Mężczyzna, z którym się spotykałam, już na samym początku otwarcie powiedział, że ma 52 lata i interesuje go wyłącznie luźna relacja — bez zobowiązań, oczekiwań i budowania złudnych nadziei. Przyjęłam jego zasady bez sprzeciwu, bo wszystko było jasno określone od pierwszej chwili. Jednak po naprawdę udanym i pełnym pozytywnych эмоcji spotkaniu niespodziewanie usłyszałam od niego pretensję tak absurdalną i niedorzeczną, że dosłownie odebrało mi mowę.

Kiedy mój syn niedawno wyprowadził się do własnego mieszkania, dom nagle stał się dziwnie pusty i cichy. W wieku czterdziestu dziewięciu lat człowiek przecież nie kończy życia, dlatego postanowiłam spróbować szczęścia w internetowych znajomościach i założyłam konto w aplikacji randkowej.

Z Wiktorem dopasowanie pojawiło się niemal od razu. Miał pięćdziesiąt dwa lata. Pisał poprawnie, bez głupich błędów, wulgarnych tekstów i tanich podtekstów, co już samo w sobie było miłą odmianą.

Już trzeciego dnia naszej rozmowy wysłał mi coś w rodzaju manifestu swoich zasad. Wiadomość była długa, konkretna i tak bezpośrednia, że nie pozostawiała miejsca na żadne niedomówienia.

„Ustalmy wszystko uczciwie od początku — pojawiło się na ekranie. — Mam za sobą wieloletnie małżeństwo i bardzo trudny rozwód. Dzieci są dorosłe i dawno żyją własnym życiem. Teraz chcę wreszcie skupić się na sobie. W relacji potrzebuję swobody. Nie interesują mnie pretensje, wysysanie energii ani codzienne dramaty. Szukam rozsądnej, dojrzałej kobiety.

I od razu mówię wprost: nie zamierzam sponsorować kobiecych zachcianek. Perfumy, sukienki, salony urody i cała reszta — to nie moja bajka. Interesuje mnie spokojna relacja oparta na równości”.

Przeczytałam tę wiadomość dwa razy. Szczerze mówiąc, takie deklaracje już dawno przestały mnie szokować, a wręcz wzbudzają sympatię. Mam dobrą pracę, sama potrafię sobie zapewnić wszystko, czego potrzebuję. Nigdy nie szukałam sponsora ani portfela na dwóch nogach.

Jasne zasady i szczerość? Świetnie. Sama mam dość gierek, manipulacji i udawania kogoś, kim się nie jest.

„Rozumiem cię, Wiktor — odpisałam. — Też cenię prostotę i uczciwość, a wyrachowania nie znoszę. Spotkajmy się i spokojnie porozmawiajmy”.

Umówiliśmy się na sobotnie popołudnie.

Skoro tak mocno podkreślał równość i brak oczekiwań, postanowiłam potraktować to dosłownie. Nie zamierzałam robić z zwykłego spotkania pokazu mody ani wielogodzinnych przygotowań przed lustrem.

Wyjęłam z szafy ulubione niebieskie jeansy, założyłam prosty T-shirt, a na wierzch narzuciłam szarą koszulę w kratę. Do tego wygodne sneakersy. Włosy związałam gumką w praktyczny kucyk.

Do kawiarni przyszłam punktualnie. Wiktor siedział już przy stoliku. Był ubrany bardzo podobnie do mnie: znoszone jeansy i ciemny sweter, który na łokciach zdążył się już wyciągnąć. Przywitaliśmy się, skinął głową i podał mi menu.

Po chwili podeszła młoda kelnerka z notesem. Wiktor zamówił podwójne espresso i spory kawałek mięsnego ciasta. Ja wybrałam lekką sałatkę warzywną, deser z owocami i cappuccino.

Rozmowa potoczyła się zaskakująco naturalnie i szybko zrozumiałam, że mam przed sobą naprawdę interesującego człowieka. Zwykle pierwsze randki przypominają albo niezręczne milczenie, albo przesłuchanie o byłych partnerach. Tym razem było zupełnie inaczej. Rozmowa płynęła lekko i swobodnie.

Najpierw zaczęliśmy żartować z cen w menu, potem płynnie przeszliśmy do dyskusji o nowych spektaklach teatralnych. Okazało się, że Wiktor świetnie orientuje się we współczesnym teatrze.

— Widziałeś ostatnią premierę w Teatrze Dramatycznym? — zapytał, odkrawając kawałek ciasta. — Reżyser trochę przesadził z dekoracjami. Pomysł był dobry, ale wykonanie wszystko popsuło. Z klasyką nie powinno się aż tak eksperymentować.

— Widziałam — odpowiedziałam, odsuwając pusty talerz po sałatce. — Dekoracje rzeczywiście były dyskusyjne, ale główny aktor uratował cały spektakl. Jego mimika była fenomenalna.

— Dokładnie to samo pomyślałem! — ożywił się. — A scena z listem? Mistrzostwo.

Rozmawialiśmy o książkach, nauce i codziennym życiu. Skakaliśmy z tematu na temat, ale wszystko układało się naturalnie. Wiktor był uprzejmy, nie przerywał, słuchał uważnie i wydawał się naprawdę zainteresowany tym, co mówię.

Czułam się przy nim zaskakująco swobodnie. Złapałam się nawet na tym, że zaczęłam myśleć o kolejnym spotkaniu.

W końcu kelnerka przyniosła rachunek w drewnianym pudełku i położyła go na stole. Wiktor nawet nie drgnął w jego stronę. Spokojnie napił się wody i spojrzał na mnie pytająco.

— Za swoją sałatkę i deser zapłacę sama — powiedziałam, wyciągając kartę z torebki.

