Mama oddała je do sierocińca zaraz po Nowym Roku…
Dziewczynki płakały, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego nagle znalazły się w obcym miejscu. Były dziećmi domowymi, przywiązanymi do rodzinnego ciepła. Gdy matka poświęcała się swoim sprawom osobistym, a zajmowała się tym nieustannie, siostry, Marta i Ania, mieszkały u babci. Jednak w dzień Świętego Mikołaja zimowego babcia odeszła, a matka oddała je do internatu. Nie była ani rozwiązła, ani pijąca, ani paląca. Lecz czy to było sprawiedliwe, że były same z dwójką dzieci, podczas gdy byłygo mąż żył jak chciał?
Matka odpięła płaszczyk Ani i mówiła: „Nie płaczcie, tak się ułożyło, czy to moja wina? Tutaj będzie wam dobrze, sami później podziękujecie!” Ania, mając zaledwie trzy lata, nie do końca pojmowała sytuację, lecz patrząc w surowe oczy matki i przerażoną, zalaną łzami twarz starszej siostry, siedmioletniej Marty, czuła narastający niepokój. Matka syknęła: „Nie kompromitujcie mnie, nie odmawiam was, zabiorę was, jak tylko się ułożę. Na Wielkanoc przyjadę!” Dziewczynki, wciąż szlochając, uciszyły się: mama przecież obiecała, że wróci!
Przystosowanie do życia w sierocińcu było dla dziewczynek trudne, choć opiekunki darzyły je sympatią, podziwiając ich inteligencję, delikatność i więź między siostrami. Marta oczarowywała wszystkich poważnym spojrzeniem ciemnych oczu, a Ania przypominała puszysty, uśmiechnięty pączek. Ania szarpała Martę za rękaw: „A kiedy Wielkanoc? Czy mama przyjedzie i nas zabierze?” Marta cierpliwie wyjaśniała po raz setny: „Wielkanoc to święto na wiosnę, pamiętasz, jak babcia malowała jajka?” Ania kiwała głową, jakby pamiętała, lecz po chwili, wspominając babcię, na jej rzęsach pojawiały się maleńkie łzy. Marta sama chciała wiedzieć, kiedy nadejdzie Wielkanoc. Z tym pytaniem podeszła do wychowawczyni. Pani Irmina była zdziwiona – zwykle dzieci wyczekują Nowego Roku i Świętego Mikołaja albo urodzin. Mimo to podarowała Marcie mały kalendarzyk: „Widzisz, tego dnia będzie Wielkanoc, obkleiłam kółeczkiem, a teraz mamy tę datę. Każdą cyfrę w kalendarzu skreślałam, gdy chodziłam do szkoły, aż do wakacji.” Marta też zaczęła skreślać dni, a ogonek z cyfr do przyjazdu matki stawał się coraz krótszy.
Ranek w Niedzielę Wielkanocną Ania wbiegła do Marty, ściskając w rączce czerwone jajko: „Martu! Martu! Dziś mama przyjedzie, ja taka szczęśliwa! A ty, Martusiu, szczęśliwa?” Marta nie mogła doczekać się spotkania z matką. Początkowo oczekiwanie niosło radość, lecz po drzemce serce Marty wypełnił smutek. Ania kręciła się ciągle wokół niej, jęcząc. Pod wieczór, gdy Marta zrozumiała, że mama ich oszukała, pocieszała młodszą siostrę: „Pewnie autobus się spóźnił, sam słyszałam, drogi takie trudne! Wszyscy wychowawcy tak mówią. Aniu, nie płacz, jutro mama na pewno przyjedzie, a teraz noc spędzi na wsi.” Młodsza siostra kiwała głową, łykając łzy. Lecz matka nie przyjechała, mimo codziennego oczekiwania dziewczynek i wymyślania kolejnych wymówek.
Pewnego ranka Marta nie znalazła Ani. Wychowawczynie wyjaśniły, że matka zabrała młodszą córkę. Dopiero po latach Marta dowiedziała się, że matka podpisała dokument rezygnacji. Na szczęście los się uśmiechnął: po dwóch latach siostra ojca odnalazła Martę. Ciocia Lena była dobrym człowiekiem, a Marta sama nie zauważyła, kiedy zaczęła nazywać ją mamą. Dobroć cioci i jej rodziny powoli goiła rany w sercu Marty; o matce i Ani starała się nie pamiętać. Choć wiedziała, że Ania była wtedy bardzo mała i nic nie rozumiała, mimo to…
Minęły lata. Marta wykształciła się na pielęgniarkę, wyszła za mąż, urodziła syna, żyli skromnie, ale szczęśliwie. Nagle otrzymała list od Ani:
„Cześć, moja ukochana siostrzyczko! Pewnie mnie już nie pamiętasz? Pamiętam tylko twoje warkocze i kraciastą piżamkę. Jak bardzo chcę cię zobaczyć! Niedawno wróciliśmy do naszej dzielnicy, mieszkamy w Brzozówce. Jeśli nie masz nic przeciwko, mogę przyjechać w odwiedziny?”
Marta wzruszyła ramionami – dziwnie, sama nie zaprasza, a sama się pcha… Jednak odpowiedziała zgoda.
