Piotr przyprowadził swoją matkę, żeby zamieszkała w mojej ciasnej kawalerce.
— Mama pobędzie u nas jakiś czas — powiedział, przestępując z nogi na nogę w wąskim przedpokoju. — U niej pękła rura, mieszkanie jest zalane, a remont potrwa pewnie długo. Przecież nie zostawię jej na ulicy, prawda?
Anna stała nieruchomo z ręcznikiem w dłoniach, dopiero co wyszła spod prysznica. Mokre włosy przyciemniły ramiona starego szlafroka. Za plecami Piotra stała jego matka, Halina, ściskając dwa wielkie bagaże i karton przewiązany sznurkiem.
— Witaj, kochanie — odezwała się pogodnie Halina, jakby wcale nie widziała osłupienia na twarzy Anny. — Nie martw się, nie będę wam długo siedzieć na głowie. Tylko aż hydraulicy skończą. Miesiąc, najwyżej dwa.
Miesiąc? Dwa? W trzydziestometrowym mieszkanku, gdzie kuchnia przypominała szafę, a w łazience człowiek ledwo mógł się obrócić? Anna poczuła, jak lęk zaciska jej gardło.
— Pani Halino, naprawdę miło panią widzieć — wykrztusiła z uśmiechem, choć w środku narastała panika. — Tylko czy będzie pani tu wygodnie? Może któraś z pani koleżanek miałaby trochę miejsca?
— Ach, nie wygaduj głupstw, dziecko — Halina machnęła ręką i weszła do środka. — Koleżanki w moim wieku? Te, które jeszcze żyją, ledwo same sobie radzą. Poza tym nie chcę się nikomu narzucać.
A nam można? Anna przełknęła te słowa, zanim zdążyły wydostać się z jej ust.
— Postawimy rzeczy tutaj — Piotr wskazał kąt przy regale. — Mama będzie spała na kanapie, a my z Anną rozłożymy fotel.
— Wykluczone! — prychnęła Halina. — Ja położę się na rozkładanym fotelu. Wy jesteście małżeństwem, potrzebujecie normalnego łóżka.
— Mamo, masz chory kręgosłup. Nie będziesz spała na takim czymś — powiedział Piotr stanowczo.
Anna milczała i patrzyła na nich tak, jakby nagle znalazła się w cudzym mieszkaniu. Formalnie ta kawalerka należała do niej, dostała ją po babci jeszcze przed ślubem. Tyle że teraz to nie miało żadnego znaczenia. Piotr już podjął decyzję. Bez niej.
— Wstawię wodę na herbatę — rzuciła, uciekając do mikroskopijnej kuchni, gdzie lodówka, kuchenka i stolik dla dwóch osób ledwo mieściły się obok siebie. — Pani Halino, pewnie jest pani głodna po podróży?
— Nie kłopocz się, zjadłam kanapkę w autobusie — odpowiedziała Halina, już wypakowując coś na fotel. — Powiedz mi lepiej, jak wy tu sobie dajecie radę? Piotr mówi, że wszystko dobrze, ale przecież ja widzę, jaka to ciasnota. Najwyższy czas pomyśleć o większym mieszkaniu.
Anna zacisnęła usta. Pieniądze były tematem, który zawsze bolał. Oboje marzyli o normalnym domu, ale z pensji Piotra w warsztacie i jej wypłaty nauczycielki w podstawówce ledwo dopinali miesiąc. Kredyt mieszkaniowy nawet nie wchodził w grę.
— Mamo, rozmawialiśmy już o tym — westchnął Piotr. — To nie jest dobry moment.
— A kiedy będzie dobry? — Halina pokręciła głową. — Ty masz trzydzieści dwa lata, Anna dwadzieścia osiem. Powinniście myśleć o dzieciach. Gdzie je będziecie chować? W tej klitce?
Policzki Anny zapłonęły. Dzieci. Następny bolesny punkt. Byli małżeństwem od czterech lat, a Halina nie przepuszczała żadnej okazji, żeby przypomnieć im, jak bardzo czeka na wnuki.
— Mamo, nie teraz — Piotr spojrzał na Annę przepraszająco. — Anna miała długi dzień, ty dopiero przyjechałaś. Odpocznijmy wszyscy.
Halina cmoknęła z dezaprobatą, ale odpuściła i zajęła się swoimi torbami.
Anna schowała się w kuchni i głęboko odetchnęła. Kochała Piotra, naprawdę go kochała. Ale jego nieumiejętność postawienia matce granicy doprowadzała ją do rozpaczy. Przyprowadzić Halinę bez uprzedzenia, bez rozmowy, bez jednego pytania.
Czajnik zaczął gwizdać, a Anna automatycznie zaparzyła herbatę. Za małym kuchennym oknem szare bloki stały pod ciężkim październikowym niebem. Ponury widok pasował do jej nastroju aż nazbyt dobrze.
— Aniu, pomóc ci? — głos Haliny sprawił, że Anna drgnęła.
— Nie, dziękuję, poradzę sobie — znów przykleiła do twarzy uśmiech. — Po prostu się zamyśliłam.
