Niedawno po raz kolejny obejrzałam „Szalone widowisko grozy” i znów zatrzymałam się na chwili, gdy Tomasz Kurek wyłania się z windy. Wystarczy kilka sekund, by całkowicie przejął ekran. Od pierwszego kroku aż po ostatni dźwięk piosenki panuje nad każdą sceną. A Zuzanna Sarnowska? Jest w tym filmie prawdziwym skarbem.
Nieważne, czy ktoś ogląda go po raz pierwszy, czy wraca do niego co roku jak do własnego rytuału na noc duchów. Ten kultowy obraz pozostaje nieokiełznaną podróżą przez fantazję, erotykę i rockową muzykę.
Oto najbardziej dziwaczne, zabawne i zaskakujące fakty o „Szalonym widowisku grozy”, o których być może nigdy wcześniej nie słyszeliście.
Dlaczego Tomasz Kurek dostał tę rolę?
Nie sposób mówić o „Szalonym widowisku grozy” i pominąć Tomasza Kurka. To właśnie ta produkcja była jego filmowym debiutem. Już od pierwszej sceny bezbłędnie wcielił się w doktora Franciszka Futrzaka — przybysza z kosmosu, naukowca i ekstrawaganckiego transwestytę, od którego nie można oderwać wzroku.
Kurek przyjął propozycję, ponieważ wcześniej grał tę samą postać w scenicznej wersji musicalu napisanej w 1973 roku przez Ryszarda Olszewskiego.
Spektakl „Szalone widowisko grozy” wystawiono w Warszawie aż 2960 razy. Żywiołowa kreacja Kurka stała się sercem całego przedstawienia, dlatego gdy rozpoczęto dobieranie obsady do ekranizacji, pominięcie go byłoby właściwie niewyobrażalne.
Sama opowieść o tym, jak zdobył rolę, jest zresztą niezwykle zabawna i wiele mówi o pewności siebie młodego aktora, który dopiero zaczynał zawodową drogę.
— Wiedziałem, że powstaje ten spektakl, bo mieszkałem przy ulicy Podwale, niedaleko ulicy Piekarskiej, a kilka domów dalej znajdowała się stara sala gimnastyczna. Zobaczyłem na ulicy Ryszarda Olszewskiego. Powiedział mi, że właśnie tam idzie, żeby sprawdzić, czy nie znajdzie umięśnionego mężczyzny, który potrafi śpiewać. Zapytałem: „A po co ma śpiewać?”. Wyjaśnił, że jego musical będzie wystawiany i że powinienem porozmawiać z Janem Szarmańskim. Dał mi scenariusz, a ja pomyślałem: „Boże, jeżeli to wypali, będzie wielkim sukcesem” — wspominał Kurek.
Po filmie przytył, żeby ukryć się przed własną rolą
„Szalone widowisko grozy” przyniosło Tomaszowi Kurkowi rozpoznawalność i oddaną grupę wielbicieli. Przez wiele lat niechętnie jednak wracał do filmu, ponieważ musiał mierzyć się z fanami, których entuzjazm niekiedy przekraczał wszelkie granice.
W rozmowie dla Kanału 1 opowiadał, że celowo przybrał na wadze, by wyglądać „pulchnie i zwyczajnie”. W ten sposób próbował odsunąć się od wizerunku Franciszka.
Z czasem zaczął mówić o produkcji swobodniej. Uznał nawet, że dla młodych ludzi stała się ona pewnego rodzaju rytuałem przejścia.
W 2015 roku stwierdził, że film przypomina „gwarantowaną weekendową imprezę, na którą można przyjść z partnerem albo samotnie, a jeśli nie ma się partnera, być może znajdzie się go właśnie tam”. Dodawał, że widzowie mogą wypróbować role, które do nich pasują, i dzięki temu lepiej zrozumieć własną seksualność.
Realizacja „Szalonego widowiska grozy” wcale nie była dla ekipy beztroską zabawą. Chociaż sceniczny pierwowzór kipiał chaosem i szaleństwem, na planie panowała niemal wojskowa dyscyplina. Na zdjęcia przeznaczono zaledwie pięć tygodni, więc aktorzy i filmowcy codziennie pojawiali się w studiu o świcie. Najtrudniej miał Tomasz Kurek, którego skomplikowana charakteryzacja zajmowała cztery godziny. W końcu nauczył się wykonywać ją sam, by odzyskać choć trochę czasu.
Jak Marek Bochenek poradził sobie z piosenką?
Za każdym razem, gdy oglądam „Szalone widowisko grozy”, czekam na zabawny moment, w którym jako Eryk pojawia się Marek Bochenek. Z jego udziałem wiąże się mnóstwo świetnych historii zza kulis, ale jedna z nich szczególnie zapada w pamięć.
