„Ach, ta podróż pociągiem trwała wieczność” — powiedziała Halina, obejmując siostrzenicę.
Poznali Marka, a on po kilku uprzejmych zdaniach wycofał się, tłumacząc, że zostawi rodzinie czas na rozmowę.
„Ciociu Halino, znalazłam ojca… właściwie Marek go znalazł.”
„Jak się nazywa?”
„Wiktor Wolski. Przecież moje drugie imię to Wiktoria.”
Halina spojrzała z niepokojem na męża. W jej twarzy od razu coś zgasło.
„O Boże” — szepnęła.
„Co się stało?”
„Twój ojciec nie ma na imię Wiktor. To Jan… Jan Gajewski. W twoim akcie urodzenia nie wpisano ojca. Twoja mama sama wymyśliła ci drugie imię. Zosiu, ja wiem wszystko. Ona nie chciała, żebyś poznała prawdę. Twoim ojcem jest Jan Gajewski, dziekan twojej akademii muzycznej.”
„Jan Gajewski? Mój profesor fortepianu? To kim jest Wiktor Wolski?”
„O to musimy zapytać Marka. Po co była ta cała maskarada? Powiedz mi lepiej, czy już załatwiłaś sprawy spadkowe? Minęło prawie pół roku od śmierci Marii.”
„Jeszcze nie. Myślałam, że chodzi głównie o mieszkanie…”
„Dziecko, ty naprawdę niczego nie rozumiesz. Twoi dziadkowie byli zamożni. Te obrazy są warte majątek. Twoja mama miała duże oszczędności w banku. A my z wujkiem nie mamy dzieci, więc kiedyś i po nas wszystko przejdzie na ciebie.”
Zofia odwołała ślub. Nigdy nie myślała o pieniądzach, ale teraz nagle zobaczyła, dlaczego Marekowi tak bardzo się spieszyło.
„Ciociu, czy Jan Gajewski wie o mnie?”
„Nie. Jego matka zaaranżowała mu małżeństwo i rozdzieliła go z twoją mamą. Maria dopiero po ich rozstaniu zrozumiała, że jest w ciąży. Jan ożenił się z inną kobietą, przekonany, że Maria ułożyła sobie życie bez niego. Ona nigdy mu nie powiedziała.”

Tego samego wieczoru Marek przeżył wstrząs. Zofia spakowała jego rzeczy i postawiła je przy drzwiach. W obecności Haliny i jej męża nie próbował nawet protestować. Zrozumiał, że został zdemaskowany.
„Czuję ulgę” — przyznała Zofia, kiedy drzwi się za nim zamknęły. „Coś w Marku od początku nie dawało mi spokoju.”
Następnego dnia Halina powitała ją wiadomością:
„Dziś wieczorem będziemy mieć gościa.”
„Kogo tym razem?”
„Zobaczysz.”
Kiedy zadzwonił dzwonek, Halina wróciła do salonu z Janem Gajewskim.
„Boże, jesteś do mnie taka podobna” — powiedział profesor muzyki, wyciągając do niej ramiona. „Wybacz mi, Zosiu. Nie miałem pojęcia.”

Rozmawiali do późnej nocy. Zofia dowiedziała się, że ma przyrodniego brata, żołnierza stacjonującego za granicą.
„Tylko ty odziedziczyłaś po mnie miłość do muzyki” — powiedział Jan z czułością. „Jestem z ciebie bardzo dumny.”
„Teraz przynajmniej wiem, skąd to mam” — roześmiała się Zofia przez łzy.
Z czasem naprawdę zbliżyła się do ojca, do jego żony, a nawet do przyrodniego brata, kiedy przyjeżdżał na przepustki.
Rok później Zofia wyszła za mąż za Piotra, syna dawnego przyjaciela Jana. Wykładał ekonomię na uniwersytecie i zakochał się w niej niemal od pierwszego spotkania.
Halina i jej mąż byli na ślubie. Patrzyli na Piotra z cichą satysfakcją, bo widzieli w nim człowieka spokojnego, uczciwego i godnego zaufania.
Na końcu Zofia zrozumiała, że prawda, nawet jeśli boli, jest o wiele łaskawsza niż kłamstwo. A rodzina — odnaleziona albo odziedziczona po losie — była największym bogactwem, jakie mogła dostać.