— Gdzie oni są? — zapytał cicho.
Bez słowa wskazałam korytarz prowadzący do łazienki.
Zrobił krok do środka, po czym się zatrzymał.
— Jesteś pewna?
Skinęłam głową.
W tej samej chwili z łazienki znowu dobiegł głos Marka. Teraz brzmiało w nim o wiele więcej lęku:
— Anka, przestań! To głupie!
Piotr zrozumiał wszystko bez dodatkowych wyjaśnień. Jego twarz zmieniła się w jednej chwili — najpierw pojawiło się niedowierzanie, potem krótki, gorzki grymas.
Podeszłam do drzwi i powoli przekręciłam klucz z powrotem.
Klamka szarpnęła się niemal natychmiast. Drzwi otworzyły się gwałtownie. W progu stanął Marek, owinięty ręcznikiem, z mokrymi włosami i twarzą człowieka, który nagle stracił grunt pod nogami. Za nim stała Katarzyna — blada, z rozpuszczonymi włosami, przerażona i kompletnie zagubiona.
Przez kilka sekund panowała martwa cisza.
Piotr patrzył na nich tak, jakby próbował wmówić sobie, że to nie dzieje się naprawdę.
— To… — zaczął Marek, ale słowa urwały mu się w gardle.
Katarzyna zrobiła krok do przodu.
— Piotr, ja ci wszystko wyjaśnię…
Zaśmiał się krótko. Bez cienia radości. Sucho, pusto, obco.
— Wyjaśnisz? — powtórzył. — Naprawdę jestem ciekaw, jak.
Patrzyłam na tę scenę jak z boku. Jakbym nie była żoną, tylko przypadkową osobą, która nagle znalazła się w samym środku cudzej katastrofy.
Marek odwrócił się do mnie.
— Anka, porozmawiajmy. To nie jest tak, jak myślisz.
Po raz pierwszy od chwili, gdy weszłam do domu, spojrzałam mu prosto w oczy.
— Naprawdę? — zapytałam spokojnie. — To powiedz mi, jak dokładnie mam to rozumieć.
Zamilkł.
Katarzyna znów próbowała coś powiedzieć, ale Piotr uniósł rękę, zatrzymując ją jednym gestem.
— Wystarczy — powiedział cicho. — Ani słowa więcej.
W pokoju zrobiło się tak duszno, że trudno było oddychać. Napięcie zgęstniało w powietrzu, stało się ciężkie, lepkie, niemal namacalne, jak przed burzą.
Minęłam ich i weszłam do salonu. Usiadłam w fotelu, kładąc dłonie na kolanach. I nagle zrozumiałam z absolutną pewnością: nie ma już drogi powrotnej. Nie da się odzyskać zaufania, codzienności, małych radości, które jeszcze rano wydawały się tak naturalne, że prawie ich nie zauważałam.
Z korytarza dochodziły urwane zdania, fragmenty usprawiedliwień, podniesione głosy i krótkie, twarde odpowiedzi. Nie próbowałam się wsłuchiwać.
Po jakimś czasie Marek wszedł do salonu. Był już ubrany, ale wyglądał tak, jakby nie wiedział, gdzie postawić następny krok.
— Anka… — zaczął.
Podniosłam rękę, nie pozwalając mu mówić dalej.
— Nie teraz — powiedziałam cicho. — Po prostu nie teraz.
Zastygł.
— Ja wszystko wyjaśnię — dodał prawie szeptem.
Pokręciłam głową.
— Później. Może. Ale nie teraz.
Stał przede mną bezradny, jakby pierwszy raz w życiu naprawdę nie wiedział, co zrobić. I po raz pierwszy od wszystkich naszych wspólnych lat zobaczyłam w nim nie pewnego siebie mężczyznę, nie spokojnego Marka, który zawsze potrafił znaleźć odpowiednie słowa, tylko kogoś zagubionego i przestraszonego.
Za ścianą trzasnęły drzwi wejściowe. Potem rozległy się szybkie kroki. Piotr wyszedł bez pożegnania. Katarzyna, sądząc po odgłosach, pobiegła za nim.
Dom znów zapadł w ciszę.
Zamknęłam oczy i powoli nabrałam powietrza.
Wszystko się zmieniło. Nie stopniowo, nie powoli, nie po cichu. Nagle — w jednej sekundzie, w jednym miejscu, w jednym momencie, którego nie dało się już wymazać z pamięci.
Najdziwniejsze było jednak to, że razem z bólem przyszło jeszcze jedno uczucie. Zimne, jasne, prawie spokojne przekonanie: skończyło się życie, które uważałam za swoje.
Przez kilka chwil nie otwierałam oczu, pozwalając, by cisza całkowicie wypełniła dom. Teraz już mnie nie przerażała. Przeciwnie, było w niej coś uczciwego, coś wolnego od udawania. Po raz pierwszy od dawna nie słyszałam wokół siebie fałszywych zdań i znajomych tonów, za którymi ukrywało się kłamstwo.
Marek stał obok, ale nie podchodził bliżej. Czułam jego obecność niemal całym ciałem — napiętą, ostrożną, niepewną. Kiedyś zawsze wiedział, co powiedzieć. Umiał łagodzić konflikty, obracać rozmowę tak, by wszystko wydawało się mniej straszne. Teraz milczał.
Powoli wstałam z fotela i podeszłam do okna. Za szybą był ten sam dziedziniec, te same równe chodniki, ten sam płot, za którym jeszcze wczoraj życie wydawało się proste i zrozumiałe. Wszystko wokół zostało takie samo. Zmieniłam się tylko ja.
— Od jak dawna to trwa? — zapytałam, nie odwracając się.
Nie odpowiedział od razu.
— Anka…
— Zadałam konkretne pytanie.
Pauza przeciągnęła się za bardzo.
— Kilka miesięcy — powiedział w końcu.
Te słowa już mnie nie uderzyły. Po prostu położyły się na ruinach jak ostatni element dowodu, który potwierdzał coś, co i tak było jasne.
Skinęłam głową, choć nie mógł tego zobaczyć.
— Rozumiem.
— To było… skomplikowane — zaczął, jakby szukał czegokolwiek, co mogłoby brzmieć jak wyjaśnienie. — Nie chciałem, żeby zaszło tak daleko.
Odwróciłam się do niego.
— Ale zaszło — powiedziałam równo. — I nie zrobiłeś nic, żeby się zatrzymać.
Spuścił wzrok.