Odwróciła się powoli, choć jeszcze zanim to zrobiła, wiedziała, kogo zobaczy.
Kilka kroków dalej stał Marek. Najpierw zauważyła, jak bardzo się postarzał. We włosach miał sporo siwizny, pod oczami głębokie cienie, a twarz wyraźnie schudła. Z pewnego siebie mężczyzny, który trzy lata wcześniej ogłaszał jej rozwód, zostało niewiele.
— Dzień dobry — powiedziała spokojnie, znosząc jego osłupiałe spojrzenie. — Rzeczywiście dawno się nie widzieliśmy.
— Ja… prawie cię nie poznałem — wyjąkał. — Wyglądasz zupełnie inaczej.
— Czas zmienia każdego — wzruszyła ramionami, ledwie powstrzymując uśmiech.
Doskonale wiedziała, jakie robi wrażenie: szczupła, zadbana, z żywym blaskiem w oczach i naturalnym rumieńcem na policzkach.
— Nie, ty wyglądasz młodziej — Marek pokręcił głową z niedowierzaniem. — Jakby czas zaczął płynąć dla ciebie wstecz. A migreny? Nadal cię męczą?
— Już nie — odpowiedziała lekko. — Zniknęły całkowicie. Nawet lekarze nie wiedzą dlaczego.
— Ale jak? Znalazłaś jakieś nowe leczenie?

— Można tak powiedzieć. Zaczęłam żyć własnym życiem. W tej samej starej budzie, z której wtedy tak się śmiałeś.
Marek nerwowo poprawił mankiet marynarki. Dopiero wtedy zauważyła, jak bardzo drżą mu palce.
— A u ciebie? — zapytała wyłącznie z grzeczności.
— Kiepsko — uśmiechnął się bez radości. — Ostatni rok wygląda tak, jakby ktoś mnie przeklął. Najpierw nadciśnienie, potem kłopoty z sercem. Teraz doszła jeszcze neuralgia.
— A Karolina? Jak się miewa twoja młoda żona?
Marek natychmiast spuścił wzrok.
— Odeszła. Powiedziała, że nie zamierza robić za pielęgniarkę.
Na ustach Elżbiety pojawił się uśmiech. Nie było w nim złośliwości. Raczej spokojne zrozumienie ironii losu.

— Wiesz — powiedziała, podnosząc torbę z tkaninami — życie ma niezwykły sposób przywracania równowagi. Być może chorowałam dlatego, że to ty byłeś moim największym bólem głowy. Kiedy odszedłeś, choroba zniknęła razem z tobą. A teraz, najwyraźniej, przeniosła się na ciebie. Razem z Karoliną.
— Ela… — Marek zrobił krok w jej stronę. — Muszę przyznać, że wtedy się myliłem. Może moglibyśmy…
— Nie — przerwała mu łagodnie. — Żadnych „może”. Ja mam swoją drogę, ty swoją. I wiesz co? Jestem ci naprawdę wdzięczna. Gdybyś wtedy nie zażądał rozwodu, być może nigdy nie odnalazłabym siebie. Dziękuję ci za to.
— Naprawdę jesteś szczęśliwa? — w jego głosie mieszały się gorycz i niedowierzanie.
— Bardziej niż kiedykolwiek — odpowiedziała pewnie, poprawiając torebkę na ramieniu. — Mam własną firmę, ukochany dom i ani jednego napadu migreny. A przede wszystkim nie mam już codziennego bólu głowy w postaci męża, który mnie nie kochał.
Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia. Jej obcasy wybijały na marmurowej posadzce równy, zdecydowany rytm, jakby wyznaczały tempo zupełnie nowego, szczęśliwego życia.
Pół roku później wspólni znajomi powiedzieli Elżbiecie, że Marek trafił do szpitala po zawale. Karolina nawet go nie odwiedziła. Elżbiety jednak ta wiadomość już nie poruszyła. Była zbyt zajęta przygotowaniami do pierwszego pokazu własnej kolekcji ubrań.