— Cześć. Mama opowiedziała mi dziś jakąś absurdalną historię o sprzedaży mojego pokoju na wasz ślub.
— O, Kasia! Cześć! — odpowiedział wesoło Paweł. — Tak, mama już rozmawiała z pośrednikiem. Tylko się nie stresuj, formalności jest naprawdę niewiele. Musisz właściwie tylko przyjść do notariusza i podpisać dokumenty. Natalia marzy o ceremonii w prawdziwym starym pałacu. Wyobrażasz sobie? Jasne, kosztuje to fortunę, ale zdjęcia będą niesamowite.
— Ty słyszysz siebie? — zapytała Katarzyna powoli. — Nie zamierzam sprzedawać swojej nieruchomości, żebyście mogli zrobić sobie sesję zdjęciową w pałacu. Jeśli nie stać was na wystawne wesele, weźcie ślub cywilny i zaproście rodzinę do zwykłej restauracji.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Klubowa muzyka brzmiała teraz wyjątkowo irytująco.
— Kasia, dlaczego ty zawsze musisz wszystko komplikować? — w głosie Pawła natychmiast pojawiła się znajoma nuta urażonego dziecka, która na matkę działała niemal niezawodnie. — Ślub ma się raz w życiu. Natalia od dziecka marzyła o pięknym weselu. Naprawdę żałujesz jedynemu bratu kawałka starego mieszkania? Mama powiedziała, że i tak się zgodzisz. Nie psujmy sobie teraz humoru. Właśnie degustujemy torty weselne. Zadzwonię później.
Rozłączył się, nie czekając na odpowiedź.
Katarzyna długo stała na środku salonu. Ściskała telefon tak mocno, że pobielały jej knykcie.
Następny tydzień przypominał koszmar.
Telefon niemal nie milkł. Elżbieta dzwoniła po kilka razy dziennie, a między rozmowami wysyłała długie wiadomości. Wykorzystywała każdą metodę, którą przez lata doprowadziła do perfekcji: wyrzuty, wstyd, litość, szantaż emocjonalny i poczucie winy.
„Ojcu przez twoje zachowanie skoczyło ciśnienie! Wczoraj prawie trzeba było wzywać karetkę!”
„Natalia od trzech dni płacze. Dziewczyna jest na skraju załamania, a suknię już zamówiła za granicą!”
„Wychowaliśmy cię, karmiliśmy, ubieraliśmy, daliśmy ci wykształcenie, a ty teraz na stare lata tak nam się odpłacasz!”
Pod koniec tygodnia Katarzyna była wyczerpana.
Jedynym miejscem, w którym potrafiła odetchnąć, pozostawała praca. W biurze, pomiędzy deklaracjami, rachunkami, zestawieniami i przepisami podatkowymi, rzeczy miały swoje logiczne miejsce. Liczby można było sprawdzić. Suma musiała się zgadzać. Każdy dokument miał podstawę.
W rodzinnych rozliczeniach nie obowiązywała żadna logika.
Joanna, praktyczna koleżanka z pracy, zauważyła cienie pod oczami Katarzyny. Podczas przerwy obiadowej spojrzała na nią uważnie.
— Kasiu, jeśli podpiszesz te papiery, stracisz znacznie więcej niż pokój. Stracisz resztki szacunku do samej siebie. I nie łudź się, że na tym się skończy. Dzisiaj Paweł potrzebuje wesela, za rok będzie chciał drogi samochód, a później znowu trzeba będzie ratować go z długów. Kiedyś musisz przeciąć tę pępowinę.
Katarzyna wiedziała, że Joanna ma rację.
A jednak poczucie winy, pielęgnowane w niej właściwie od dzieciństwa, wciąż ciągnęło ją w dół.
Postanowiła, że w czwartek po pracy pojedzie do rodziców i spróbuje porozmawiać spokojnie. Chciała zabrać wyliczenia, pokazać realne kwoty, wytłumaczyć konsekwencje sprzedaży i udowodnić, że pozbycie się pokoju byłoby dla niej poważnym błędem finansowym.
Po drodze weszła do supermarketu. Kupiła ulubione ciasto matki, a przy okazji oddała butelki do automatu i schowała wydrukowany bon. Nawet zdenerwowana nie potrafiła pozbyć się nawyku liczenia każdej złotówki.
Kilka minut później stała już pod drzwiami mieszkania rodziców.
Stary zamek jak zwykle się zacinał. Katarzyna ostrożnie przekręciła klucz i weszła do wąskiego przedpokoju.
Z kuchni dobiegały głosy.
Rozpoznała matkę i Pawła. Po wysokim, przesadnie wesołym śmiechu domyśliła się, że jest z nimi również Natalia.
Miała już zdjąć kurtkę i się przywitać, kiedy usłyszała własne imię.
— Kasia jeszcze trochę się poboczy, a potem podpisze — mówił pewnym siebie tonem Paweł. — Co ma zrobić? Przecież od lat przeżywa, że nie ma męża ani dzieci, więc cały czas czuje się przy nas jakaś gorsza. Mamo, tylko nie przestawaj z tym ciśnieniem ojca. Na nią to zawsze działa.
— Przez te przedstawienia całe mieszkanie pachnie już kroplami na serce — zachichotała Elżbieta. — Ale powiedz mi szczerze, naprawdę trzydzieści tysięcy wystarczy ci na spłatę tego, co narobiłeś na giełdzie?
Katarzyna zatrzymała się w pół ruchu.
Nie zdążyła nawet powiesić kurtki.
Jakie długi?
— Powinno wystarczyć — odpowiedział Paweł beztrosko. — Na kryptowalutach jestem w plecy mniej więcej trzydzieści tysięcy. Jeszcze dyszka na samochód. Natalia potrzebuje około dwudziestu na ślub. Pokój powinien pójść za jakieś osiemdziesiąt. To, co zostanie, damy wam. Wreszcie zrobicie normalny remont łazienki.
— A wkład własny? — zdziwiła się Elżbieta. — Przecież mówiłeś Kasi, że pieniądze są przede wszystkim na mieszkanie.
— Pani Elżbieto, jakie mieszkanie? — odezwała się Natalia kapryśnym głosem. — Przecież już dawno ustaliliśmy, że nie będziemy siedzieć w tym smutnym mieście. Bierzemy ślub, spłacamy długi Pawła, kupujemy porządny samochód i lecimy na pół roku na Bali. Kasi powiemy, że podpisaliśmy umowę z deweloperem, ale firma upadła i środki zostały zamrożone. Ona uwierzy we wszystko. Strasznie naiwna.