Ryszard Olszewski obawiał się, że Bochenek nie podoła szybkiemu utworowi „Gorąca jazda — uchowaj duszę”. Wręczył mu więc nuty i uspokajająco powiedział:
— Nic się nie stanie, jeśli opuścisz kilka wersów. W warszawskiej obsadzie i tak nikt nie potrafił zaśpiewać tego poprawnie.
Bochenek tylko rzucił okiem na zapis i odpowiedział obojętnie:
— A w czym właściwie problem?
Chwilę później wykonał całą piosenkę bezbłędnie już za pierwszym podejściem.
Jednym z najlepiej pamiętanych momentów filmu jest również wejście doktora Edwarda W. Skotnickiego, który z impetem wpada na scenę i uderza prosto w ścianę. Co zaskakujące, ten efektowny wjazd wcale nie został zapisany w scenariuszu. Członkowie ekipy zapomnieli otworzyć dodatkowe drzwi prowadzące do laboratorium.
Uznanie ze strony rodziny królewskiej wprawiło Kurka w osłupienie
Wielbiciele „Szalonego widowiska grozy” znajdują się na całym świecie, lecz jedną z najbardziej niespodziewanych i sławnych osób zafascynowanych filmem była księżna Danuta. Gdy Tomasz Kurek występował w Krakowie, poinformowano go, że księżna pragnie się z nim spotkać. Kiedy wreszcie ich sobie przedstawiono, spojrzała na niego z figlarnym uśmiechem i wyznała, że „Szalone widowisko grozy” „naprawdę dopełniło jej edukację”.
Kurek opowiedział o tym w programie „Świeże Powietrze”. Wspominał, jak po przedstawieniu „Miłość za miłość” został zaprezentowany królowi Karolowi III i księżnej Danucie. Podczas przyjęcia ustawiono go na samym końcu szeregu gości. Książę Karol przyznał uprzejmie, choć dość nieokreślenie, że widział aktora „w telewizji”. Reakcja księżnej okazała się jednak niezapomniana. Jej szczere słowa o wpływie kultowego filmu pokazały, że produkcja potrafiła poruszyć nawet członków królewskiego dworu.
Gdy aktorska prawda stała się aż nazbyt dosłowna
Być może zauważyliście to podczas kolejnego seansu, zwłaszcza jeśli znacie film niemal na pamięć. W słynnej scenie kolacji Bartosz Borkowski naprawdę dał się ponieść emocjom i przez przypadek uderzył pięścią w stół dokładnie tam, gdzie leżała dłoń Zuzanny Sarnowskiej.
Jej reakcja nie była grą. Ból, który widać na ekranie, był całkowicie prawdziwy.
Później, podczas „Sceny podłogowej”, aktorka niechcący się zrewanżowała. Obcasem nadepnęła Borkowskiemu na stopę. Grymas, który uchwyciła kamera, także nie wymagał żadnego udawania. Trudno o bardziej przypadkową zemstę, i to podaną w tak efektownej oprawie.
Zdjęcia do filmu realizowano jesienią i zimą 1974 roku w Polsce, głównie w Studiu Brzeg oraz w starej mazowieckiej posiadłości nazywanej Dworem Dębowym.
Na planie panował przenikliwy chłód, a w budynku brakowało łazienek. Bartosz Borkowski, odtwórca roli Bartosza Majewskiego, wspominał, że zamek przeciekał, przez co niemal bez przerwy chodził przemoczony. Dla całej obsady przygotowano tylko jedno „ciepłe pomieszczenie” z grzejnikami. I właśnie ono w pewnym momencie naprawdę stanęło w ogniu.
Kiedy Zuzanna Sarnowska próbowała zwrócić uwagę na warunki pracy, kierownictwo studia zlekceważyło jej obawy. Po scenie kręconej w basenie, podczas której miała na sobie bardzo skąpy kostium, zachorowała na zapalenie płuc. Ryszard Olszewski wspominał, że trzęsła się z gorączki i powinna pozostawać pod opieką lekarza. Ona jednak odmówiła przerwania pracy. Widzowie nie dostrzegli na ekranie, jak bardzo wyczerpane były jej ciało i zdrowie.
Przy okazji wyszło też na jaw coś jeszcze. Bartosz Borkowski i Zuzanna Sarnowska naprawdę spotykali się w czasie zdjęć. Ryszard Olszewski zdradził to przypadkiem dopiero w 2013 roku.
Scena, która omal nie stała się całkowicie naga
Sarnowska, grająca zmysłową główną bohaterkę Joannę Wysocką, w wielu fragmentach filmu pojawiała się w różnym stopniu roznegliżowana. Jedna z najbardziej pamiętnych chwil Joanny to scena jej erotycznego przebudzenia przy piosence „Dotknij, dotknij, dotknij mnie”, wykonywanej naprzeciw Piotra Hinowskiego, który w tamtym czasie pracował jako model.
