczywiście, córko. Co się stało?
– Potem opowiem. Wyjeżdżamy właśnie.
– Dobrze. Ugotowałam barszcz, starczy dla wszystkich.
Anna mimowolnie się uśmiechnęła. Spakowała Lizę, pocałowała ją w ciepły kłębek włosów, włożyła kurtkę i wyszła z mieszkania. Drzwi za nią cicho się zamknęły, a w zamku pozostał klucz na szafce w przedpokoju. W samochodzie Anna uruchomiła silnik, spojrzała w lusterko: w oknie kuchni wciąż paliło się samotne światło. Potem ruszyła, nie oglądając się za siebie.
– Nie jesteś naszą rodziną – powtórzyła w myślach, gdy odjeżdżała.
