Miałam już serdecznie dość niekończących się pytań rodziny o moje życie uczuciowe, więc wpadłam na pomysł tak szalony, że sama ledwo wierzyłam, iż zamierzam go zrealizować. Znalazłam bezdomnego mężczyznę i postanowiłam przedstawić go podczas świątecznej kolacji jako mojego narzeczonego. Początkowo wszystko przebiegało dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam. Dopiero reakcja mamy sprawiła, że na jaw wyszło coś, czego nigdy bym nie przewidziała.
Siedziałam w samochodzie niedaleko wejścia do parku i patrzyłam przed siebie, czując już ciężar nadchodzącego rodzinnego weekendu. Każda świąteczna wizyta wyglądała niemal identycznie: mama zerkała na mnie z ostrożną nadzieją, tata uśmiechał się znacząco, a potem zaczynał się ten sam zestaw pytań.
— Kiedy wreszcie wyjdziesz za mąż? Poznałaś kogoś?
Słyszałam to tak wiele razy, że na samą myśl o kolejnym przesłuchaniu robiło mi się słabo. Tym razem naprawdę nie miałam siły znów przez to przechodzić.
Wtedy zauważyłam mężczyznę siedzącego samotnie na ławce. Otulał się wysłużonym płaszczem, jakby próbował ochronić się nie tylko przed chłodem, lecz także przed całym światem. Wyglądał na skrajnie zmęczonego. Jego twarz przecinały głębokie zmarszczki, a w smutnych oczach wciąż można było dostrzec ślad dawnego uroku. I właśnie wtedy pojawiła się w mojej głowie absurdalna myśl.
„A gdyby tak przez ten weekend został moim narzeczonym?” — szepnęłam do siebie.
Pomysł był niedorzeczny. Być może nawet ryzykowny. Ale mógł zadziałać. Byłam gotowa zrobić niemal wszystko, by rodzina wreszcie przestała wypytywać mnie o związki. Wysiadłam więc z samochodu i podeszłam do ławki. Mężczyzna uniósł głowę. Przez kilka sekund po prostu patrzyliśmy na siebie.
— Dzień dobry — zaczęłam, czując narastające zakłopotanie. — Wiem, że to zabrzmi bardzo dziwnie, ale… czy zgodziłby się pan udawać mojego narzeczonego? Tylko przez jeden weekend. W zamian zapewnię panu ciepłe miejsce do spania, czyste ubrania i porządną kolację.
Nie odpowiedział od razu. Przyglądał mi się uważnie, jakby próbował zrozumieć, dlaczego kobieta taka jak ja składa obcemu człowiekowi podobną propozycję. W końcu, ku mojemu zaskoczeniu, powoli skinął głową.
— Dobrze — powiedział cicho.
Zaskoczyło mnie, że zgodził się tak szybko. Nie zadał ani jednego pytania, nie okazał wahania. Powinnam była uznać to za sygnał ostrzegawczy, ale wtedy najważniejsze było dla mnie tylko to, że plan może się udać.
— Świetnie — odpowiedziałam. — W takim razie najpierw doprowadzimy pana do porządku.
Kiedy dotarliśmy do mojego mieszkania, wyciągnęłam z szafy kilka rzeczy pozostawionych przez mojego byłego partnera. Leżały tam od dawna, a ja nie potrafiłam znaleźć dla nich żadnego sensownego zastosowania. Teraz nagle się przydały.
— Proszę. To powinno pasować — powiedziałam, wręczając mu czystą koszulę i dżinsy. — Może pan wziąć prysznic. Ja w tym czasie zrobię kolację.
— Dziękuję — odparł z delikatnym uśmiechem. — Prysznic brzmi teraz jak największy luksus.
Gdy zamknął się w łazience, zaczęłam kroić warzywa. Starałam się skupić na gotowaniu, lecz niepokój narastał z każdą minutą.
Przyprowadziłam do domu zupełnie obcego człowieka… Natalia, co ty właściwie robisz? Przecież nawet nie wiesz, jak ma na imię!
Po chwili usłyszałam skrzypnięcie drzwi łazienki i odwróciłam się. Mężczyzna stał w przejściu z ręcznikiem przewieszonym przez ramię. Jego włosy były jeszcze mokre, a on sam wyglądał tak inaczej, że przez moment trudno było mi uwierzyć, iż to ten sam człowiek z parkowej ławki.
— Chyba nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze czułem się po zwykłym prysznicu — zażartował.
Napięcie, które czułam wcześniej, nagle jakby opadło.
— To dobrze. Mam nadzieję, że kolacja też nie rozczaruje.
Spojrzał na zastawiony stół i uśmiechnął się szerzej.
— Pachnie naprawdę świetnie. A tak w ogóle mam na imię Marek — powiedział, zajmując miejsce.
Poczułam lekkie zawstydzenie.
— Natalia.
Zaczęliśmy jeść. Po pierwszym kęsie Marek skinął z uznaniem głową.
— Bardzo dobre. Dawno nie jadłem domowego obiadu.
Przez jakiś czas siedzieliśmy w spokojnej ciszy. Potem rozmowa pojawiła się sama, bez wysiłku.
— Masz jakieś ulubione filmy albo książki? — zapytałam w końcu.
Zastanowił się chwilę.
— Zawsze lubiłem stare polskie kryminały. A jeśli chodzi o książki… chyba najbardziej „Latarnika”. Niby prosta historia, ale jest w niej coś, co zostaje w człowieku na długo.
— Naprawdę? Sienkiewicz? — uniosłam brwi. — Nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się po tobie czegoś bardziej ponurego.
Zaśmiał się cicho.
— Wcale nie pomyliłaś się aż tak bardzo. Tylko czasami właśnie najprostsze opowieści uderzają najmocniej.
— Chyba wiem, co masz na myśli.
Resztę wieczoru przegadaliśmy o wszystkim i o niczym. Ku własnemu zdumieniu śmiałam się częściej, niż zdarzało mi się od dawna. Marek miał suche, trochę przewrotne poczucie humoru i co chwilę mówił coś, czego zupełnie się po nim nie spodziewałam. Pod koniec kolacji zorientowałam się, że przy nim czuję się zaskakująco spokojna.