— Nad czym? — Halina usiadła na chwiejnym krześle.
— Nad pracą — skłamała Anna. — Mam w tym roku trudną klasę. Dwadzieścioro ośmioro dzieci, połowa kompletnie bez dyscypliny.
— Oj, współczuję — westchnęła Halina. — Kiedyś dzieci szanowały dorosłych. A teraz? Sama dzicz.
Anna nic nie odpowiedziała, tylko nalała herbaty do kubków. Halina zawsze idealizowała przeszłość i zbywała teraźniejszość jednym machnięciem ręki. Spór nie miał sensu.
— Mamo, rozgościłaś się? — Piotr zajrzał do kuchni. — O, herbata. Świetnie. Jutro mam ranną zmianę, więc chyba zaraz się położę.
— Oczywiście, synku — Halina poklepała go po ramieniu. — Odpoczywaj. My z Anią jeszcze sobie chwilę porozmawiamy.
Tego tylko brakowało.
— Wszystko u was dobrze? — zapytała Halina prosto z mostu, gdy Piotr zniknął. — Piotr twierdzi, że tak, ale ja widzę, że coś nie gra.
— Wszystko jest w porządku — Anna starała się mówić spokojnie. — Zwykłe małżeńskie sprawy.
— W małżeństwie powinna być radość — naciskała Halina. — On schudł. Dobrze go karmisz?
— Staram się — Anna upiła łyk herbaty, żeby ukryć irytację. — Oboje wracamy późno. Nie zawsze da się gotować porządne obiady.
— Dzisiejsza młodzież — westchnęła teściowa. — Za moich czasów kobiety potrafiły pracować i prowadzić dom. Teraz tylko jedzenie na wynos. Nic dziwnego, że wszyscy chorują.
Anna przygryzła język. Halina była starsza, znalazła się w trudnej sytuacji. Musiała być cierpliwa. Dla Piotra.
— Postaram się częściej gotować — powiedziała. — Zwłaszcza teraz, kiedy pani jest z nami. Może są jakieś potrawy, które Piotr szczególnie lubił w dzieciństwie?
To wyraźnie ucieszyło Halinę. Przez następne pół godziny opowiadała o rosole, mielonych, kopytkach i szarlotce, które Piotr podobno uwielbiał, choć przez cztery lata małżeństwa nigdy nawet o nich nie wspomniał.
W końcu Anna, zasłaniając się zmęczeniem, wymknęła się do łazienki. Przekręciła zamek, usiadła na brzegu wanny i wypuściła powietrze z płuc. Jak mieli tak żyć? Gdzie miało się zmieścić jej własne życie?
Gdy wyszła, Piotr spał już na rozłożonym fotelu, a Halina siedziała na kanapie i przerzucała strony kolorowego pisma. Anna wsunęła się ostrożnie obok męża. Mówią, że gdzie dwoje, tam nie ma miejsca dla trzeciego. Tyle że ten trzeci człowiek właśnie zabierał jej powietrze.
Poranek okazał się chaosem. Łazienka, ledwo wystarczająca dla jednej osoby, musiała teraz obsłużyć trzy. Anna, przyzwyczajona do spokojnego prysznica i cichej kawy, zderzyła się z rytmem Haliny, która wstawała jeszcze przed świtem.
— Aniu, wyprałam ci bluzkę — oznajmiła Halina przy śniadaniu. — Tę białą, co leżała na krześle. Miała plamę.
— Co? — Anna zakrztusiła się kawą. — Ona była namoczona w specjalnym preparacie! To było czerwone wino, tego nie wolno tak po prostu prać!
— Nie przesadzaj — Halina machnęła ręką. — Sześćdziesiąt lat używam proszku i jeszcze mnie nie zawiódł.
Anna pobiegła do łazienki. Jej ulubiona bluzka, kupiona na wyprzedaży w eleganckim butiku, miała teraz żółtawy ślad dokładnie tam, gdzie wcześniej była plama.
— Wszystko dobrze? — Piotr pojawił się w progu. — Mama mówiła, że zdenerwowałaś się przez bluzkę. Kupię ci nową.
— To nie chodzi o bluzkę — szepnęła Anna. — Chodzi o to, że twoja mama dotyka moich rzeczy bez pytania. I Piotr… dlaczego mnie nie uprzedziłeś? Mogliśmy się przygotować.
— Przepraszam — spuścił wzrok. — Wiedziałem, że powiesz nie, więc nie zapytałem. Ale to tylko na chwilę, przysięgam.
— Prawie cię nie ma w domu — zauważył po dwóch tygodniach. — Mama mówiła, że wczoraj wróciłaś po dziewiątej.
— Wywiadówka — odpowiedziała Anna ze zmęczeniem. — Od kiedy twoja mama kontroluje, kiedy wracam?
— Ona się martwi — Piotr objął ją ramieniem. — Myśli, że nas unikasz.
— A nie unikam? — Anna spojrzała mu prosto w oczy. — Piotr, ja tak nie mogę. Każdy mój ruch jest oceniany. Czuję się jak lokatorka we własnym mieszkaniu.
