Nie dało się nie śmiać. Śmiali się do łez, z całego serca, nie powstrzymując się.
Siergiej wyciągnął rękę, a w jego oczach wciąż błyszczały iskierki śmiechu.
Luba.
„Lubasza, Lubasza, cudza żona”, słyszałaś to kiedyś?

Nie. Ale ja nie jestem żoną.
Naprawdę? Co za szczęście! W końcu spotkałeś dziewczynę, o której można tylko pomarzyć, a ona jest wolna. Wszyscy wokół oszaleli?
Widzę, że z humorem wszystko w porządku. A z powagą?
Też na poziomie. Lub, chodźmy do kina, porozmawiamy.
Nie mogę, muszę odebrać syna z świetlicy.
Nie wierzę! Masz syna?! Masz dwadzieścia lat, jaka świetlica?
Trzydzieści pięć.
Ja też. Co za zbieg okoliczności. A ja myślałem, że jesteś zupełnie młoda.
A teraz?
Teraz to rozumiem. Wszyscy mężczyźni marzą o synu. A ty tak łatwo mówisz: „Nie jestem mężatką”. A gdzie jest ojciec?
Nie chcę teraz o tym rozmawiać.

Rozumiem. Nie będziemy. W takim razie w weekend. Można na sesję dla dzieci z synem.
W weekend jest z ojcem.
Luba, nie chcę cię naciskać. Ale jeśli znajdziesz wolną chwilę, zadzwoń. Oto wizytówka. Przy okazji, jestem hematologiem dziecięcym.
Poważna sprawa. Wzięła wizytówkę, czując, jak coś ciepłego i ostrożnego poruszyło się w jej piersi – jeszcze nie nadzieja, ale już nie rozpacz. W domu, po położeniu Wani, Luba długo siedziała z filiżanką herbaty, patrząc przez okno, gdzie za astrami i chryzantemami powoli gasł zachód słońca. Potem wzięła telefon i dodała numer Siergieja do kontaktów. Po prostu po to, żeby wiedzieć, jeśli nagle znów zechce się śmiać do łez. A jutro, jak zwykle, wstać z kurczakami, nakarmić kury, iść do magazynu, żyć. Bo życie, jak się okazuje, nie skończyło się. Po prostu poszło inną drogą.
