– „Nie gotujesz tak pysznie jak moja mama!”
– „Nie gotujesz tak dobrze jak moja mama!”
– Dasza, co tu tak pachnie? – zapytał Dmitrij, wchodząc do mieszkania i zsuwając z ramion kurtkę. – Jakby coś się przypaliło.
– To kurczak w piekarniku – odparła Dasza z kuchni, pospiesznie zdejmując z palnika garnek z kaszą gryczaną. – Już wszystko podaję!
Dmitrij zajrzał do kuchni. Żona stała przy zlewie i płukała ogórki do sałatki. Miała rozczochrane włosy, fartuch poplamiony sosem, a na policzku smugę mąki.
– Jak tam w pracy? – spytała, nie odwracając się. – Szef znowu się czepiał?
– Nie, wszystko w porządku. A u ciebie? – Dmitrij uchylił drzwiczki piekarnika, gdzie kurczak bulgotał w jakimś sosie. – Co to właściwie jest?
– Znalazłam przepis w internecie – Dasza otarła dłonie i lekko uchyliła piekarnik. – Nazywa się kurczak po domowemu. Niby nic trudnego, ale ładnie wygląda.
Dmitrij tylko skinął głową i poszedł się przebrać. A Dasza zaczęła nakrywać do stołu, ustawiając talerze na nowym obrusie, który kupiła specjalnie po to, żeby kolacja wyglądała odświętnie. Każdego dnia próbowała czymś męża zaskoczyć, szukała nowych przepisów, kupowała przyprawy. Chciała sprawić mu przyjemność po pracy.
– Chodź, gotowe – zawołała, kiedy wrócił już w domowych ubraniach.
Usiedli do stołu. Dasza śledziła każdy ruch męża z rosnącym niepokojem, patrząc, jak nakłada sobie kurczaka, kaszę i sałatkę. Sama prawie nic nie jadła, z nerwów zupełnie straciła apetyt.
Dmitrij odkroił kawałek mięsa i spróbował. Jego twarz pozostała zupełnie obojętna.
– I jak? – nie wytrzymała Dasza. – Smakuje?
– Normalne – odpowiedział krótko, nawet na nią nie patrząc.
– Tylko normalne? – skrzywiła się. – Przecież się starałam. To nowy przepis…
Dmitrij westchnął i odłożył widelec.
– Nie umiesz gotować tak jak moja mama – oznajmił, odsuwając talerz. – U niej za każdym razem jest jak w restauracji. A to… – machnął ręką w stronę półmiska – to po prostu jedzenie.
Dasza poczuła, jak gardło ściska jej bolesny skurcz. Spuściła wzrok, żeby nie pokazać, jak bardzo dotknęły ją te słowa.
– Uczę się – powiedziała cicho. – Nie wszystkim od razu wszystko wychodzi.
– Moja mama w twoim wieku karmiła już troje dzieci – ciągnął Dmitrij, podnosząc się od stołu. – I nikt nie narzekał. A najważniejsze było zawsze pyszne.
Poszedł do pokoju włączyć telewizor. Dasza została sama przy stole, patrząc na niemal nietknięty talerz męża. Kurczak rzeczywiście wyszedł trochę suchy, kasza się rozgotowała, a sos miał dziwny smak. Tylko że ona naprawdę tak bardzo się starała…
Po chwili wstała i zaczęła sprzątać. Resztki wylądowały w koszu – przecież nikt tego nie zje. Talerze zadźwięczały w zlewie.
– Dasz, zrobisz herbatę? – krzyknął Dmitrij z pokoju.
– Zrobię – odpowiedziała, choć wcale nie miała na to ochoty.
Kiedy czajnik zaczynał szumieć, Dasza pomyślała o teściowej, Nadieżdzie Iwanownie. Tamta gotowała wspaniale. Jej barszcz w rodzinie urósł do rangi legendy, a pierożki z kapustą dosłownie rozpływały się w ustach. Gdy Dmitrij pierwszy raz przyprowadził ją do rodziców, stół uginał się od jedzenia.
