— Zostawiłeś mnie, „starą babę”, dla młodszej. A teraz po co wróciłeś? Usłyszałeś o moim spadku? — żona roześmiała mu się prosto w twarz

Pytał, jak sobie radzi, ostrożnie sugerował spotkanie, oferował pomoc.

Elżbieta odpowiadała krótko, spokojnie i uprzejmie.

Dokładnie tak, jak rozmawia się z kimś, kogo kiedyś się znało, ale kto dziś jest już tylko odległym znajomym.

Jesienią, kiedy zbierała pierwszy kosz jabłek ze swojego sadu, nagle zrozumiała, że właśnie to jest prawdziwym szczęściem.

Nie zależało ono od mężczyzny.

Nie dało się go zmierzyć sumą zgromadzoną na koncie.

Szczęście oznaczało możliwość obudzenia się rano i zajęcia tym, co naprawdę się kocha.

Bycia sobą.

Bez ciągłego tłumaczenia się.

Bez znoszenia drwin.

Bez strachu przed cudzym niezadowoleniem.

Pieniądze po cioci Halinie Elżbieta wydawała rozsądnie.

Wyremontowała dom.

Kupiła dobre sadzonki.

Odnowiła budynki gospodarcze.

Reszta środków spokojnie leżała w banku i właściwie rzadko o nich myślała.

Z czasem zrozumiała, że prawdziwego bogactwa nie tworzą cyfry widoczne na wyciągu bankowym.

Bogactwo jest wtedy, kiedy rano nie budzi cię przenikliwy dźwięk budzika ani zirytowany głos męża, lecz śpiew ptaków za oknem i zwykła ochota, żeby przeżyć kolejny dzień.

Zimą Elżbieta zapisała się na kurs projektowania ogrodów.

Wiosną planowała uruchomić niewielką szkółkę roślin.

Jej życie ponownie wypełniło się sensem, pomysłami i kolorami.

Marek został w mieście.

Ze swoją pracą, nieustannym pośpiechem, problemami finansowymi i ciągłymi próbami odzyskania poczucia młodości.

Czasami Elżbieta o nim myślała.

Nie czuła już nienawiści.

Raczej coś na kształt litości.

Tak długo szukał szczęścia w miejscach, w których nie mogło go być, że ostatecznie stracił nie tylko żonę.

Zgubił również samego siebie.

Ale to nie był już jej problem.

Jej własna historia dopiero się zaczynała.

W starym domu pośród jabłoni.

Obok kwitnących rabat.

W ogrodzie, który każdego dnia tworzyła własnymi rękami.