Ania, w błękitnej kurteczce, z lekkim utykaniem szła naprzeciw siostrze, radośnie machając ręką! Rozpoznała Martę w tłumie na dworcu autobusowym, mocno ją objęła i zapłakała: „Siostrzyczko, od razu wiedziałam: oto moja Martusia! Widzisz od razu?”
Marta mruknęła niezadowolona, że była płaczliwa i nadal jest, lecz w jej oczach zakręciło się ciepło.
Po kolacji Ania opowiadała:
„Nie miej żalu do mamy, wujek Szymon od razu powiedział, jak się poznali, że przyjmie nas z dziećmi. Ale się przestraszyła, brać od razu dwie córki. Później wujek i mama mieli syna, potem córeczkę! Weronika, taka słodka, a my gdzie! Ojej, tylko się nie gniewaj! Wujek Szymon dobrze zarabia, stolarka mu wychodzi świetnie, zawsze mnóstwo zleceń. Czasem jeździmy na południe. W siódmej klasie byk mnie podniósł na rogi, na szczęście nikomu więcej nic się nie stało. A ja, jak widzisz, kuleję… Twój placek, Martusiu, jest przepyszny, dasz mi przepis?”
Marta zapytała:
„A pracujesz? Uczysz się? Masz przyjaciół? Jesteś taka śliczna!”
Ania zawstydziła się: „Po tamtym wypadku długo się leczyłam, wydano na mnie mnóstwo pieniędzy… Pomagam w domu albo w wujka Szymona przy zleceniach… Mama pracuje jako księgowa w administracji. A na przyjaciół brak czasu. I kuleję… Ale przywykłam.”
Marta namówiła Anię, by została na noc, obiecując, że odprowadzi ją na pierwszy autobus. Siostra zasnęła, ledwo głowa dotknęła poduszki. Marta przypadkiem spojrzała na jej ubrania, starannie złożone na krześle. Wszystko było czyste, lecz wyblakłe i wielokrotnie załatane! W szpitalu sanitariuszki ubierały się lepiej, a co dopiero na wizyty!
Marta wstała o trzeciej rano, obudziła męża i poprosiła, by szybko zawiózł ją do Brzozówki. Mąż narzekał, ale mimo to pojechał. Po drodze wyjaśniła mu wszystko; najpierw się marszczył, potem skinął głową w geście zgody.
Marta bez trudu odnalazła dom matki. Serce biło jak szalone, gdy pukała do drzwi. Matka otworzyła, nie poznając córki. Marta natychmiast rozpoznała ją: choć starsza, nadal piękna i zadbana. Dziewczyna powiedziała:
„Dzień dobry, mamo! Spotkaliśmy się…”
Matka powitała ją chłodno, jakby Marta była uciążliwą sąsiadką, a nie własną córką. Potem z niezadowoleniem spytała:
„A Ania gdzie? W chlewie? Niech wraca do domu, dzieciom trzeba przygotować śniadanie, od wczoraj nie posprzątane. No i chodź, skoro przyjechałaś…”
Marta próbowała mówić spokojnie:
„Ania zostanie u mnie na razie. Spakuj jej rzeczy… Pieniądze, jeśli możesz. Ja zatrudnię Anię jako sanitariuszkę, później wybierze zawód. Trzeba też wyleczyć jej nogę, taka śliczna i kulejąca! Słyszysz, mamo?”
Matka wysunęła wargi, jak zwykle, gdy rozmowa jej się nie podobała, i wyrzekła:
„Idź stąd, wtrącająca się, a za Anią przyjdziemy sami! Żebym cię więcej przy niej nie widziała!”
Marta stanowczo pokręciła głową i spojrzała w oczy matki, mówiąc powoli i wyraźnie:
„Po pierwsze, nie Ania, lecz Anieńka! Anią nazywaj swoją krowę, którą będziesz doić rano, paniusiu! Chcesz, mogę teraz pół wioski zebrać? I wszyscy się dowiedzą, jak porządna urzędniczka porzuciła swoje dzieci w sierocińcu! Czy wszystkie kobiety w wiosce to wierne przyjaciółki, czy znajdą się te, które takiej przeszłości nie wybaczą? Jeśli zechcesz uciec i zabrać Anię, znajdę cię i ogłoszę w całym kraju!”
Matka skrzywiła się, zniknęła w domu, trzaskając drzwiami. Po pół godzinie wyszedł chudy, garbaty mężczyzna z plecakiem:
„Dzień dobry, nazywam się Szymon. Oto rzeczy… Przekażcie Ludmile (tak zawsze nazywałem Anię) pozdrowienia ode mnie, żeby miała się dobrze. Pieniądze też damy, postaram się. Prawda, ile lat dziewczynka spędziła jak Kopciuszek u własnej matki? Mówiłem jej… Ale nie miejcie żalu do matki, życie jest trudne…”
Marta szła z plecakiem do samochodu męża, myśląc, że tak, życie bywa trudne. Ale czy w ogóle łatwo jest żyć? By mężczyźni nie pili i nie hulali, by kobiety nie porzucały dzieci z powodu „mężów”, by siostry i bracia siebie nie zapominali?
Mama oddała je do sierocińca zaraz po Nowym Roku…
