— Wyobraźcie sobie, że Zosia ostatnio próbowała doradzać mi w sprawach firmy! Pyta: „Marku, sprawdziłeś reputację tego wykonawcy?”. Nauczycielka matematyki tłumaczy mi, jak zarządzać przedsiębiorstwem budowlanym!
Przy stole znów rozległ się śmiech.
Ktoś poklepał Marka po ramieniu, jakby chciał dodatkowo pochwalić jego dowcip.
Zofia siedziała nieruchomo, z dłońmi zaciśniętymi pod stołem. Wpatrywała się w talerz i nie podnosiła głowy.
Ten wieczór zdawał się nie mieć końca.
Po powrocie do domu zamknęła się w łazience i długo płakała, przyciskając ręcznik do ust, żeby Marek jej nie usłyszał.
Potem obmyła twarz zimną wodą i położyła się spać.
Rano przygotowała mu śniadanie, pocałowała go przed wyjściem i życzyła dobrego dnia.
Wciąż kurczowo trzymała się wspomnień.
Tego Marka, który był z nią na początku.
Uważnego.
Troskliwego.
Pełnego szacunku.
Wierzyła, że jeśli okaże dość cierpliwości, zrozumienia i miłości, zdoła odzyskać dawnego człowieka.
Prawda wyszła na jaw zupełnie przypadkiem.
Był zwyczajny wtorkowy wieczór. Zofia siedziała przy kuchennym stole i sprawdzała zeszyty. Marek przebywał w salonie, rozmawiając przez telefon z jednym z klientów.
Kiedy skończył rozmowę, zawołał:
— Zosiu, przynieś mi telefon! Leży w sypialni, na stoliku nocnym!
Odłożyła długopis i poszła do sypialni.
Telefon leżał dokładnie tam, gdzie powiedział Marek.
Ekran był odblokowany.
Wyświetlała się na nim rozmowa.
Imię: Karolina.
Zofia naprawdę nie zamierzała czytać cudzych wiadomości. Jej wzrok sam zatrzymał się jednak na ostatnim zdaniu:
„Tęsknię. Kiedy znowu się zobaczymy? Chcę cię.”
Poniżej widniała odpowiedź Marka:
„Jutro wieczorem. Przyjedź o ósmej.”
Zofia znieruchomiała z telefonem w dłoni.
Przez kilka sekund tylko patrzyła na ekran.
Potem przesunęła palcem wyżej.
Wiadomości były tak jednoznaczne, że nie pozostawiały żadnych wątpliwości.
Ta korespondencja trwała od pięciu miesięcy.
Może nawet dłużej.
Spotkania.
Komplementy.
Obietnice.
Całe osobne życie, które istniało równolegle do ich małżeństwa.
Ręce Zofii zaczęły drżeć.
Powoli opuściła sypialnię i wróciła do salonu.
Marek siedział przed laptopem.
Wyciągnęła w jego stronę telefon.
— Kim jest ta kobieta? — zapytała cicho.
Marek wziął aparat i spojrzał na ekran.
Na moment na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie, lecz niemal natychmiast ustąpiło miejsca złości.
— Czy ty czytasz moje wiadomości? Oszalałaś? To moja prywatność!
— Kim. Jest. Ta. Kobieta? — powtórzyła Zofia, tym razem stanowczo.
— Nikim! Zwykłą znajomą! Znowu robisz problem z niczego!
— Marku, wszystko widziałam. Nie kłam.
Marek gwałtownie wstał z kanapy i rzucił telefon na stół.
— I co teraz? Zrobisz awanturę? Zaczniesz płakać?
— Dlaczego? — Zofia poczuła, jak w jej wnętrzu podnosi się gorąca fala, tłumiona przez całe miesiące. — Dlaczego tak mnie traktujesz?
— Bo jesteś nudna! — wybuchnął Marek, po raz pierwszy nawet nie próbując się hamować. — Ty i ta twoja szkoła, zeszyty, wieczne zmęczenie! Cały czas jesteś zajęta! Z tobą nie da się normalnie spędzać czasu! Ciągle tylko twoje rady i nauczycielskie pouczanie!
— Pracuję! — Zofia również podniosła głos. — Staram się! Robię wszystko, żeby było ci dobrze! Gotuję, sprzątam, wspieram cię! A ty mnie zdradzasz i jeszcze próbujesz zrzucić na mnie winę?!
— Mam cię już dość! — Marek podszedł bliżej, a jego twarz wykrzywiła się ze złości. — Mam dość udawania, że jesteś kimś ważnym! Nauczycielka zarabiająca pięć i pół tysiąca złotych! Mieszkasz w moim mieszkaniu, odpoczywasz za moje pieniądze i nosisz ubrania, za które ja płacę!
— Nigdy o nic cię nie prosiłam! — Zofia z trudem łapała oddech. — Zawsze pracowałam, zawsze…
— Pakuj się — przerwał jej chłodno Marek. — I wynoś się z mojego mieszkania.
Zofia zastygła.
Przez dłuższą chwilę stała przed nim, jakby nie rozumiała znaczenia tych słów.
— Co?
— Dobrze słyszałaś. Zabieraj rzeczy i odejdź. Nie chcę cię już widzieć.
Marek jednak nie zamierzał poprzestać.
Słowa spadały jedno po drugim, każde boleśniejsze od poprzedniego.
— Beze mnie jesteś nikim, rozumiesz? Za swoją pensję nie wynajmiesz nawet porządnego pokoju! Będziesz gnieździć się w jakiejś norze na obrzeżach! Takich jak ty są tysiące — szarych, nudnych nauczycielek! Ja znajdę sobie nową w ciągu tygodnia!
Zofia milczała.
Czuła, jak w jej środku umiera coś ważnego.
Ale nie była to już miłość.
Umierało złudzenie.
Przekonanie, że Marek kiedykolwiek był jej oparciem.
Jej rodziną.
Najbliższym człowiekiem.
Marek spojrzał na jej twarz i roześmiał się.
— Nawet płakać nie potrafisz jak należy! Stoisz jak słup! No dalej, pakuj się! Myślisz, że zmienię zdanie? Nie doczekasz się!
Zofia odwróciła się i weszła do sypialni.
Wyjęła z szafy dużą torbę i zaczęła wkładać do niej rzeczy.
Dżinsy.
Sweter.
Bieliznę.
Dokumenty z szuflady.
Zdjęcie rodziców w ramce, które matka podarowała jej na urodziny.
Marek stał w drzwiach, oparty o framugę, i wciąż mówił:
— Zobaczysz, za tydzień sama wrócisz tu na kolanach. Będziesz błagać, żebym cię przyjął. A ja jeszcze się zastanowię, czy w ogóle jesteś mi potrzebna.