Wróciłam z delegacji dzień wcześniej i zamarłam w progu: w mojej sypialni obca kobieta układała dziecięce ubranka, a były mąż uznał, że nadal może rozdawać klucze do mojego mieszkania

— Mówił, że i tak zamierzała pani je wynajmować.

— Nawet gdybym zamierzała je wynająć, to nie dawało mu prawa przyprowadzać tu obcych ludzi.

Katarzyna oblała się rumieńcem.

— My mu zapłaciliśmy.

Anna powoli odwróciła ku niej twarz.

— Co państwo zrobili?

Paweł rzucił żonie pełne pretensji spojrzenie, lecz słowa już padły.

— Powiedział, że bierze pani zaliczkę — wyszeptała Katarzyna. — Daliśmy pieniądze za miesiąc i kaucję za klucze. Napisał odręczne pokwitowanie.

W kuchni zapadła ciężka cisza.

Anna przez parę sekund tylko na nią patrzyła. Potem wyciągnęła rękę.

— Proszę pokazać.

Katarzyna zerwała się z krzesła, wybiegła do przedpokoju i prawie od razu wróciła z torebką. Wyjęła z niej pogniecioną kartkę wyrwaną z notesu.

Anna rozłożyła papier.

Charakter pisma Marka poznała natychmiast. Nierówny, szeroki, z długimi ogonkami liter. Na kartce stało, że Marek przyjął pieniądze za czasowe zamieszkanie rodziny Pawła w lokalu pod wskazanym adresem. Na dole widniała wczorajsza data.

Anna położyła kartkę na stole.

— Czyli jeszcze wziął za to pieniądze.

Paweł przejechał dłonią po twarzy.

— No pięknie… Co za świństwo.

Katarzyna ścisnęła pasek torebki tak mocno, że zbielały jej palce.

— Nie wiedzieliśmy. Naprawdę. Mówił bardzo pewnie. Twierdził, że sama poprosiła go pani, żeby doglądał mieszkania, kiedy pani nie ma. Wprowadziliśmy się dopiero wczoraj. Nawet porządnie nie zdążyliśmy się rozpakować.

— Wczoraj?

— Tak. Sam nas przywiózł. Pomógł wnosić walizki. Pokazał, gdzie jest pościel.

Anna spojrzała w stronę sypialni.

— W mojej szafie?

Katarzyna spuściła oczy.

— Powiedział, że możemy korzystać.

Anna wyjęła telefon.

— W takim razie Marek zaraz sam to wyjaśni.

Wybrała numer byłego męża.

Pierwsze połączenie odrzucił.

Drugie również.

Za trzecim razem odezwał się rozdrażnionym głosem:

— Anka, jestem zajęty. O co chodzi?

— Przyjedź.

— Gdzie?

— Do mojego mieszkania.

Po drugiej stronie zapadła pauza.

— Przecież jesteś w delegacji.

— Już nie.

Marek milczał tak długo, że Anna odsunęła telefon od ucha i sprawdziła, czy rozmowa się nie rozłączyła.

— Anka, tylko bez histerii…

— Za czterdzieści minut masz tu być. Inaczej dzwonię na policję i twoi krewni będą tłumaczyć, kto ich tutaj wpuścił.

— Nie dzwoń na policję. Zaraz przyjadę.

Anna zakończyła rozmowę.

Paweł zapytał napiętym głosem:

— I co my mamy teraz zrobić?

— Pakować rzeczy.

Katarzyna zerwała się z miejsca.

— Ale my mamy dzieci! Nie możemy tak po prostu wylądować teraz na ulicy!

Anna przyjrzała się jej uważnie. W tej kobiecie nie było bezczelności, której Anna spodziewała się w pierwszej chwili. Było zmęczenie, strach i złość — ale nie na Annę. Katarzyna najwidoczniej rozumiała już, że wciągnięto ją w cudzą sprawę i sama nie wiedziała, jak się z niej wydostać.

— Macie samochód?

— Mamy.

— Kogoś z rodziny w mieście?

Paweł odpowiedział po krótkiej chwili:

— U mojej siostry możemy przenocować. Ma kawalerkę, będzie ciasno.

— Ciasno to nie jest powód, żeby mieszkać w cudzym lokalu bez zgody właściciela.

Skinął głową.

— Tak. Ma pani rację.

Katarzyna zasłoniła twarz rękami.

— Czułam to. Mówiłam ci, Paweł, że to jest zbyt wygodne. Dobre mieszkanie, na już, bez umowy, tylko pokwitowanie… A ty ciągle: przecież krewny, nie oszuka.

Paweł nic nie odpowiedział.

Anna przeszła do salonu.

Dzieci patrzyły na nią nieufnie. Dziewczynka przyciskała do piersi pluszowego królika, chłopiec opuścił tablet na kolana.

— Trzeba będzie pozbierać zabawki — powiedziała Anna nieco łagodniej. — Rodzice zaraz wszystko wam wytłumaczą.

Dziewczynka zapytała cicho:

— Czy pani nas wyrzuca?

Anna przykucnęła obok niej, ale nie udawała czułości, której w tej chwili w sobie nie miała.

— Dorośli źle się dogadali. Wy nie jesteście temu winni. Rodzice spakują rzeczy i pojedziecie gdzie indziej.

Dziewczynka kiwnęła głową, lecz dolna warga zaczęła jej drżeć.

Anna wstała.

Do dzieci nie miała żadnych pretensji. Ale każda kolejna minuta obecności obcych ludzi w jej mieszkaniu drażniła ją coraz bardziej.

Wróciła do kuchni.

— Pakujcie się. Marek zaraz tu będzie.

Kiedy Katarzyna składała ubrania w sypialni, Anna chodziła po mieszkaniu i sprawdzała, czego zdążono dotknąć.

W łazience na jej półce stały cudze szampony. W koszu leżały ręczniki, które Katarzyna najwyraźniej wyjęła z szafy. Na pralce suszyły się dziecięce skarpetki.

W gabinecie Anna zobaczyła Pawła przy regale.

Mężczyzna szybko odsunął się o krok.

— Tylko zabierałem karton. Włożyliśmy tam kable.

Anna skinęła głową, ale mimo to podeszła do półki. Dokumenty leżały inaczej, niż je zostawiła. Jedna koperta była otwarta.

— Kto to ruszał?

Paweł zmarszczył brwi.

— Nie ja.

Z sypialni dobiegł głos Katarzyny:

— Marek zaglądał. Powiedział, że trzeba sprawdzić, czy nie ma pani prywatnych rzeczy, które lepiej odłożyć.

Anna znieruchomiała.

Potem wzięła kopertę.

W środku były kopie starych dokumentów mieszkania, polisa i rachunki. Nic szczególnie cennego, a jednak sam fakt, że Marek grzebał w jej papierach, zmusił ją do kilku głębokich oddechów, żeby nie wybuchnąć krzykiem.