Coraz częściej opuszczali swoje skromne pomieszczenie i spędzali czas w zapomnianej części ogrodów pałacowych. Było to miejsce zaniedbane i niemal całkowicie opuszczone. Krzewy róż nosiły ślady długiej zimy, gałęzie były połamane, a ścieżki zarosły chwastami.
To właśnie tam Elias po raz pierwszy opowiedział jej coś o sobie.
Pewnego popołudnia zatrzymał się przy kępie lawendy, której srebrzyste łodygi delikatnie poruszały się na wietrze.
— Widzisz te rośliny? — zapytał.
Izabella skinęła głową.
— Lawenda rośnie najlepiej wtedy, gdy jest regularnie przycinana. Kiedy ktoś narusza ziemię wokół korzeni, spulchnia ją i zmusza roślinę do wysiłku. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak krzywda. Jak coś bolesnego. Ale właśnie dzięki temu staje się silniejsza i rozkwita jeszcze piękniej.
Izabella spojrzała na niego z zaciekawieniem.
Jego słowa nie uderzyły w nią jak oskarżenie. Nie przypominały gorzkich uwag, które słyszała przez całe życie. Były raczej jak łagodny podmuch wiatru, który porusza liście, nie łamiąc ich.
Przez chwilę milczała, rozważając znaczenie tego, co powiedział.
— A ty? — zapytała w końcu. — Czy wiele razy musiałeś zaczynać od nowa?
Na twarzy Eliasa pojawił się cień smutnego uśmiechu.
— Tyle razy, że dawno przestałem je liczyć.
W jego głosie nie było goryczy.
Jedynie zmęczenie człowieka, który przeszedł przez wiele cierpienia i nauczył się z nim żyć.
Ku własnemu zaskoczeniu Izabella roześmiała się.
Był to cichy śmiech, lekki i nieco niepewny, jak dźwięk dawno zapomnianej melodii. Tak rzadko się śmiała, że sama niemal nie rozpoznała własnego głosu.
Od tego dnia coraz częściej pracowali razem w ogrodzie.
Izabella przestała przejmować się tym, że brudzi suknię. Klękała na ziemi, zanurzała dłonie w miękkiej glebie i pomagała przy pielęgnacji roślin. Uczyła się przycinać uschnięte gałązki, podlewać młode pędy i cierpliwie czekać na efekty swojej pracy.
Elias zawsze był obok.
Pokazywał jej, jak troszczyć się o kwiaty, ale nigdy niczego nie narzucał. Nigdy nie podnosił głosu. Nie przekraczał granic, które wyznaczała.
Po raz pierwszy w życiu Izabella przebywała obok kogoś, kto nie próbował jej zmieniać, zawstydzać ani oceniać.
I właśnie dlatego każdy kolejny dzień spędzony w starym ogrodzie stawał się dla niej coraz cenniejszy.
Pewnego dnia, wracając z ogrodu, Izabella zatrzymała się przed starym lustrem. Przez dłuższą chwilę przyglądała się swojemu odbiciu.
Nie schudła.
Jej sylwetka pozostała taka sama jak wcześniej. Te same krągłe kształty, te same miękkie rysy twarzy. A jednak dostrzegła coś, czego nigdy wcześniej nie widziała. W jej oczach zniknęła część smutku. Spojrzenie było jaśniejsze, bardziej spokojne.
Po raz pierwszy od wielu lat poczuła, że naprawdę żyje.
I właśnie wtedy pojawiło się niebezpieczeństwo.
Służba zaczęła szeptać po kątach pałacu.
— Uśmiecha się przy nim.
— Codziennie spacerują razem po ogrodzie.
— Spędzają ze sobą coraz więcej czasu.
Plotki rozprzestrzeniały się szybko. W końcu dotarły do samego króla.
To, co miało być okrutną karą, zaczynało zmieniać się w coś zupełnie innego.
W przywiązanie.
A może nawet w miłość.
Król natychmiast wezwał córkę do najwyższej wieży zamku.
Kiedy stanęła przed nim, jego twarz była czerwona z gniewu.
— Czy ty zapomniałaś, kim jesteś?! — ryknął. — Księżniczka nie zadaje się z kimś takim! On jest niewolnikiem, a ty przynosisz rodzinie wstyd!
Izabella nie odpowiedziała.
Jednak było już za późno, by cofnąć to, co narodziło się między nimi.
Kilka dni później, podczas ciepłego wiosennego popołudnia, pracowali razem w ogrodzie.
Wiatr poruszał gałęziami jabłoni.
Jeden z różanych płatków opadł na włosy Izabelli.
Elias zauważył to pierwszy.
Bez zastanowienia wyciągnął rękę i niezwykle ostrożnie zdjął delikatny płatek z jej włosów.
Gdy tylko to zrobił, natychmiast się cofnął.
Jak człowiek, który właśnie przekroczył granicę, której nie wolno było przekroczyć.
— Wybaczcie mi, pani… — powiedział cicho.
Lecz ku jego zaskoczeniu Izabella zatrzymała jego dłoń.
— Nie przepraszaj — wyszeptała.
Spojrzał na nią zdumiony.
— Nikt nigdy nie dotknął mnie z taką delikatnością.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.
Po raz pierwszy nie było między nimi strachu.
Nie było wstydu.
Nie było rozkazów, różnic społecznych ani cudzych oczekiwań.
Była tylko prawda.
Nazajutrz Izabella przyszła do ogrodu z koszem pełnym owoców.
Usiadła obok Eliasa na starej kamiennej ławce.
Po raz pierwszy podzieliła się z nim jedzeniem.
Jedli razem gruszki, jabłka i świeży chleb.
Rozmawiali.
Śmiali się.
Przez kilka krótkich godzin świat wydawał się prosty i piękny.
Nie wiedzieli jednak, że ktoś ich obserwuje.
W jednym z okien zamku stała służąca wierna królowej matce.
Widziała wszystko.
Zauważyła, jak Izabella pochyliła się bliżej Eliasa, aby usłyszeć jego cichy szept.
To wystarczyło.
Nie potrzebowała więcej dowodów.
