Mam na imię Katarzyna, mam czterdzieści sześć lat i jeszcze niedawno byłam przekonana, że mężczyźni po pięćdziesiątce stają się spokojniejsi, rozsądniejsi i przynajmniej odrobinę bardziej trzeźwo patrzą na własne zalety. Sądziłam, że wiek uczy dystansu, a życiowe doświadczenie pomaga oddzielić fakty od wyobrażeń na swój temat. Jak się okazało, nie zawsze. Niektórzy z upływem lat wcale nie dojrzewają. Po prostu mają więcej czasu, żeby opowiadać innym, jacy są wyjątkowi.
Marka poznałam na portalu randkowym. Miał pięćdziesiąt dwa lata. Na zdjęciach wyglądał na człowieka poważnego, poukładanego i mocno stąpającego po ziemi. Na jednej fotografii stał obok samochodu. Na drugiej pozował przy grillu. Na trzeciej opierał się o terenówkę, która — jak później wyszło — nawet nie należała do niego, tylko do sąsiada. Krótko mówiąc, klasyczny zestaw człowieka, który bardzo chce sprawiać wrażenie bardziej zamożnego i spełnionego, niż pozwala na to rzeczywistość.
Pisaliśmy ze sobą niezbyt długo, może dziesięć dni. Już po kilku rozmowach zauważyłam jednak pewną cechę Marka. Bardzo lubił mówić o sobie. Właściwie „lubił” to za mało powiedziane. On z prawdziwym zapałem potrafił sprowadzić niemal każdy temat z powrotem do własnej osoby.
Gdyby organizowano mistrzostwa świata w opowiadaniu o własnej wspaniałości, Marek nie tylko zdobyłby złoty medal. Podejrzewam, że sam wręczyłby sobie puchar, wygłosił przemowę na swoją cześć i jeszcze poprosił o bis.
Na początku nie robiłam z tego problemu. Pomyślałam, że po prostu lubi siebie bardziej niż przeciętny człowiek. Bywa. Dopóki zdrowa pewność siebie nie zamienia się w niekończącą się autopromocję, można z tym żyć.
Bardzo szybko przekonałam się, jak bardzo się myliłam.
Na pierwsze spotkanie umówiliśmy się w niewielkiej piekarni połączonej z kawiarnią niedaleko centrum. Lubiłam takie miejsca: przytulne wnętrze, dobra kawa, porządne ciastka i ludzie, którzy przychodzą tam porozmawiać, a nie udowadniać swoją wartość wysokością rachunku.
Przyjechałam punktualnie. Jestem dorosłą osobą i jeśli umawiam się na osiemnastą, to o osiemnastej siedzę przy stoliku.
Marek pojawił się o osiemnastej dwadzieścia cztery. Zapamiętałam dokładnie, bo po kilkunastu minutach czekania zaczęłam zerkać na zegarek coraz częściej. W tym czasie zdążyłam zamówić kawę, zjeść kawałek sernika i kilka razy dojść do wniosku, że albo zabłądził, albo po prostu zrezygnował ze spotkania.
Nie zrezygnował. Po prostu się spóźnił. I nie wyglądał na człowieka, który uważa, że powinien z tego powodu cokolwiek wyjaśniać.
Podszedł do stolika i rzucił spokojnie:
— Cześć.
Spojrzałam na zegarek. Potem na niego. Potem znowu na zegarek.
Zauważył.
— Korki.
Oczywiście. Korki. W mieście, w którym z jego osiedla do tej kawiarni jedzie się mniej więcej siedem minut. Nie miałam jednak ochoty zaczynać spotkania od awantury. Marek podszedł więc do lady i zamówił sobie kawę. Osobno. Szybko, pewnie i bez choćby chwili zawahania.
Zrobił to z taką sprawnością, jakby wcześniej przećwiczył cały manewr przed lustrem.
Wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że to spóźnienie mogło wcale nie być przypadkowe.
Gdyby przyszedł o czasie, zamawialibyśmy razem. Być może stanęlibyśmy razem przy kasie i pojawiłaby się niezręczna chwila, w której trzeba byłoby ustalić, kto za co płaci. A tak ja zdążyłam już kupić wszystko dla siebie. Wygodnie. Praktycznie. Oszczędnie. Plan godny człowieka, który mógłby doradzać przy konstruowaniu budżetu państwa.
Prawdziwy spektakl zaczął się jednak dopiero później. Marek uznał, że najwyższa pora przedstawić mi listę własnych osiągnięć. Szykowałam się na opowieści o pracy, ciekawych projektach, podróżach albo czymś, co rzeczywiście wymagało wysiłku.
Byłam zdecydowanie zbyt optymistyczna.
Pierwszym punktem jego prezentacji było mieszkanie.
— Mam własne mieszkanie.
— To dobrze.
— Naprawdę własne.
