Mroczne tajemnice noworocznej nocy: Jak matka oddała swoje córki do sierocińca i jakie cuda przyniosło los w kolejnych latach

Ania zawstydziła się: „Po tamtym wypadku długo się leczyłam, wydano na mnie mnóstwo pieniędzy… Pomagam w domu albo w wujka Szymona przy zleceniach… Mama pracuje jako księgowa w administracji. A na przyjaciół brak czasu. I kuleję… Ale przywykłam.”

Marta namówiła Anię, by została na noc, obiecując, że odprowadzi ją na pierwszy autobus. Siostra zasnęła, ledwo głowa dotknęła poduszki. Marta przypadkiem spojrzała na jej ubrania, starannie złożone na krześle. Wszystko było czyste, lecz wyblakłe i wielokrotnie załatane! W szpitalu sanitariuszki ubierały się lepiej, a co dopiero na wizyty!

Marta wstała o trzeciej rano, obudziła męża i poprosiła, by szybko zawiózł ją do Brzozówki. Mąż narzekał, ale mimo to pojechał. Po drodze wyjaśniła mu wszystko; najpierw się marszczył, potem skinął głową w geście zgody.

Marta bez trudu odnalazła dom matki. Serce biło jak szalone, gdy pukała do drzwi. Matka otworzyła, nie poznając córki. Marta natychmiast rozpoznała ją: choć starsza, nadal piękna i zadbana. Dziewczyna powiedziała:

„Dzień dobry, mamo! Spotkaliśmy się…”

Matka powitała ją chłodno, jakby Marta była uciążliwą sąsiadką, a nie własną córką. Potem z niezadowoleniem spytała:

„A Ania gdzie? W chlewie? Niech wraca do domu, dzieciom trzeba przygotować śniadanie, od wczoraj nie posprzątane. No i chodź, skoro przyjechałaś…”

Marta próbowała mówić spokojnie:

„Ania zostanie u mnie na razie. Spakuj jej rzeczy… Pieniądze, jeśli możesz. Ja zatrudnię Anię jako sanitariuszkę, później wybierze zawód. Trzeba też wyleczyć jej nogę, taka śliczna i kulejąca! Słyszysz, mamo?”

Matka wysunęła wargi, jak zwykle, gdy rozmowa jej się nie podobała, i wyrzekła:

„Idź stąd, wtrącająca się, a za Anią przyjdziemy sami! Żebym cię więcej przy niej nie widziała!”

Marta stanowczo pokręciła głową i spojrzała w oczy matki, mówiąc powoli i wyraźnie:

„Po pierwsze, nie Ania, lecz Anieńka! Anią nazywaj swoją krowę, którą będziesz doić rano, paniusiu! Chcesz, mogę teraz pół wioski zebrać? I wszyscy się dowiedzą, jak porządna urzędniczka porzuciła swoje dzieci w sierocińcu! Czy wszystkie kobiety w wiosce to wierne przyjaciółki, czy znajdą się te, które takiej przeszłości nie wybaczą? Jeśli zechcesz uciec i zabrać Anię, znajdę cię i ogłoszę w całym kraju!”

Matka skrzywiła się, zniknęła w domu, trzaskając drzwiami. Po pół godzinie wyszedł chudy, garbaty mężczyzna z plecakiem:

„Dzień dobry, nazywam się Szymon. Oto rzeczy… Przekażcie Ludmile (tak zawsze nazywałem Anię) pozdrowienia ode mnie, żeby miała się dobrze. Pieniądze też damy, postaram się. Prawda, ile lat dziewczynka spędziła jak Kopciuszek u własnej matki? Mówiłem jej… Ale nie miejcie żalu do matki, życie jest trudne…”

Marta szła z plecakiem do samochodu męża, myśląc, że tak, życie bywa trudne. Ale czy w ogóle łatwo jest żyć? By mężczyźni nie pili i nie hulali, by kobiety nie porzucały dzieci z powodu „mężów”, by siostry i bracia siebie nie zapominali?

Mama oddała je do sierocińca zaraz po Nowym Roku…