Znowu ten bezsmakowy rosół. Wiesz przecież, że nie mogę jeść mdłych rzeczy, natychmiast tracę apetyt. A potrzebuję sił, lekarz mówił, trzeba normalnie jeść — skrzypiący, pełen niezadowolenia głos mamy wypełnił małą odesską kuchnię, zastawioną słoiczkami z lekami.
Westchnąłem ciężko, starając się, by mama tego nie zauważyła, i znów sięgnąłem po solniczkę. Ta codzienna scena męczyła mnie do granic wytrzymałości. Walentyna Siemionowna, moja matka, zasiadała na czele stołu, owinięta starym wełnianym szalem, mimo upału od grzejników, i dłubała łyżką w bulionie jak męczennica.
Miałem czterdzieści pięć lat. Własna rodzina, praca w księgowości wymagająca uwagi, żona Eugenia, która coraz częściej jadała kanapki, a ja po pracy nie pędziłem do domu, lecz do mamy. Pół roku temu Walentyna Siemionowna zasłabła. Nie że nie mogła chodzić, ale jak sama mawiała, „sił ni ma”. Lekarze wzruszali ramionami: starcza astenia, potrzebna opieka i spokój. Opieka przypadła oczywiście mnie.
— Teraz dosolę, mamo — powiedziałem pokornie, mieszając bulion. — Spróbuj.
Mama ostrożnie podniosła łyżkę do ust, jakby próbowała trucizny.
— Hm, trochę lepiej. Ale kiedy przyjeżdżał Władek, przywoził mi solankę z restauracji, to była prawdziwa solanka! Dużo wywaru, sól idealnie dobrana. On zna się na jedzeniu, mój chłopiec. Ty zawsze na wszystkim oszczędzasz.
Przy wspomnieniu brata zacisnąłem szczękę. Wład. Ulubieniec, młodszy, nadzieja rodziny. Dzieliły nas tylko trzy lata, a jakby dwa światy. Mnie od dzieciństwa przypadło być nianią i pomocnikiem, a Władowi „geniusz”. Nowe buty jemu, ja za starszym kuzynem. Lekcje prywatne jemu, ja nocami uczyłem sam.
— W restauracji kupił, mamo, a ja gotuję sam. Kura z Privozu, zwykła gospodarska.
— Nie tłumacz się. Powiedz lepiej, czy dzwoniłeś do Włada? Teraz jest sam, biznes mu nie idzie, długi, banki duszą. Biedak. Serce mi pęka.
Wład mieszkał w Charkowie, kiedyś kwadrans komunikacją miejską, ale nie odwiedzał mamy od trzech tygodni. Jego „trudny okres” trwał od lat dwudziestu: to warsztat, to jakiś biznes, to szukał siebie, żył z jej oszczędności.
— Dzwoniłem — skłamałem, by nie martwić. — Bardzo zajęty, obiecał przyjechać, jak będzie mógł.
— Jasne, karmić rodzinę, a ty przy żonie, a Wład wszystko sam. Daj mu pieniądze, macie z Żenią odłożone. Pomóż bratu.
Prawie upuściłem chochlę.
— Mamo, oszczędzamy na studia córki, Katia idzie na uniwersytet, i jeszcze kredyt za działkę spłacać.
— U was same pieniądze i majątek na myśli, a bliski człowiek cierpi. Egoista! Cały w ojca.
Takie rozmowy męczyły bardziej niż sprzątanie. Myłem naczynia, zmieniałem pościel, uruchamiałem pralkę — w głowie wciąż jedno: kiedy to się skończy? I od razu wstyd. W końcu to mama. Wyrosła mnie, nie przesypiała nocy.
Wieczorem w domu żona witała mnie herbatą i współczuciem w oczach.
— Znowu Władek? — zapytała, masując ramiona.
— O kim jeszcze? Władek geniusz, Władek pracuś, a ja nie dosoliłem zupy. — Jestem wykończony. Ona chce, żebym się do niej przeprowadził. Boje się spać sam.
— I co postanowiłeś?
— Nie wiem. Z jednej strony potrzebna opieka. Wczoraj pomyliła tabletki, dobrze, że byłem. Z drugiej nie mogę porzucić ciebie i Katii. Pracy też rzucić nie mogę, bez pieniędzy ani rusz.
Decyzję podjęto za mnie, gdy tydzień później mama przewróciła się w łazience. Udało się bez urazu, ale lekarz ze straży powiedział wprost: nie może być sama, albo opiekunka, albo ktoś z rodziny. Żonie przyszło zebrać rodzinne narady.
