Stary zegar ścienny tykał w przedpokoju tak głośno, jakby odmierzał ostatnie chwile cierpliwości Haliny, zanim prawda o „sparaliżowanym” mężu zniszczyła wszystko, w co wierzyła przez trzydzieści pięć lat

Sam pomysł wydawał jej się absurdalny.

Z tygodnia na tydzień Halina słabła. Coraz częściej dokuczał jej kręgosłup, skakało ciśnienie, nocami czuła ciężki ucisk w klatce piersiowej. A jednak nadal opiekowała się Markiem z taką samą gorliwością, jakby próbowała sama sobie udowodnić, że jej poświęcenie ma sens.

Wtedy pojawiły się pierwsze niepokojące dolegliwości.

Najpierw delikatne pieczenie.

Kilka dni później swędzenie.

Potem także ból.

Przez długi czas Halina nikomu o tym nie mówiła. Wstydziła się nawet przed samą sobą. W wieku sześćdziesięciu lat takie problemy wydawały jej się wyjątkowo krępujące, niemal upokarzające.

Próbowała znaleźć rozsądne wytłumaczenie.

Może alergia?

Może jakaś infekcja złapana kiedyś na basenie?

Może zwyczajne zapalenie związane z wiekiem?

Stan jednak stopniowo się pogarszał.

Przez kilka kolejnych nocy niemal nie spała. Leżała w ciemności i próbowała uciszyć coraz bardziej niepokojące myśli. W końcu zebrała się na odwagę i umówiła wizytę w przychodni na najwcześniejszą możliwą godzinę. Celowo chciała przyjść wtedy, gdy szansa spotkania kogoś znajomego była najmniejsza.

Poranek był typowo jesienny — zimny, mokry i szary.

Liście przyklejały się do podeszew, drobna mżawka wisiała w powietrzu, a Halina przez całą drogę czuła wewnętrzne drżenie. Nie był to zwykły stres. Bardziej pierwotny, trudny do opanowania lęk.

W poczekalni poradni ginekologicznej siedziało kilka młodych kobiet z zaokrąglonymi brzuchami. Obok nich kobiety w kolorowych płaszczach przeglądały telefony. Ktoś się śmiał, ktoś z ożywieniem prowadził rozmowę.

Życie toczyło się wokół niej zwyczajnie.

Halina natomiast czuła się, jakby znalazła się w miejscu, do którego nie należała.

Siedziała ze spuszczoną głową, mocno ściskając uchwyty swojej starej torebki.

Kiedy pielęgniarka wreszcie wywołała jej nazwisko, nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

W gabinecie unosił się zapach mocnej kawy zmieszany z wonią środka dezynfekcyjnego.

Lekarz był mężczyzną około pięćdziesiątki. Sprawiał wrażenie zmęczonego. Na początku prawie na nią nie patrzył. Zadawał rzeczowe, krótkie pytania i szybko notował odpowiedzi w dokumentacji.

Badanie nie trwało długo.

Potem pobrano materiał do analizy.

Pozostało czekać.

Dwadzieścia minut ciągnęło się Halinie jak kilka godzin.

Usiadła przy oknie i obserwowała pojedyncze krople deszczu spływające po szybie. Myśli rozpadały się na urywki i mieszały ze sobą.

„Oby tylko to nie było nic poważnego…”

Kiedy ponownie poproszono ją do gabinetu, lekarz nie wyglądał już tak obojętnie.

Czytał wyniki, marszczył czoło i lekko uderzał długopisem o blat.

— Proszę usiąść.

Halina przysiadła na samym brzegu krzesła.

Serce waliło tak mocno, że niemal wierzyła, iż słychać je na korytarzu.

— W badaniach wykryliśmy infekcję — powiedział spokojnie lekarz.

— Jaką? — zapytała ledwie słyszalnym głosem.

Przesunął w jej stronę kartkę.

Łacińskie określenia rozmazały się przed oczami Haliny.

— To zakażenie przenoszone drogą płciową.

Przez moment nie wydarzyło się nic.

Jakby cały świat stanął.

Halina patrzyła na lekarza, lecz początkowo nie rozumiała, co właściwie usłyszała.

— Nie… — wyszeptała w końcu. — To musi być pomyłka.

Lekarz westchnął.

— Wyniki są wiarygodne.

— Ale to niemożliwe.

— Niestety, możliwe.

Mówił spokojnie i bez dramatyzmu, jak gdyby tłumaczył pacjentce wynik rutynowego badania.

Halina poczuła, że twarz zaczyna ją palić ze wstydu.

— Panie doktorze… jestem mężatką od trzydziestu pięciu lat.

— Rozumiem.

— Nigdy nie byłam z żadnym innym mężczyzną.

Lekarz spojrzał na nią uważniej znad okularów.

— W takim razie pani mąż również powinien zostać przebadany i podjąć leczenie.

Z ust Haliny wyrwał się nerwowy, niemal bezgłośny śmiech.

— Chyba pan nie rozumie. Mój mąż jest sparaliżowany.

Lekarz lekko uniósł brwi.

— Rozumiem.

— Od pół roku nie wstaje z łóżka. Jestem przy nim praktycznie przez całą dobę.

Zapadła cisza.

Tym razem lekarz odłożył długopis.

— Proszę mnie teraz bardzo uważnie posłuchać — powiedział innym tonem. — Tego rodzaju infekcji nie przenosi się w zwykłych sytuacjach domowych.

Halina momentalnie zbladła.

— Ale przecież…

— Nie można się nią zarazić przez wspólny talerz. Ani przez ręcznik. Ani przez deskę sedesową.

Każde kolejne zdanie było jak cios.

— Czyli… — głos zaczął jej drżeć. — Czyli to on mnie zaraził?

Lekarz nie odpowiedział.

Nie musiał.

Jego milczenie powiedziało znacznie więcej niż jakiekolwiek słowa.

Halina wyszła z przychodni jak ogłuszona.

Deszcz padał teraz mocniej.

Ludzie mijali ją szybkim krokiem, chowając się pod parasolami. Samochody rozbryzgiwały wodę przy krawężnikach. Miasto działało dokładnie tak samo jak godzinę wcześniej.

Tylko jej świat właśnie rozpadał się na kawałki.

Szła powoli przed siebie i niemal nie patrzyła pod nogi.

W pamięci zaczęły pojawiać się drobiazgi, które wcześniej wydawały jej się nieważne.

Obcy zapach perfum w sypialni.

Uporczywe żądania, żeby wychodziła podczas masażu.

Zakłopotany uśmiech Natalii.

Zamknięte drzwi.

Cichy szept dochodzący z pokoju.

Śmiech.