– Mój Dimoczka najbardziej lubi domowe pielmieni – mówiła wtedy Nadieżda Iwanowna, zręcznie lepiąc ciasto. – W każdy weekend mu robię, potem chowa do zamrażarki.
Dasza patrzyła, jak sprawne dłonie teściowej zamieniają ciasto w równiutkie pielmieni. Wydawało się to takie proste. Ale gdy sama próbowała je ulepić, wychodziły jej bezkształtne kluski, które rozpadały się w wodzie.
– Niech mnie pani nauczy gotować – poprosiła kiedyś Nadieżdę Iwanownę.
– A czego tu uczyć, dziewczyno? – zaśmiała się tamta. – Gotowanie musi płynąć z serca. Jak kochasz męża, to będzie smaczne.
Widocznie sama miłość nie wystarczała. U Daszy mięso albo się przypalało, albo zostawało surowe, kasza raz zamieniała się w wodnistą breję, a raz w twardy kluch, a ciasta w ogóle nie chciały rosnąć.
– Herbata gotowa – powiedziała, stawiając filiżanki na stole.
– Dzięki – rzucił Dmitrij, biorąc swoją, nie odrywając oczu od telewizora.
Dasza usiadła obok, ale filmu nie oglądała. Myślała o jutrzejszej kolacji. I o tym, że znowu usłyszy: „Nie tak jak u mamy”.
– Może pojechalibyśmy do twojej mamy? – zaproponowała. – Mogłaby mnie nauczyć gotować barszcz.
– Po co? – zdziwił się Dmitrij. – Ma wystarczająco dużo swoich spraw.
– Byłoby jej ciężko się tym zajmować. Zresztą nie o to chodzi. Ona ma talent, a ty… – wzruszył ramionami.
Dasza zamilkła. W klatce piersiowej poczuła ciężar. Czyli jest złą żoną, skoro nawet nie potrafi porządnie nakarmić własnego męża.
Następnego dnia kupiła grubą książkę kucharską. Wieczorem przygotowała pieczeń.
– Co dziś na kolację? – spytał Dmitrij, wchodząc do kuchni.
– Pieczeń z ziemniakami – odpowiedziała, mieszając mięso.
– Aha… – W jego głosie zabrzmiało rozczarowanie.
– Co znowu nie tak?
– Nic. Po prostu mama robiła to w glinianych garnuszkach. To zupełnie inny smak.
– Trzeba było kupić – wzruszył ramionami.
Kolacja minęła w ciszy. Dmitrij jadł bez entuzjazmu, co chwilę popijając wodą.
– Może za mało posoliłam? – zapytała nieśmiało Dasza.
– Nie chodzi o sól – westchnął. – Mama miała po prostu wyczucie.
Po kolacji Dasza stała przy oknie i patrzyła na światła w innych mieszkaniach. Może tam też żony słyszą: „Nie tak jak u mamy”?
W weekend pojechali do Nadieżdy Iwanowny. Jak zawsze przygotowała suto zastawiony stół.
– Dimoczka, zrobiłam twoje ulubione kotleciki! – zawołała teściowa, otwierając piekarnik.
– Mamo, po co się tak starałaś? – powiedział Dmitrij, choć było widać, że jest bardzo zadowolony.
Przy kolacji Dasza zapytała:
– Jak pani robi takie kotlety?
– Nie ma w tym żadnej tajemnicy – roześmiała się Nadieżda Iwanowna. – Dobre mięso, cebula, jajko. I najważniejsze – dusza.
– A proporcje?
– Na oko, córeczko. Ręce same wiedzą.
Dasza posmutniała. Znowu to samo: „ręce same wiedzą”. Widocznie jej ręce nie wiedziały nic.
– Mamo, pamiętasz swoje pierożki z kapustą? – odezwał się Dmitrij. – Do dziś pamiętam ich smak.
– Piekłam je co weekend – uśmiechnęła się teściowa. – Ty i twoi bracia jedliście aż miło było patrzeć.
– A teraz już pani piecze? – spytała Dasza.