— Rozumiem.
— Dostałem po babci.
Na moment zabrakło mi odpowiedzi. Zwykle ludzie są najbardziej dumni z tego, na co sami zapracowali, ale uznałam, że nie będę czepiać się szczegółów. Mieszkanie to mieszkanie. Niech będzie.
Potem przyszła kolej na samochód.
— Mam bardzo solidne auto.
— To akurat ważne.
— Jeździ już piętnaście lat i nic go nie rusza.
O mało nie zapytałam, czy nie trzeba mu wkrótce zorganizować jubileuszu albo zacząć odkładać na godną emeryturę, ale ugryzłam się w język.
Następnie Marek przeszedł do zarobków. Tu wyprostował plecy, uniósł brodę i wyraźnie nabrał jeszcze większej pewności siebie.
— Zarabiam naprawdę dobrze.
Przygotowałam się w myślach na kwotę, która miała zrobić wrażenie.
— Pięć tysięcy osiemset złotych.
Powiedział to tonem człowieka, który właśnie sfinalizował zakup prywatnej wyspy. Pokiwałam głową bardzo delikatnie. Tak ostrożnie, jakbym niosła pełną szklankę po śliskiej podłodze i za wszelką cenę nie chciała wylać ani kropli jego samooceny.
Po mieszkaniu odziedziczonym po babci i piętnastoletnim samochodzie sądziłam, że katalog niezwykłych sukcesów powoli dobiega końca. Nic podobnego. Marek dopiero się rozkręcał.
W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat kobiet. I wtedy okazało się, że siedzi przede mną człowiek niemal legendarny.
Kobiety podobno go uwielbiały. Pragnęły. Traciły dla niego głowę. Niemal rywalizowały o możliwość znalezienia się blisko niego. Słuchałam i coraz bardziej zastanawiałam się, czy przypadkiem nie opowiada mi o jakimś innym Marku, którego tylko przez pomyłkę nie zaproszono na nasze spotkanie.
Bo mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie spóźnił się prawie pół godziny, zamówił najtańszą kawę z menu i od początku wieczoru nie wykazał szczególnego zainteresowania niczym poza sobą.
Mówił natomiast z pewnością siebie człowieka, którego nazwisko powinno znajdować się na pierwszych stronach gazet.
Wreszcie dotarliśmy do najważniejszej części jego autoprezentacji: talentów w sypialni. Wtedy zrozumiałam, że los postanowił zafundować mi naprawdę niezapomniany wieczór. Dawno nie słyszałam czegoś równie zabawnego, zwłaszcza wygłaszanego z tak śmiertelną powagą.
Marek zachwalał siebie tak, jakby właśnie układał tekst do ekskluzywnego katalogu premium.
— Kobiety są ze mnie zachwycone.
— Mhm.
— Żadna nigdy się nie skarżyła.
— To imponujące.
— Ze mną zawsze jest dobrze.
— Cudownie.
— Na pewno nie pożałujesz.
Po tych słowach zrobił pauzę. Długą, znaczącą, niemal teatralną. Potem spojrzał na mnie z miną człowieka, który jest absolutnie pewien finału.
— Możemy pojechać do mnie.
Popatrzyłam na niego. Potem na filiżankę. Później znowu na niego.
I właśnie wtedy poczułam, że nie mam już najmniejszej ochoty odgrywać roli zachwyconej publiczności.
Skoro ktoś dobrowolnie przedstawia siebie jako produkt z najwyższej półki, potencjalny klient ma przecież prawo zapytać o parametry.
Uśmiechnęłam się więc spokojnie.
— Dobrze. A jaką dajesz gwarancję?
Marek znieruchomiał.
— Jak to gwarancję?
— Normalnie. Jaką gwarancję dajesz?
— Ale na co?
— Na to, że naprawdę będzie mi się podobało.
Mrugnął. Raz. Potem drugi. Po chwili trzeci.
A ja poczułam nagły przypływ natchnienia.
— Sam przed chwilą mówiłeś, że jesteś w tej dziedzinie wyjątkowo dobry. Jeśli tak, powinny istnieć jakieś konkretne wskaźniki skuteczności.
Na twarzy Marka pojawił się lekki rumieniec. Z każdą sekundą robił się wyraźniejszy.
Nie zamierzałam jeszcze kończyć.
— Ile czasu potrafisz wytrzymać bez przerwy?
Zakaszlał tak nagle, jakby łyk kawy poszedł nie tam, gdzie trzeba.
— Trzydzieści minut? — zapytałam.
Cisza.
— Godzinę?
Cisza zrobiła się niemal namacalna.
— Czy może rozmawiamy wyłącznie o wersji reklamowej, a specyfikacja techniczna jest niedostępna?
W tym momencie Marek wyglądał tak, jakby najchętniej rozpłynął się w powietrzu i pojawił dopiero we własnym salonie, z dala ode mnie i od wszystkich pytań.