Mój rachunek był śmiesznie niski. Wiktor z wyraźnym zadowoleniem wyjął z wysłużonego portfela pieniądze za swoją kawę i ciasto. Nawet nie próbował zrobić uprzejmego gestu ani zaproponować, że mnie poczęstuje.

Ale nie zrobiło mi to żadnej różnicy. Wszystko przecież było ustalone od początku. Jasno zaznaczył, że nie zamierza płacić za kobietę. Uczciwie i bez ukrytych oczekiwań.

Po spotkaniu wyszliśmy na chłodne powietrze, pożegnaliśmy się przy metrze i każde pojechało do domu. Miałam dobre przeczucia. To było naprawdę udane spotkanie.

Wróciłam do mieszkania. Zdjęłam sneakersy, odwiesiłam koszulę i T-shirt do szafy. Wtedy telefon w kieszeni jeansów zawibrował.

Byłam przekonana, że zobaczę wiadomość w stylu: „Dziękuję za wieczór, świetnie mi się rozmawiało, może spotkamy się znowu”.

Ale zamiast tego czekał na mnie długi tekst od Wiktora. Czytałam kolejne zdania i czułam coraz większe zdumienie.

„Wera, powiem szczerze i bez owijania w bawełnę. Jestem bardzo rozczarowany naszym spotkaniem. Liczyłem, że zobaczę zadbaną i atrakcyjną kobietę, a ty nawet nie próbowałaś zrobić wrażenia. Przyszłaś w zwykłym T-shircie i sneakersach. Nawet nie było od ciebie czuć perfum! Kobieta powinna być ozdobą dla mężczyzny. A ty wyglądałaś, jakbyś wyszła wyrzucić śmieci. Z takim podejściem do siebie trudno będzie ci kogokolwiek zainteresować. Wybacz szczerość, ale kompletnie do siebie nie pasujemy”.

Mój dobry nastrój wyparował natychmiast. Została tylko złość i poczucie absurdalnej niesprawiedliwości.

Czyli mężczyzna, który od początku podkreślał, że nie zamierza wydawać pieniędzy na damskie perfumy, fryzury czy salony kosmetyczne, był jednocześnie oburzony tym, że kobieta nie wydała własnych pieniędzy i czasu, żeby podobać się właśnie jemu? To już był szczyt bezczelności.

Usiadłam na kanapie i zaczęłam pisać odpowiedź.

„Wiktor, dziękuję również za szczerość — napisałam już bez łagodzenia tonu. — Spójrzmy na fakty. Na randkę przyszedłeś w starym swetrze i znoszonych jeansach, a nie w eleganckim garniturze. Ja ubrałam się dokładnie w tym samym stylu. Chciałeś autentyczności? Właśnie ją dostałeś. Przyszłam taka, jaka jestem na co dzień — wygodnie ubrana i bez żadnych oczekiwań finansowych wobec ciebie. Ty po prostu się ubrałeś i przyjechałeś. Ja zrobiłam dokładnie to samo. Przecież według ciebie mieliśmy być równorzędnymi partnerami”.

Zrobiłam chwilę przerwy, ale emocje wciąż we mnie buzowały. Po chwili wysłałam jeszcze jedną wiadomość.

„Jeśli marzy ci się kobieta jak z okładki — perfekcyjnie uczesana, w drogiej sukience, na szpilkach, z profesjonalnym makijażem i luksusowymi perfumami — to jest zupełnie inny poziom oczekiwań. Taki wygląd kosztuje ogrom pieniędzy, czasu i wysiłku. Kobiety nie dostają tego wszystkiego za darmo. A jeśli oczekujesz obok siebie właśnie takiej partnerki, to sam też powinieneś reprezentować odpowiedni poziom: przyjeżdżać z kwiatami, zapraszać do dobrych restauracji i brać rachunek na siebie. Nie można oczekiwać luksusowego efektu przy minimalnym wkładzie. Chcesz korzystać z klasy premium, płacąc jak za bilet autobusowy. Tak świat po prostu nie działa”.

Kliknęłam „wyślij”. Wiadomości od razu zostały odczytane.

Ale w oknie czatu nie pojawiło się nawet krótkie „pisze…”. Minęło dziesięć minut. Potem kolejne. Odpowiedzi nie było. Wiktor po prostu zamilkł, najwyraźniej nie znajdując żadnych argumentów przeciw zwykłej logice.

Nigdy więcej się do mnie nie odezwał.

Odłożyłam telefon i ciężko westchnęłam. Czy było mi przykro? Oczywiście. Ale nie dlatego, że straciłam właśnie jego. Najbardziej zabolało mnie coś innego — że dojrzały, inteligentny człowiek okazał się takim hipokrytą i tak małostkowym człowiekiem.

Niektórzy mężczyźni uwielbiają powtarzać, że współczesne kobiety są zbyt materialistyczne. Domagają się pełnej niezależności, rozdzielania rachunków i samodzielności finansowej. Chcą, żeby kobieta sama się utrzymywała i niczego od nich nie oczekiwała.

Ale jednocześnie są święcie przekonani, że ta sama niezależna kobieta po pracy powinna wydawać własne pieniądze na kosmetyki, fryzjera, zabiegi i ubrania tylko po to, żeby bezpłatnie cieszyć ich wymagający wzrok. A kiedy kobieta nie chce uczestniczyć w takiej jednostronnej „dobroczynności”, czują się śmiertelnie urażeni.

A wy jak reagujecie na takich przesadnie oszczędnych wielbicieli kobiecej urody? Potraficie postawić ich do pionu czy po prostu bez słowa blokujecie i nie tracicie energii na jałowe dyskusje?