Lekko pociągnęła mnie za rękaw.
Poważny wyraz jej twarzy zupełnie nie pasował do wcześniejszych wygłupów.
Pochyliła się i zapytała niemal szeptem:
— Chcesz poznać moją mamę?
Zastygłam.
— Co powiedziałaś?
Zosia lekko kiwnęła głową.
— Chcesz ją zobaczyć? Ona też bardzo lubiła bawić się w chowanego.
Po plecach przebiegł mi lodowaty dreszcz.
Starałam się, by mój głos brzmiał spokojnie.
— Zosiu… co dokładnie masz na myśli?
Zmarszczyła brwi.
— Mam ci pokazać, gdzie mieszka?
W tej chwili do kuchni weszła Hania. Ciągnęła za ucho pluszowego królika, który szurał po podłodze.
Bez cienia wahania powiedziała:
— Mama jest na dole.
Serce zaczęło bić mi tak mocno, że ledwie słyszałam własny oddech.
Zosia chwyciła mnie za dłoń i poprowadziła korytarzem. Była podekscytowana jak dziecko, które za chwilę pokaże komuś urodzinową niespodziankę.
— Kiedy mówisz „na dole”… gdzie dokładnie? — zapytałam drżącym głosem.
— W piwnicy. Chodź.
W jednej chwili głowę wypełniły mi najgorsze możliwe obrazy.
Długie spojrzenia dziewczynek kierowane na te drzwi.
I Piotr, który ani razu nie otworzył ich w mojej obecności.
Zosia doprowadziła mnie pod sam próg.
— Trzeba tylko otworzyć — oznajmiła spokojnie.
W ustach miałam zupełnie sucho.
— Tata was tu przyprowadza?
Przytaknęła.
— Czasami… kiedy za nią tęskni.
Po tych słowach mój lęk jeszcze się nasilił.
Nacisnęłam klamkę.
Drzwi były zamknięte.
Zosia nie straciła spokoju.
— To nic. Mama jest w środku.
Powinnam była zaczekać, aż Piotr wróci do domu.
Dziś wiem, że właśnie tak należało postąpić.
W tamtej chwili nie byłam jednak zdolna do rozsądnego myślenia.
Wyjęłam z włosów dwie wsuwki.
Z drżącymi rękami uklękłam przed zamkiem i zaczęłam przy nim manipulować.
Hania stała obok i oddychała cicho.
Zosia wspięła się na palce, cierpliwie czekając, aż drzwi się otworzą.
Klik.
Zamek wreszcie puścił.
Zamarłam.
— Widzisz? — szepnęła Zosia.
Bardzo powoli uchyliłam drzwi.
Schody tonęły w półmroku. Już to, co zobaczyłam z góry, wystarczyło, by odebrać mi dech.
Najpierw uderzył mnie zapach.
Wilgoć, pleśń i ciężka woń pomieszczenia zamkniętego przez wiele lat.
Zeszłam na pierwszy stopień.
Potem na następny.
I właśnie wtedy przerażenie zaczęło ustępować czemuś zupełnie innemu.
Nie było tam ciała.
Żaden z potwornych scenariuszy, które w ciągu kilku sekund stworzyła moja wyobraźnia, nie okazał się prawdziwy.
To, co znajdowało się przede mną, miało inny charakter.
Piwnica nie przypominała miejsca zbrodni. Wyglądała raczej jak cichy pokój poświęcony przeszłości.
Prawie jak niewielkie sanktuarium.
Stała tam stara kanapa, a na niej leżał niedbale rzucony miękki koc.
Półki uginały się od albumów fotograficznych.
W ramkach ustawiono niezliczone zdjęcia zmarłej żony Piotra.
Ściany pokrywały kolorowe rysunki dziewczynek.
Wzdłuż jednej z nich stały kartonowe pudła podpisane czarnym flamastrem.
Na niskim stoliku czekał zabawkowy serwis do herbaty.
Na oparciu krzesła wisiał damski sweter.
Pod ścianą stały kalosze, jakby ich właścicielka miała po nie wrócić przy pierwszym deszczu.
Obok starego telewizora piętrzył się stos pudełek z płytami DVD.
W całym pomieszczeniu unosił się zapach wilgoci.
Woda sączyła się z rury i spadała miarowo do podstawionego wiadra, a ciemne ślady zawilgocenia ciągnęły się po ścianie.
Nie potrafiłam ruszyć się z miejsca.
Zosia uśmiechnęła się.
— Mama tutaj mieszka.
Odwróciłam się do niej.
— Co dokładnie masz na myśli, kochanie? — zapytałam łagodnie.
Objęła gestem cały pokój.
— Tata nas tu przyprowadza. Dzięki temu możemy być z mamą.
Hania mocniej przycisnęła do piersi pluszowego królika.
— Oglądamy mamę w telewizorze.
Zosia potwierdziła skinieniem.
— Tata też z nią rozmawia.
Jeszcze raz omiotłam wzrokiem piwnicę.
Nie był to zwyczajny składzik.
To było pomieszczenie, w którym przez lata ukrywano cierpienie.
Nie wydarzyła się tu żadna zbrodnia.
Nie widziałam też śladów obłędu.
Nie chodziło o makabryczną tajemnicę.
To żałoba dostała w tym domu osobny pokój i zamknięte drzwi.
Podeszłam do szafki pod telewizorem.
Na górnej płycie widniał napis: „Wycieczka do zoo”.
Na kolejnym pudełku zapisano: „Urodziny Zosi”.
Na stoliku leżał otwarty zeszyt.
Nie zamierzałam go czytać.
Mimo to mój wzrok zatrzymał się na jednym zdaniu.
„Chciałbym, żebyś teraz tu była.”
Odruchowo zamknęłam zeszyt.
Wtedy z góry dobiegł dźwięk otwieranych drzwi wejściowych.
Piotr wrócił znacznie wcześniej, niż się spodziewałyśmy.
— Dziewczynki? — zawołał.
Twarz Zosi natychmiast się rozjaśniła.
— Tato! Pokazałam ją mamie! — krzyknęła radośnie.
Kroki na górze nagle ucichły.
Po sekundzie ruszyły z pośpiechem.
Chwilę później Piotr pojawił się w drzwiach piwnicy.
Kiedy zobaczył, że są otwarte, cała krew odpłynęła mu z twarzy.
Przez kilka ciężkich sekund, które wydawały się długimi minutami, nikt nie powiedział ani słowa.
W końcu wypuścił powietrze.
— Co ty zrobiłaś? — zapytał nisko i twardo.
Złość w jego głosie wystarczyła, by Zosia się wzdrygnęła.
Bez namysłu stanęłam przed dziewczynkami.
— Nie odzywaj się do mnie w ten sposób.