— Był u mnie — powiedział.
Zdjęłam płaszcz.
— I?
— Powiedział, że go wyrzuciłaś.
— Nie zatrzymywałam go.
Paweł westchnął.
— Jest wściekły. Ale… chyba zaczyna coś rozumieć.
Spojrzałam na niego.
— A ty?
Podszedł bliżej.
— Ja też.
Staliśmy naprzeciw siebie i nie było już między nami tamtego dawnego napięcia.
— Myliłem się — powiedział. — Pozwalałem, żeby to trwało.
Skinęłam głową.
— Tak.
Nie zaczął się usprawiedliwiać. I to okazało się ważniejsze niż jakiekolwiek piękne słowa.
— Nie chcę już tak — dodał.
Poczułam, jak coś we mnie delikatnie się przesuwa.
— Więc na to nie pozwalaj.
Uśmiechnął się — pierwszy raz od dłuższego czasu spokojnie, bez wymuszonej miny.
Minęło kilka tygodni.
Życie nie stało się idealne. Stało się po prostu uczciwsze.
Paweł nie zapraszał już Dariusza do naszego domu. Czasem spotykali się gdzieś osobno, ale mnie to już nie dotyczyło. W domu zrobiło się ciszej — nie na zewnątrz, lecz w środku. Zniknęło oczekiwanie, że w każdej chwili znowu padnie kolejny „żart”, po którym wszyscy niezręcznie zamilkną.
Pewnego wieczoru jedliśmy kolację we dwoje na tym samym tarasie. Lato jeszcze trwało, ale w powietrzu czuło się już pierwszy chłód.
— Pamiętasz tamten dzień? — zapytał Paweł.
— Który?
— Ten, kiedy wszystko się zmieniło.
Zamyśliłam się.
— To nie był jeden dzień — powiedziałam. — To było siedem lat, które skończyły się jednego wieczoru.
Skinął głową.
— Cieszę się, że wtedy nie zamilkłaś.
Popatrzyłam na niego.
— Ja też.
Siedzieliśmy w ciszy, ale ta cisza była już zupełnie inna. Nie miała w sobie ciężaru. Był w niej spokój.
Po pewnym czasie Kasia znów zajrzała do cukierni. Już nie tak niepewnie jak poprzednio.
— Mogę kawę? — zapytała.
— Oczywiście.

Rozgadałyśmy się. Wyglądała trochę inaczej — nie na szczęśliwą, ale spokojniejszą.
— On mniej… — nie dokończyła.
— Mówi? — podpowiedziałam.
Skinęła głową.
— Nie wiem, czy na długo.
Wzruszyłam ramionami.
— To już jego wybór.
Kasia spojrzała na mnie.

— A ty nie żałujesz?
Uśmiechnęłam się.
— Nie.
I to była prawda.
Tamtego wieczoru, zamykając cukiernię, znów nabrałam w płuca chłodnego powietrza. Miasto żyło swoim zwyczajnym rytmem: ludzie gdzieś się spieszyli, samochody przejeżdżały obok, w oknach zapalały się światła. Wszystko wokół wyglądało tak samo jak zawsze.
Zmieniło się tylko jedno — już nikomu nie pozwalałam decydować, jak wolno mnie traktować.
I jak się okazało, to wystarczyło, żeby cała reszta powoli zaczęła wracać na swoje miejsce.