Ja dopiero się rozgrzewałam.
— A opinie klientów są?
— Jakich klientów?
— Zadowolonych kobiet. Skoro było ich tak wiele, chyba któraś zostawiła recenzję?
Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Ty sobie ze mnie żartujesz?
— Skąd. Po prostu dopytuję.
— O co jeszcze chcesz dopytać?
— O ważne szczegóły. Przecież sam zacząłeś prezentację.
Widziałam, jak przechodzi od zakłopotania do irytacji, potem z powrotem do niepewności. Było w tym coś fascynującego.
Jeszcze kilka minut wcześniej bez najmniejszego skrępowania opowiadał, jak fantastycznym jest mężczyzną.
Wystarczyło zadać dwa konkretne pytania i cały system się zawiesił. Zupełnie jak stary komputer.
Postanowiłam nawet ułatwić mu zadanie.
— Może masz listę najważniejszych zalet?
— Jesteś nienormalna.
— Dlaczego?
— Jakich znowu zalet?
— Na razie usłyszałam o mieszkaniu po babci i samochodzie, który pamięta lepsze czasy.

Po tym zdaniu zeszło z niego całe powietrze. Dosłownie. Jeszcze niedawno siedział przede mną człowiek pewny siebie, ważny, niemal monumentalny we własnych oczach.
Wystarczyło jednak poprosić o szczegóły i okazało się, że za efektowną fasadą stoi zupełnie zwyczajny mężczyzna z ogromnym przekonaniem o własnej wyjątkowości i bardzo niewielką gotowością do podparcia tych przekonań czymkolwiek konkretnym.
Do domu wróciłam sama.
Kilka dni później dostałam od niego wiadomość. Marek napisał, że współczesne kobiety są zdecydowanie zbyt wymagające.
Śmiałam się długo.
Człowiek, który przez sporą część spotkania opowiadał mi o swojej nadzwyczajności, poczuł się dotknięty tylko dlatego, że poprosiłam, żeby w jakikolwiek sposób tę nadzwyczajność sprecyzował.
Wtedy dotarła do mnie bardzo prosta myśl: im głośniej ktoś reklamuje samego siebie, tym uważniej warto czytać instrukcję obsługi.
Bo zdarza się, że za błyszczącym opakowaniem i pewnym siebie hasłem kryje się produkt, który boi się nawet podstawowych pytań.

A jeśli mężczyzna czerwieni się już po usłyszeniu prośby: „wymień swoje najważniejsze zalety”, być może jego największym atutem jest to, że potrafi odpowiednio szybko zakończyć randkę i zostawić kobiecie resztę wieczoru na coś naprawdę przyjemnego i interesującego.
Analiza psychologa
Taki sposób zachowania nierzadko pojawia się u osób, których samoocena jest bardzo wysoka na poziomie deklaracji, lecz jednocześnie pozostaje niezwykle krucha i niestabilna. Człowiek bez przerwy mówi o własnych zaletach, ponieważ potrzebuje regularnego potwierdzania, że rzeczywiście jest wartościowy, atrakcyjny i wyjątkowy. Dopóki otoczenie słucha bez sprzeciwu, podziwia i nie zadaje niewygodnych pytań, cały mechanizm działa znakomicie.
Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś prosi o konkrety. Pytanie o przykład, dowód albo rzeczywiste zachowanie może zostać odebrane nie jako zwykła ciekawość, ale jako zagrożenie dla pieczołowicie budowanego obrazu samego siebie. Właśnie dlatego reakcja Marka była tak silna: nie chodziło o same pytania, lecz o konieczność zejścia z poziomu efektownych deklaracji do poziomu sprawdzalnych szczegółów.
Znamienne było również to, że próbował przekonać Katarzynę do swojej wartości niemal wyłącznie słowami. Nie budował dobrego wrażenia punktualnością, uważnością czy zainteresowaniem drugą osobą. Zamiast tego tworzył opowieść, w której sam był głównym bohaterem, a zarazem jedynym recenzentem własnej doskonałości.
Właśnie dlatego kilka prostych pytań wywołało u niego tak gwałtowną reakcję. Człowiek naprawdę pewny siebie zazwyczaj nie potrzebuje długiej autopromocji. Jego cechy stają się widoczne bez rozbudowanej prezentacji i bez niekończących się zapewnień o własnej wyjątkowości.
Wniosek jest prosty: im więcej ktoś opowiada o swojej niezwykłości, tym mniej warto skupiać się na deklaracjach, a bardziej na tym, co faktycznie robi. Prawdziwa pewność siebie nie potrzebuje dwudziestu slajdów, fanfar ani bezustannych zapewnień, że ktoś jest niezastąpiony. Zwykle można ją zauważyć znacznie wcześniej — i bez żadnej prezentacji.