— Jakiego ostrzeżenia? — zapytała Joanna. — Co jest nie tak z naszymi dokumentami?
Ściskała torebkę tak mocno, że pobielały jej palce.
Urzędniczka westchnęła, otworzyła teczkę i przez chwilę patrzyła na znajdujące się w środku kartki, jakby zastanawiała się, od czego zacząć.
— Po zakończeniu wczorajszej ceremonii dane dotyczące państwa małżeństwa zostały automatycznie porównane z informacjami znajdującymi się w innych państwowych rejestrach.
Poprawiła okulary, a następnie obróciła monitor w stronę Joanny.
— System sprawdził je między innymi w bazach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Krajowej Administracji Skarbowej oraz Generalnego Inspektora Informacji Finansowej. Pojawiła się zgodność z jednym z alertów bezpieczeństwa. Proszę uważnie spojrzeć na ekran.
Joanna zobaczyła skan dowodu osobistego Michała. Fotografia przedstawiała człowieka, który jeszcze niedawno spał obok niej w hotelowym łóżku. Zgadzała się również data urodzenia.
Jednak nazwisko widoczne w powiązanym rejestrze było zupełnie inne.
— Nic z tego nie rozumiem — wyszeptała. — Co to właściwie znaczy?
Elżbieta odsunęła dłonie od biurka, jakby obawiała się, że młoda kobieta za chwilę straci nad sobą panowanie.
— To znaczy, pani Joanno, że człowiek, którego wczoraj pani poślubiła, posłużył się dokumentem figurującym w krajowym systemie jako utracony. Od trzech lat ma on status skradzionego.
Joanna patrzyła na nią bez mrugnięcia.
— Prawdziwy Michał Nowicki, urodzony w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym roku i zameldowany w Białymstoku, zgłosił zaginięcie dokumentów we wrześniu dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. Otrzymał później nowe. Natomiast pani mąż…
Urzędniczka urwała, szukając odpowiednich słów.
— Mężczyzna, który przedstawił się pani jako Michał Nowicki, zgodnie z oficjalnymi rejestrami jest osobą o nieustalonej tożsamości.
W pokoju zapadła cisza tak głęboka, że Joanna słyszała szum krwi we własnych uszach. Dobiegało do niej monotonne buczenie starego wentylatora pod sufitem i nierówny odgłos własnego oddechu.
— To niemożliwe — wydusiła. — Znam go od dwóch lat. Widziałam jego rodziców. Poznałam przyjaciół. Wiem, gdzie pracował, gdzie się wychował, co robił wcześniej…
— Widziała pani ludzi, których przedstawił jako rodziców — odpowiedziała Elżbieta spokojnie, lecz stanowczo. — Skontaktowaliśmy się już z rodziną prawdziwego Michała Nowickiego. Mieszkają na Podlasiu. Potwierdzili, że ich syn od trzech lat pracuje w systemie zmianowym w Świnoujściu i nigdy nie zawierał małżeństwa.
Joanna zacisnęła dłonie na krawędzi biurka. Paznokcie wbiły się w drewno.
W jednej chwili zaczęły wracać do niej drobiazgi, które wcześniej wydawały się nieistotne.
Michał zawsze osobiście wypełniał formularze meldunkowe w hotelach. Nigdy nie pozwolił jej wejść do mieszkania, w którym rzekomo mieszkał przed ich poznaniem. Twierdził, że od dawna je wynajmuje, a sam zajmuje niewielką kawalerkę należącą do znajomego.
Za każdym razem miał rozsądne wyjaśnienie.
Najbardziej niepokojące wspomnienie dotyczyło jednak jej wuja pracującego w policji. Gdy Joanna chciała ich sobie przedstawić, Michał w ostatniej chwili odwołał spotkanie, tłumacząc się nagłym wyjazdem służbowym.
Wtedy nie wzbudziło to jej podejrzeń.
Teraz wszystkie te szczegóły układały się w przerażająco logiczną całość.
— Gdzie on jest w tej chwili? — zapytała, czując, że gardło ma ściśnięte.
— Nie mamy uprawnień, żeby kogokolwiek zatrzymywać — odpowiedziała urzędniczka i podała jej niewielką kartkę. — Sprawa została już przekazana policji. Proszę natychmiast zadzwonić pod ten numer. Prowadzący postępowanie czeka na kontakt od pani. I niezależnie od tego, co się wydarzy, proszę nie wracać sama do hotelu.
Joanna wzięła kartkę.
Telefon wyślizgnął się jednak z jej drżącej dłoni i uderzył o podłogę. Kiedy schyliła się, żeby go podnieść, ekran nagle się rozświetlił.
Michał przysłał wiadomość.
„Kochanie, skończyłaś już? Zamówiłem śniadanie do pokoju. Racuchy z jabłkami czekają na ciebie, ale zaczynają stygnąć. Całuję.”
Joannę ścisnęło w żołądku.
Przed oczami stanęła jej spokojna twarz, którą oglądała o poranku. Jego ciepłe spojrzenie, łagodny uśmiech i głos, przy którym wszystkie problemy wydawały się łatwiejsze.
Teraz dowiadywała się, że człowiek, któremu powierzyła swoje życie, nie miał nawet prawdziwej przeszłości.
— Proszę spróbować zachować spokój — powiedziała Elżbieta.
Jej głos docierał do Joanny jakby z dużej odległości, przytłumiony przez wodę.
— Policjanci powinni zaraz tu być. Czy pani mąż ma przy sobie dokument?
— Zawsze go nosi — odpowiedziała Joanna. — Trzyma dowód w wewnętrznej kieszeni marynarki.
Marynarkę wybrali wspólnie zaledwie tydzień wcześniej.
Zapłaciła za nią Joanna.
W tym samym momencie na korytarzu rozległy się zbliżające kroki.
Joanna odwróciła głowę w stronę drzwi. Przez krótką chwilę poczuła ulgę, przekonana, że przyjechali policjanci.
W progu nie pojawił się jednak żaden umundurowany funkcjonariusz.
Stał tam człowiek, na którego widok całe jej ciało przeszył lodowaty chłód.
