W wieku siedemdziesięciu trzech lat poślubiłam swoją szkolną miłość, spełniając jego ostatnie życzenie. Lecz dzień po pogrzebie do moich drzwi zapukał jego prawnik i powiedział: „Sama weszła pani prosto w jego pułapkę”

Od tego dnia na każdym dyżurze znajdowałam pretekst, żeby do niego zajrzeć.

Okazało się, że on także nigdy się nie ożenił.

Śmialiśmy się z naszych siwych włosów, bolących kolan i tego, że kiedyś wydawało nam się, iż starość dotyczy innych ludzi. Czasem rozmawialiśmy bez końca. Innym razem siedzieliśmy obok siebie w ciszy i właśnie ta cisza była najbliższa temu, co pamiętałam z młodości.

— Nadal pijesz kawę bez cukru? — zapytał któregoś popołudnia.

— Nadal.

— Wiedziałem.

Było w nim coś niezwykłego. Widziałam wielu pacjentów w jego stanie. Jedni byli przerażeni, inni wściekli, jeszcze inni zamykali się w sobie i przestawali reagować na świat. Jan sprawiał wrażenie niemal pogodzonego z losem, jakby przez długie lata wstrzymywał oddech i dopiero teraz pozwolono mu wreszcie spokojnie wypuścić powietrze.

Pewnego ranka, bardzo ostrożnie, jak człowiek stawiający stopę na cienkim lodzie, zapytał:

— Masz tutaj jakąś rodzinę, Heleno? Ktoś cię odwiedza? Interesuje się twoimi sprawami?

— Tylko daleki kuzyn. Marek. Ostatnio dzwoni częściej.

Na ułamek sekundy zacisnęła mu się szczęka. Zaraz potem twarz znowu miał spokojną. Zmienił temat i zaczął mówić o pogodzie.

Nie zwróciłam na to większej uwagi.

W tym samym tygodniu telefony Marka zrobiły się jeszcze dziwniejsze.

— Spotykasz się z kimś, Heleno? — wypytywał. — W twoim wieku niebezpiecznie jest być zupełnie samej. Rodzina powinna się wspierać.

— Niczego mi nie brakuje, Marku.

— A testament? Pomyślałaś już o nim? Oczywiście nie daj Boże, żeby coś się stało, ale przecież rozumiesz. Ktoś odpowiedzialny powinien być wyznaczony do zajęcia się wszystkim.

— Powiedziałam, że wszystko mam pod kontrolą.

Pytał o bank, o mieszkanie, o to, czy mam jakieś oszczędności. Znowu wspomniał ciocię Zofię i z dumą opowiadał, że w ostatnich tygodniach jej życia „przejął wszystkie sprawy”. Pamiętałam, że Zofia umarła samotnie w wynajętym pokoju. Nie wiedziałam, dlaczego na samą myśl o tym robiło mi się nieswojo.

Znów machnęłam na to ręką. Właściwie całe moje życie można by opisać tym jednym gestem: machnięciem ręki na rzeczy, których nie chciałam widzieć zbyt wyraźnie.

A potem nadszedł tamten dzień.

Jan poprosił, żebym usiadła obok łóżka.

Jego dłoń odnalazła moją na kołdrze. Była chłodna i lekka, niemal bez ciężaru, jak mały ptak.

— Kochana — zaczął — strasznie mi niezręcznie cię o to prosić.

Z każdym dniem nasze rozmowy były coraz bliższe, coraz bardziej osobiste. Przestaliśmy udawać, że jesteśmy tylko dawnymi znajomymi, których przypadek połączył na kilka tygodni.

— Powiedz.

Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu.

— Kochałem cię przez całe życie. Wiem, że niedługo umrę. Ale przez wszystkie te lata marzyłem choć raz nazwać cię swoją żoną. Wyjdziesz za mnie? To moje ostatnie życzenie.

Nie mogłam zaczerpnąć powietrza. Nawet mrugnięcie wydawało się niemożliwe.

Pięćdziesiąt sześć lat pytań: co by było, gdybym została? Co by było, gdybym wtedy odwróciła się od autobusu i wróciła do niego? Odpowiedź leżała teraz przede mną — wychudzona, śmiertelnie chora, z oczami siedemnastolatka w twarzy starego mężczyzny — i zadawała mi pytanie, którego przez całe życie zabraniałam sobie nawet wyobrażać.

W głowie odezwał się głos dziwnie podobny do głosu Marka: „Nie bądź głupią starą kobietą. Nawet o tym nie myśl”.

Ale był też drugi głos. Ten sam, który uciszyłam na dworcu, mając siedemnaście lat. Szeptał: „Powiedz tak. Choć raz w życiu po prostu powiedz tak”.

Jan miał raka w czwartym stadium. Wiedziałam, że czasu zostało niewiele.

— Tak — wyszeptałam. — Janie… tak.

Jego oczy napełniły się łzami. Moje również.

— Nie pożałujesz — obiecał. — Przysięgam ci, Heleno, nigdy tego nie pożałujesz.

Nie rozumiałam wtedy, dlaczego powiedział to z takim naciskiem, jakby obiecywał mi coś znacznie większego niż kilka tygodni małżeństwa.

Wiedziałam tylko, że zgodziłam się poślubić umierającego człowieka. Dłonie drżały mi tak mocno, że musiałam je spleść na kolanach. A gdzieś po drugiej stronie miasta Marek zapewne znowu wybierał mój numer.

Ślub odbył się trzy dni później, w szpitalnej sali Jana.

Świadkiem została jedna z pielęgniarek. Obok łóżka stał też spokojny mężczyzna w szarym garniturze, który przedstawił się jako mecenas Andrzej, prawnik Jana.

Przemknęło mi przez głowę, że obecność adwokata na ślubie przy szpitalnym łóżku jest dość osobliwa. Jan jednak ścisnął moją rękę, więc odsunęłam tę myśl.

Kiedy składał przysięgę, oczy mu jaśniały. Moje też.

Po krótkiej ceremonii mecenas Andrzej wyjął z teczki plik dokumentów i położył go na ruchomym stoliku.

— To tylko kilka formalności, pani Heleno — powiedział życzliwie. — Proszę się nie spieszyć.

Nie przeczytałam wszystkiego uważnie. Podpisywałam tam, gdzie pokazywał palcem, ufając Janowi tak naturalnie, jak człowiek ufa temu, że rano wzejdzie słońce.

Tego samego wieczoru zadzwonił Marek.

— Ty zupełnie postradałaś rozum?! — krzyknął, gdy powiedziałam mu o ślubie. — Wyszłaś za umierającego człowieka, którego właściwie nie znasz?!

— Znam go dłużej niż ciebie — odpowiedziałam cicho.