— Trzeba wynająć opiekunkę — zaproponowała. — Damy radę, moja pensja…
— Mama nie wpuści obcej. Zaraz wyrzuci, paranoja. Muszę ja ja.
— A Władek? — zapytała Katia, odrywając się od książek. — Dlaczego wujek nie może być z babcią? Wstawiał stories z baru na Passazu.
— Władek? — gorzko uśmiechnąłem się. — To nie męska robota, wynosić kaczki. Mama by nie pozwoliła.
Ostatecznie wziąłem urlop bezpłatny, potem częściowo przeszedłem na pracę zdalną. Przeprowadziłem się do mamy, zostawiając wszystko na barkach Żeni.
Moje życie zaczęło przypominać dzień świstaka. Wstaję, mierzę ciśnienie, śniadanie, leki, procedury, sprzątanie, gotowanie. I bez końca słuchać, jaki Władek wspaniały i jak los go krzywdzi.
Brat pojawił się dopiero po dwóch tygodniach od mojego przeprowadzki. Wpadł promienny, z drogim perfumem, w rękach torba mandarynek.
— Mamusiu! — rozłożył ręce, wchodząc do sypialni. — Przepraszam, byłem zabiegany, same sprawy, biznes! Witaminy przywiozłem.
Mama nagle rozświetliła się, choć przed chwilą jęczała z bólu. Wyciągnęła ręce po poduszki, ożywiła się.
— Synku! W końcu! Schudłeś, Kolia, a co tam? Nakryj stół dla brata! Barszcz, kotlety, sałatę! Przyszedł głodny z pracy.
Zostawiłem wszystko i pobiegłem do kuchni. Chciało się rzucić tymi mandarynkami o ścianę. Władek wyglądał więcej niż syto. Na kuchni jadł łapczywie, opowiadając mi nowinki.
— Dobrze, że siedzisz z mamą, szanuję. Opieka to kobieca rzecz, my zajęci. Mam nowy projekt, krypta, temat ogień! Tylko pięćdziesiąt tysięcy hrywien trzeba zainwestować na start. Nie pomożesz? Za miesiąc oddam, ząb w ząb.
— Nie mam takich — odparłem sucho, krojąc chleb. Na pół etatu pracuję, kasa kończy się.
— No popatrz, mógłbyś zapytać u Żeni, żona robi karierę, naprawdę jej nie szkoda dla brata?
Żona pracuje na wszystkich: na ciebie, na Katię, na leki dla mamy. Może choć trochę do apteki dasz? Leki po cztery tysiące tygodniowo.
Wład zakrztusił się kotletem.
— Porównałeś? Jestem cały w biznesie, w obrocie. Jak się wzbogacę, wyślę mamę do sanatorium, niech do Truskawca jedzie!
— Teraz potrzebuje pampersów i leków, a nie sanatoriów.
Wład zjadł, potem poszedł do mamy, pół godziny opowiadał o przyszłych milionach, cmoknął w czoło i wyruszył „po interesach”. Mama potem leżała, przytulając jego szkolne zdjęcie.
— Jaki mądry. Celowy. Wesprzyj go trochę, i wszystko osiągnie. A ty z nim nie po bratersku, nie tak można.
Czas mijał, nadeszła zima. Stan mamy pogarszał się. Myliła czasem imiona, mnie z zmarłą siostrą, była drażliwa. Schudłem, stałem się cieniem. Żona przyjeżdżała weekendami pomagać kąpać mamę, sam nie dawałem rady. Wład pojawił się w tym czasie jeszcze trzy razy, zawsze z pustymi rękami i kolejną bajką o biznesie.
W lutym, gdy za oknem szalała odesska śnieżyca, Walentyna Siemionowna wezwała mnie.
— Kolia, usiądź.
Pomyślałem, że chce czegoś do picia lub przykryć pledem.
— Potrzebuję notariusza.
— Po co, mamo? Przepisać emeryturę? Mogę pełnomocnictwo…
— Nie, synku, trzeba sporządzić testament.
Zlitowałem się. Mieszkanie mamy było dobre, „stalinka” w centrum, trzy pokoje, działka. Cały majątek. Zawsze byłem pewien, że wszystko dostanie młodszy, mama nie raz przypominała: „Wszystko dla Włada, on potrzebuje kąta”.
— Dobrze, mamo, wezwę, jak mówisz.
Następnego dnia przyjechała notariusz, surowa kobieta, poprosiła, bym wyszedł z pokoju.
— Prawo wymaga, by właściciel decydował sam — oznajmiła.