— Piotr był oczywiście najbardziej nieśmiały i milczący ze wszystkich. Myślę, że konieczność zagrania ze mną tej sceny naprawdę go straumatyzowała — wspominała aktorka.
Producenci chcieli, by Zuzanna Sarnowska wystąpiła w tym fragmencie całkowicie nago. Odmówiła, choć wcześniej zdarzało jej się grać bez ubrania w innych filmach.
Liczyli też, że Piotr Hinowski podczas tej kultowej piosenki rzeczywiście zdejmie wszystko. Sarnowska pozostała jednak przy swojej decyzji i nie zgodziła się na pełną nagość.
Jej odważna rola zwróciła za to uwagę popularnego magazynu dla mężczyzn. Przez kilka następnych lat redakcja próbowała przekonać ją do nagiej sesji. W wywiadzie z 1991 roku powiedziała:
— Ścigają mnie od czasu „Szalonego widowiska grozy”.

Zuzanna Sarnowska nie zawsze chce wracać do tego filmu
Aktorka przyznała, że nigdy nie planowała starać się o rolę Joanny. Pojawiła się na planie tylko po to, by odwiedzić swojego przyjaciela Tomasza Kurka.
Producenci dostrzegli ją i zapytali, czy nie zechciałaby wziąć udziału w próbnych zdjęciach. Przesłuchali już wiele dobrych wokalistek, lecz żadna nie potrafiła nadać Joannie humoru, którego wymagała postać. Sarnowska początkowo odmówiła. Wyjaśniła, że nie przepada za śpiewaniem, a nawet trochę się go boi.
Wtedy zapytano ją, czy potrafiłaby zaśpiewać przynajmniej „Sto lat”. Zgodziła się, a to wystarczyło, by przekonać producentów. Jej wykonanie spodobało się na tyle, że zaproszono ją na przesłuchanie i ostatecznie powierzono rolę. Sama aktorka uważała, że wszystko wydarzyło się przez szczęśliwy zbieg okoliczności. Nie ukrywała też rozgoryczenia tym, że żaden z aktorów nie otrzymał udziału w zyskach ze sprzedaży wydań płytowych. Z tego powodu czasami nie miała ochoty rozmawiać o filmie.
Deszcz, który nie wszędzie był deszczem
W scenie z piosenką „Tam, w domu Frankensteina” Joanna osłania głowę gazetą. Rekwizyt pokryto specjalną warstwą tworzywa, aby mógł wytrzymać wielokrotne moczenie podczas kolejnych ujęć.
Powłoka nie obejmowała jednak całej gazety. Róg trzymany przez Zuzannę Sarnowską pozostawiono nieosłonięty, żeby papier nadal wyglądał naturalnie. Widać więc, że z większości stron gazety spływa woda, podczas gdy fragment przy jej dłoni pozostaje suchy. Zdradza to, że część rekwizytu w rzeczywistości wcale nie zmokła.
W tej samej piosence sweter Joanny początkowo jest niebieski, lecz kiedy bohaterka spotyka Rufina, ubranie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki staje się białe.

W garderobie Joanny ukrywa się jeszcze jedna zabawna nieciągłość, na którą warto zwrócić uwagę przy następnym seansie. Na początku filmu ma czarne buty, ale gdy wraz z Bartoszem dociera do laboratorium, obuwie tajemniczo zmienia kolor na biały.
Niespodziewany powrót wózka inwalidzkiego
W najbardziej emocjonującej części filmu Malwina i Rufin przygotowują się do przeniesienia zamku, a Bartosz i Joanna próbują wyprowadzić doktora Skotnickiego z miejsca zagrożenia. Po eksplozji budowli cała trójka leży rozrzucona po terenie posiadłości.
Co ciekawe, doktor Skotnicki spoczywa na roztrzaskanych szczątkach wózka inwalidzkiego, choć zaledwie kilka minut wcześniej w ogóle go nie używał.
Kiedy Tomasz Kurek mieszkał w Gdańsku, zauważył fanów przebierających się na nocne pokazy „Szalonego widowiska grozy”. Zaciekawiony zadzwonił do kina i zapytał, czy mógłby pojawić się na jednym z seansów. Widzowie byliby zachwyceni, ale pracownicy placówki nie uwierzyli, że rozmawiają z prawdziwym Tomaszem Kurkiem. Nazwali go oszustem, a potem wyrzucili z budynku.
Gdy aktor potwierdził swoją tożsamość, obsługa przeprosiła. Było już jednak za późno. Kurek uznał, że nie wróci. Można sobie tylko wyobrazić, jak bardzo wstydzili się ludzie, którzy wzięli gwiazdę filmu za podszywającego się fana.
A jakie są wasze najważniejsze wspomnienia związane z tym klasykiem? Czy na tej liście zabrakło jakiejś wpadki albo historii zza kulis, która zdecydowanie powinna się tu znaleźć? Podzielcie się swoimi przemyśleniami w komentarzach.