— Jak możesz się nie wstydzić, przychodząc z takim prezentem na moje święto? Przecież na poczęstunek wydałam więcej! — syknęła teściowa, ale zaraz pożałowała swoich słów…

– Dimoczek! – wykrzyknęła, obejmując syna. – Jak się cieszę! – A ciebie – pocałowała synową w policzek powściągliwie, niemal formalnie. – Proszę wejść, goście już się zebrali.

Mieszkanie zmieniło się, stało się świąteczne, uroczyste. Stół nakryto z wyjątkową starannością: zabytkowa porcelana, kryształ, półmiski z przekąskami, ciastami, sałatkami – wszystko wyglądało jak ze stron magazynu. W powietrzu mieszały się zapachy wina, wypieków i kwiatów. Widać było, że Galina Iwanowna długo i z miłością przygotowywała się do tego dnia, jakby to był ważny moment.

Goście – koledzy, sąsiedzi, dalecy krewni – siedzieli już przy stole, rozmawiali, śmiali się. Arina kiwała głową, uśmiechała się, ale czuła się obca. Wydawało się, że wszyscy patrzą na nią z potępieniem, choć nikt nie wypowiedział ani słowa. Dmitrij trzymał ją za rękę, jakby ją chronił.

Drodzy moi, Galina Iwanowna wstała z kieliszkiem w dłoni. Dziękuję, że przyszliście. Sześćdziesiąt lat to nie tylko liczba. To życie. To pamięć. To miłość.

Goście również wstali, a dźwięk stukających się kieliszków wypełnił pokój. Galina Iwanowna uśmiechała się, ale Arina zauważyła, jak często popija wino.

– Galino Iwanowno – Arina wstała, trzymając prezent. – Chcę jako pierwsza wręczyć Pani prezent. To coś bardzo osobistego.

Wyciągnęła paczkę. Galina Iwanowna ostrożnie rozwinęła papier, a jej oczy rozszerzyły się: na kolanach znalazł się obraz. Dacza. Weranda. Kwitnące jabłonie. Wszystko, co kiedyś było zwyczajne, teraz lśniło jak wspomnienie szczęścia.

– Arina – wyszeptała, a jej głos się załamał. – To przecież nasz dom.

– Tak – odpowiedziała cicho Arina. – Tam, gdzie razem piliśmy herbatę, śmialiśmy się, kłóciliśmy i wybaczaliśmy sobie.

W pokoju zapadła cisza. Galina Iwanowna przesunęła palcem po ramie, jakby dotykając przeszłości.

– A drugi prezent, mamo – powiedział Dmitrij – dostaniesz, kiedy wrócimy. Musimy tylko pojechać i go przywieźć.

– Lodówka? – wyrwało się Galinie Iwanownej.

– Skąd wiesz? – zaśmiał się Dmitrij.

– Oboje – spojrzała na nich, a po policzku spłynęła jej łza. – Nie myśleliście o sobie. Nawet kiedy ja…

Arina zrobiła krok do przodu i objęła teściową delikatnie, mocno, naprawdę.

– Zawsze o was myślimy. Bo jesteście naszym domem.