Siedziałem w kuchni, trzymając szklankę zimnej herbaty. Serce ściskało nie z powodu mieszkania, lecz z przeczucia, że wszystko, co robiłem, pozostanie niezauważone.
Notariusz wyszła po godzinie. Mama wyglądała zmęczona, ale spokojna.
— To wszystko. Zadzwoń do Włada, niech przyjedzie w weekend.
Brat zabłysnął oczami, gdy dowiedział się, że był u mamy notariusz. Chodził po mieszkaniu, dotykał ścian, już planował remont.
— Tu wszystko do rozbiórki! Połączę kuchnię z salonem. Mamo, świetnie zdecydowałaś. Wszystko sprawiedliwie.
Mama tylko lekko uśmiechnęła się, głaszcząc jego rękę.
Nadeszła wiosna. Walentyna Siemionowna odeszła cicho nocą, spałam obok. Żal był prawdziwy, jakby przerwano nitkę, która dawała mi znaczenie w życiu, choć ciężkie.
Organizacją wszystkiego zajęliśmy się z żoną. Wład na pogrzebie płakał, wygłaszał wyniosłe przemowy, a już na stypie, pół pijany, rozdawał rady, jak sprzeda mieszkanie, jak się wzbogaci.
— Przynajmniej poczekałby, Władim — szepnął mój teść. — Jeszcze nie ostygło, a ty już metraż dzielisz.
— Czemu zwlekać? Życie trwa, mama chciała, żebym stanął na nogi.
Po sześciu miesiącach nadszedł czas otwarcia testamentu. Ja, żona i Wład u notariusza. On lśnił, oceniając, jaki samochód kupi.
Notariusz otworzyła kopertę.
— Ja, Walentyna Siemionowna Ustinowa, będąc w pełni władz umysłowych, wszystko, w tym mieszkanie i oszczędności w banku, zapisuję synowi, Nikołajowi Konstantinowiczowi.
Cisza. Prawie nie wierzyłem oczom. Żona patrzyła na mnie zaskoczona i radośnie. Wład stracił mowę, potem wybuchnął:
— Nie może być! Tu powinno być moje imię, czytaj dokładniej!
— Nie, wszystko tutaj — odpowiedziała notariusz, poprawiając okulary.
— Wład, synku. Całe życie cię chroniłam, pomagałam, wierzyłam w ciebie. Ale w ostatnich miesiącach wiele zrozumiałam. Gdy było mi źle, był przy mnie Kolia. Gdy bałam się, trzymał mnie za rękę Kolia. Ty przyjeżdżałeś tylko, gdy czegoś chciałeś. Nie obwiniam, sama tak wychowałam. Ale to mieszkanie nie dla ciebie, mogłoby ci zaszkodzić. Kolia zasłużył na nie pracą i cierpliwością. A ty masz wszystko, by zbudować życie sam. Kolia, wybacz, jeśli możesz.
— To fałsz! — wybuchł Wład, — to ty jej wpoiłeś! Podawałeś tabletki! Będę sądził!
— Dokumenty i zaświadczenia w porządku — spokojnie zauważyła notariusz. Wszystko zgodnie z prawem.
Wład wybiegł z gabinetu, trzaskając drzwiami.
Wyszliśmy z żoną na odesskie słońce, powietrze było czyste.
— Nie spodziewałam się — wyszeptała żona. — Twoja mama naprawdę wszystko widziała.
— Chciała mnie i Włada chronić — odpowiedziałem. — Najważniejsze nie mieszkanie, najważniejsze, co napisała na końcu: „Przepraszam, synku”. To cenniejsze niż jakakolwiek nieruchomość.
Wład próbował procesów, wynajmował adwokatów, pisał złe rzeczy w sieci, próbował mnie oczernić. Sąd odrzucił, testament sporządzony bezbłędnie. Po pół roku, gdy skończyły mu się pieniądze, Wład wyjechał do innego miasta, a kontakt z nim ustał.
Zrobiliśmy remont w mieszkaniu mamy, oddaliśmy je córce Katii, która rozpoczęła studia na biologii, niech mieszka i uczy się. Czasem wchodziłem podlewać kwiaty i siadałem na ukochanym krześle mamy, patrzyłem na stare zdjęcie: ojciec, młoda mama, ja i mały Wład na jej rękach. Teraz patrzyłem spokojnie. Złość odeszła, pozostały jasne wspomnienia o rodzinie i poczucie spełnionego obowiązku. Zrobiłem wszystko, co mogłem. Mama wiedziała o tym.