— Przesadzasz — zmarszczył brwi. — Mama tylko próbuje pomagać.
— Może tobie. Mnie nie — odsunęła się od niego. — Ja potrzebuję przestrzeni, Piotr. Żeby oddychać. Żeby być sobą.
— A dokąd ona ma pójść? — w jego głosie pojawiła się ostrość. — Jej mieszkanie nie nadaje się do życia. Wyrzuciłabyś moją matkę?
— Oczywiście, że nie — Anna pokręciła głową. — Ale mogliśmy poszukać innych rozwiązań. Jej siostra w Łodzi. Wynajęty pokój.
— Za co? — Piotr rozłożył ręce. — Ledwo ciągniemy do pierwszego.
Anna zamilkła. Pieniądze zawsze były jak otwarta rana. Piotr był dobrym człowiekiem, ale brakowało mu ambicji. Lubił swoją pracę w warsztacie, unikał ryzyka i każdego większego stresu.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Wytrzymam. Ale porozmawiaj z mamą. Powiedz jej, że nie potrzebuję wychowywania.
Obiecał. Ale nic się nie zmieniło. Posiłki odbywały się według planu Haliny, pranie według jej zasad, a nawet telewizor najpierw należał do wiadomości, potem do jej seriali.
Ostateczna granica pękła w niedzielny poranek. Anna obudziła się i zobaczyła Halinę grzebiącą w jej kosmetyczce.
— Pani Halino, co pani robi? — Anna wyrwała jej kosmetyczkę z rąk.
— O, już wstałaś — powiedziała teściowa lekko. — Szukałam tylko kremu do rąk. Mam jakąś wysypkę.
— Mogła pani zapytać — Anna z trudem utrzymywała spokój. — To są moje rzeczy.
— Nie dramatyzuj — prychnęła Halina. — Jesteśmy rodziną. Za moich czasów w domu nie było żadnych tajemnic.
— Za pani czasów — cierpliwość Anny pękła — może tak było. Ja mam swoje granice. Proszę je uszanować.
— Samolubna jesteś — syknęła Halina. — Piotrze, słyszysz, jak twoja żona się do mnie odzywa?
Piotr, siedzący na kanapie, odchrząknął niezręcznie.
— Mamo, Anna ma rację. Powinnaś pytać, zanim bierzesz jej rzeczy.
— Jej rzeczy? — Halina aż się cofnęła. — Przecież ja jestem rodziną!
— To nie jest sprawa kremu — powiedziała Anna zmęczonym głosem. — To jest sprawa szacunku.
— Szacunku? — teściowa parsknęła. — Nowoczesne wymysły. Nic dziwnego, że rodziny się dziś rozpadają.
W Annie coś trzasnęło. Trzy tygodnie połykanej złości wyszły na powierzchnię jednym ruchem.
— Wiecie co? — Jej głos zabrzmiał dziwnie spokojnie. — Idę się przejść.
Ubrała się szybko, ignorując zagubione spojrzenie Piotra i zaciśnięte usta Haliny. Na zewnątrz listopadowa mżawka pasowała do niej idealnie. Szła przed siebie, niemal na oślep, potrzebując tylko jednego: oddalić się.
W pustym parku usiadła na mokrej ławce. Telefon zaczął wibrować. Piotr. Nie odebrała. Niech się martwi. Niech choć przez chwilę poczuje, jak to jest zostać pominiętym.
Po godzinie wreszcie nacisnęła zieloną słuchawkę.
— Aniu, gdzie jesteś? — Piotr brzmiał na przerażonego. — Nie ma cię już godzinę!
— W parku — odpowiedziała. — Myślę.
— O czym?
— O nas — westchnęła. — Ja tak dłużej nie mogę, Piotr. Albo twoja mama się wyprowadzi, albo nie wiem, co będzie dalej.
— Nie rób scen — warknął. — Przecież chodzi tylko o kosmetyczkę.
— To nie chodzi o kosmetyczkę! — głos jej się załamał. — Ja się duszę. Nie czuję się już człowiekiem. Jestem tylko dodatkiem do twojej rodziny.
— Czego ty właściwie chcesz? — zapytał chłodno.
— Wynajmę pokój — powiedziała twardo. — Do czasu, aż mieszkanie twojej mamy będzie gotowe. Potem porozmawiamy. Naprawdę porozmawiamy.
— Mówisz poważnie? — był zszokowany. — Odeszłabyś z tego powodu?
— To nie jest z tego powodu — szepnęła. — Ja próbuję ocalić siebie. Może nas też.
Rozłączyła się i poczuła ulgę. Po raz pierwszy od tygodni sama podjęła decyzję, nie uginając się pod cudzym oczekiwaniem.
Wstała z ławki. Koleżanka po rozwodzie miała wolny pokój. To nie było wiele, ale wystarczyło na początek.
A Piotr? Może dopiero odległość sprawi, że zrozumie. Małżeństwo to nie matka i syn. To partnerstwo. Szacunek.
Tak czy inaczej, Anna nie zamierzała dziś wracać.
Nie tego dnia.