– A dla kogo? Dima rzadko przyjeżdża, a ja już nie jestem najmłodsza.
– Może nauczyłabyś Daszę? – zaproponował nagle Dmitrij. – Nie wychodzą jej pierożki.
Dasza oblała się rumieńcem. Było jej strasznie niezręcznie, że mąż przy matce mówi o jej nieudolności.
– Ale czego tu uczyć – махнула рукой Nadieżда Iвановна. – Ciasto wyrośnie i już.
– Pewnie drożdże są kiepskie. Albo lejesz za gorącą wodę i zabijasz je.
– Może spróbowałybyśmy razem? – zaproponowała niepewnie Dasza.
– Oczywiście, wpadnijcie kiedyś.
Tylko że to „kiedyś” wciąż się odwlekało. A Dasza nadal słyszała jedno i to samo: „Nie tak jak u mamy”.
Pewnego dnia wstała wcześnie rano i wstawiła do multicookera wołowinę z warzywami. Przez cały dzień wyobrażała sobie, jak Dmitrij się ucieszy, kiedy poczuje zapach domowego ragout.
– Co tak ładnie pachnie? – spytał, wracając do domu.
– Duszona wołowina – odpowiedziała z dumą Dasza. – Dusiła się przez cały dzień.
Spróbował i przez chwilę żuł w milczeniu.
– Niezłe. Ale mama kroiła marchewkę w kostkę. I cebuli nie podsmażała osobno.
– Ale przecież dobre? – zapytała z nadzieją.
– Dobre. Ale to nie to.
W środku znów wszystko się w niej ścisnęło. Znowu to samo „nie to”.
– Może zaczniemy zamawiać jedzenie? – zaproponowała przy herbacie.
– Co za głupoty! – oburzył się Dmitrij. – W domu powinna być domowa kuchnia.
– Wyjdzie ci. Trzeba się bardziej starać.
Dasza umilkła. Bardziej? Przecież i tak każdy wieczór spędzała przy kuchence.
W niedzielę znowu pojechali do Nadieżdy Iwanowny. Tym razem teściowa w końcu pokazała jej, jak lepić pierożki.
– No chodź, pomożesz mi – powiedziała.
Dasza z całych sił starała się dobrze wyrobić ciasto i drobno posiekać kapustę. Pierożki wyszły smaczne.
– I co? – spytała Nadieżda Iwanowna przy stole.
– Pyszne! – ucieszyła się Dasza.
– Tak, niezłe – przytaknął Dmitrij. – Ale u mamy ciasto jest bardziej puszyste.
Teściowa spojrzała na niego z wyrzutem.
– Dima, co ty mówisz? Dasza świetnie sobie poradziła.
– Przecież nie powiedziałem, że źle. Po prostu u ciebie jest lepiej, mamo.
Dasza spuściła oczy. Nawet kiedy gotowały razem, i tak było „nie tak”.
Wieczorem, już w domu, patrzyła na pozostałe pierożki. Były naprawdę dobre. Ale mężowi potrzebne było tylko jedno – żeby było „jak u mamy”.
– Dasz, co jutro zrobisz na obiad? – zapytał Dmitrij, zaglądając do kuchni.
– Może sałatkę Olivier? Mama mówiła, jak ją robić poprawnie.
– Dobrze, zrobię.
Ale Dasza wiedziała, że i ta sałatka okaże się „nie taka”. Bo miała „nie te ręce”.
Podeszła do okna. W innych mieszkaniach kobiety też właśnie przygotowywały kolacje. Może ich mężowie umieli docenić starania, zamiast porównywać wszystko do własnych matek?
Dasza westchnęła i poszła spisać listę zakupów. Do sałatki Olivier trzeba było kupić dobre składniki. Chociaż prawie przestała już wierzyć, że kiedykolwiek usłyszy pochwałę.
– „Nie gotujesz tak pysznie jak moja mama!” – rzucił mąż, odsuwając talerz z niezadowoloną miną.
Może i mama – ale wciąż obca.